wtorek, 6 września 2016

W Skarżysku też można (Happysad, „Zadyszka”)

Cover to aranżacja (rzadziej interpretacja) znanego utworu przez nowego wykonawcę. O coverach krążą dwie obiegowe opinie: są znacznie gorsze od oryginałów, muzyk musi bardzo się zasłużyć, wręcz stać się klasykiem, aby jego utwory zaczęto nagrywać na nowo.

W Polsce takie płyty wydawane są rzadko. Ich bohaterami byli Grzegorz Ciechowski, Marek Grechuta, Czerwone Gitary, Mieczysław Fogg. Wykonawcy ikony, nieżyjący lub od dawna nieobecni na scenie. W tej konstelacji grupa Happysad (albo happysad, bo taki zapis też się pojawia) ze Skarżyska-Kamiennej i zestaw coverów zawarty na krążku „Zadyszka” to ewenement. Zespół wciąż działa na scenie muzycznej, jest stosunkowo młody i bardzo rzadko gości na antenie mediów publicznych. Być może się mylę, ale żaden z teledysków lub koncertów grupy nie był nadawany w telewizji. Radiowa jedynka i trójka też raczej ją pomijają (jeśli nie liczyć listy przebojów prowadzonej przez Marka Niedźwieckiego). Mimo to Happysad jest niezwykle popularny, wciąż nadawany przez mniejsze stacje i rozgłośnie internetowe. „Zadyszka” ukazała się na rynku z okazji 10-lecia istnienia zespołu. 

Okazuje się, że – mimo powszechnej opinii – nie trzeba być koniecznie z Warszawy, Krakowa czy Gdańska, żeby osiągnąć sukces.
Grupa występująca w składzie: Jakub Kawalec (śpiew, gitara), Łukasz Cegliński (śpiew, gitara), Artur Telka (gitara basowa), Jarosław Dubiński (perkusja), Daniel Pomorski (trąbka, klawisze) uprawiająca „rock regresywny” (określenie samych muzyków) ma na koncie już cztery płyty.

„Zadyszka” zawiera CD z szesnastoma coverami Happysad i DVD z koncertem zespołu zagranym w Jarocinie. Nas bardziej interesuje jak inni interpretują i parafrazują skarżyską formację. Część nagrań (zwłaszcza mniej znanych zespołów) to utwory naśladujące pierwowzory. Znalazły się jednak na płycie autorskie interpretacje: Czesław Mozil przerobił „Zanim pójdę” na akordeon, Frontside „Nie ma nieba” wykonało w wersji metalowej, Indios Bravos wprowadziło folkowe elementy, zaś Janusz Zdunek przearanżował utwór „Taka historia” na trąbkę. Ciekawe wydawnictwo, gratka dla miłośników zespołu.

Paweł Chmielewski

(Recenzja - miesięcznik "Teraz" nr 98)

Happysad, „Zadyszka”, Mystic Production.

poniedziałek, 5 września 2016

Raper wkracza w „smugę cienia” (Kajman, „K2”)

Rap jest zjawiskiem bardzo specyficznym. To nie tylko gatunek muzyczny, ale i sposób na życie. Wyrosły w miejskim blokowisku tworzy własną kulturę: od ubioru, systemu zachowań do określonego (często niezrozumiałego dla osoby z zewnątrz) języka.

Gdy pojawił się w Polsce w latach 90. był uprawiany i słuchany przez młodych, bardzo młodych ludzi. Dziś nasto-, dwudziestoletni wykonawcy trochę się zestarzeli. Zaczyna się czas rozliczeń, wchodzenia w „smugę cienia”. Takim rozrachunkiem jest najnowsza płyta Kajmana (Michała Radziana), kieleckiego rapera zatytułowana „K2”.

Zaczynał w 1995 r. Dwa lata później wydał wraz z grupą Wizja H24 płytę „R.A.P.H.24”. Był to tzw. „nielegal” – bardzo popularny w środowisku hip-hopowym sposób nagrywania bez kontraktu z wytwórnią, oficjalnej dystrybucji, za własne pieniądze. Coś w rodzaju „drugiego obiegu” w książce. W 2004 r. jako członek duetu Wendetta wydał album „Ciszy Przerwa”, zaś w 2008 r. solowy krążek „Bluźnierca”, potem „Semtex” (2009). W ubiegłym roku podpisał kontrakt z wytwórnią Step Record. Do współpracy przy powstaniu najnowszej płyty namówił znanych w Polsce raperów m.in. Sobotę (Michał Sobolewski ze Szczecina), Pezeta (Paweł Kapliński z Warszawy) i Borixona (kielczanin Tomasz Borycki, kiedyś Wzgórze Ya-Pa 3).

„K2” to zestaw dziewiętnastu kompozycji. Oparte są – jak zresztą w każdym utworze tego gatunku – na mniej lub bardziej wyszukanych bitach. Autorem aż siedmiu jest David Gutjar ze Stargardu Szczecińskiego, który nie zaproponował Kajmanowi jednorodnej i nużącej ścieżki muzycznej, ale zróżnicował ją, dostosowując do tematyki każdego z kawałków. Michał Radzian dojrzał jako wokalista, w porównaniu ze wcześniejszymi produkcjami znacznie poprawił dykcję. I rozlicza się z rapem, i z przeszłością. Powraca do korzeni, gdy nurt był czystym undergroundem, trochę romantycznym, bez dyktatu sławy i pieniądza. Bez Internetu, mp3, ale z atmosferą niezapomnianych koncertów. Nie brakuje w tekstach stałych elementów: wielkomiejskiej biedy, pozornego blichtru, ale Kajman zaczyna patrzeć na świat z dystansem. Wkroczył w „smugę cienia”.
Paweł Chmielewski
(Recenzja - miesięcznik "Teraz" nr 100)
Kajman, „K2”, Step Record

Futurystyczny hip-hop (Medium, „Alternatywne źródło energii”)

W ciągu ostatnich dwóch lat kieleccy raperzy wydali ponad dwadzieścia płyt. Prawie wszystkie bez kontraktów z wytwórniami, poza oficjalnym obiegiem. Dostępne są tylko w kilku sklepach internetowych, poszczególne utwory można odsłuchać na portalach czy forach miłośników tego gatunku. 

Wśród tej masy „nielegali” (tak w środowisku nazywany jest krążek nagrany w drugim obiegu albo – posługując się terminologią raperów – „w podziemiu”) wyróżnia się „Alternatywne źródło energii” 27-letniego twórcy nagrywającego pod pseudonimem Medium.

Medium czyli Piotr Kowalczyk pierwsze muzyczne kroki stawiał jako nastolatek. Uczestniczył w produkcjach „podziemnych” kilku wykonawców, komponował, pisał teksty. W 2008 r. wydał płytę „Seans spirytystyczny”, na której znalazły się typowe dla hip-hopu kawałki oskarżające władzę czy piętnujące oportunizm. To była interesująca zapowiedź kolejnej produkcji. Młody muzyk zostaje dostrzeżony i otrzymuje propozycję współpracy m.in. z Piotrem Węcławskim (Vieniem), raperem z Warszawy. Kolejny autorski krążek – „Alternatywne źródło energii” – wskazuje, że w Kielcach pojawił się kolejny utalentowany wykonawca muzyki hip-hopowej. W jednej z kompozycji wystąpił nawet laureat Fryderyka O.S.T.R. czyli Piotr Ostrowski.

Zawierająca szesnaście kawałków płyta Kowalczyka różni się od typowych produkcji „podziemnych”. Charakterystyczne dla raperów jest wyrzucanie potoku słów z szybkością karabinu maszynowego, tzw. „nawijka”. Wyrzucają słowa (często bez ładu i składu), a słuchacz domyśla się tylko ich sensu. U Medium jest inaczej. Teksty są zrozumiałe i słychać, że autor bawi się słowem. Przypomina to eksperymenty futurystów z użyciem wyrazów dźwiękonaśladowczych, chociażby w jednym z utworów: żałosnych żółtodziobów żegnam. Cała płyta układa się w opowieść o życiu rapera: podróżach, przyjaźniach, filozofii życia. Muzycznie jest do bardzo dobrze złożony kolaż wielu gatunków. I o tym jest jedna z melorecytacji Piotra Kowalczyka: Reggae czy rap, Drum’n Base czy Dub/ Break Beat czy Funk to już wybierz sam. („Nie chcę się obudzić”).
Paweł Chmielewski
(Recenzja - miesięcznik "Teraz" nr 101)
Medium, „Alternatywne źródło energii”, brak wydawcy

Muzyka wpadająca w ucho (Andrzej Piaseczny, „Spis rzeczy ulubionych”)



„Spis rzeczy ulubionych”, druga płyta nagrana przez Andrzeja Piasecznego we współpracy z Sewerynem Krajewskim sprzedała się w ponad 80 tys. egzemplarzy co jest jednym z rekordów polskiego rynku muzycznego. „Spis…” uzyskał status podwójnej platynowej płyty przyznawany przez ZPAV (Związek Producentów Audio-Video).


Andrzej „Piasek” Piaseczny urodził się w 1971 r. w Pionkach. Do Kielc – gdzie mieszka od wielu lat – przyjechał na studia. Ukończył wychowanie muzyczne na WSP (obecnie UJK). Był wokalistą zespołu Mafia, współpracował z Robertem Chojnackim. Sławę ugruntował w latach 1997-2010 rolą Kacpra Górniaka w serialu „Złotopolscy”. W 2001 r. reprezentował Polskę w Konkursie Piosenki Eurowizji, gdzie zajął 20 miejsce. Kariera wyhamowała. Dopiero w 2008 r., gdy zaczął współpracować z legendarnym muzykiem, liderem Czerwonych Gitar – Sewerynem Krajewskim zaczęto pisać, że Piaseczny się odradza.


Zastanawiałem się nad fenomenem popularności popowej płyty „Spis rzeczy ulubionych”, którą niektórzy dziennikarze muzyczni przyjęli z dystansem. Odpowiedzi należy – być może – szukać w latach 60. i 70. Wtedy Czerwone Gitary z Sewerynem Krajewskim były uwielbiane przez publiczność, zaś krytycy kręcili nosami. Za ambitnych wykonawców uznawano Czesława Niemena, grupę Breakout. Dziś takie kompozycje jak „Anna Maria” czy „Biały krzyż” są doceniane zarówno przez publiczność jak i przez znawców.


Sukces płyty Piasecznego to przede wszystkim sukces muzyki Krajewskiego. Ma on niesamowitą łatwość tworzenia kompozycji „wpadających w ucho”. Wśród jedenastu utworów znalazły się i takie o ostrzejszych, rockowych brzmieniach („Rysowanie tobie”), przypominające Czerwone Gitary („Na przekór nowym czasom”) czy nawet kolędy („Cichej, spokojnej nocy”). Inaczej ma się sprawa z tekstami Piasecznego, które często popadają w banał: Wszystko w jeden dzień, co jest/ Wszystko co naprawdę ważne/ Co uniesiesz tylko weź/ A wszystko w jeden dzień („Wszystko w jeden dzień”). Można narzekać na ich poetykę, a publiczność przychodzi na koncerty i kupuje płyty. I o to chodzi w muzyce popowej.

Paweł Chmielewski
(Recenzja - miesięcznik "Teraz" nr 102)

Andrzej Piaseczny, „Spis rzeczy ulubionych”, Sony Music

Wyznania kobiety „po przejściach” (Izabela Trojanowska i Mafia, „Życia zawsze mało”)

W zeszłym miesiącu pisałem o wspólnej produkcji Andrzeja Piasecznego i Seweryna Krajewskiego. Dziś czas na kolejną płytę muzyków z różnych pokoleń – „Życia zawsze mało” Izabeli Trojanowskiej i kieleckiego zespołu Mafia.

To miał być wielki powrót wokalistki, która od kilkunastu lat kojarzy się nie z występami na scenie, ale z rolą w telewizyjnym tasiemcu „Klan”. Wielu widzów zadawało sobie pytanie co stało się z aktorką charakterystyczną, znaną pod koniec lat 70. z ról w „Strachach” i „Karierze Nikodema Dyzmy”, a przede wszystkim z piosenkarką, która w 1980 r. zdobyła Grand Prix w Opolu za utwór „Tyle samo prawd ile kłamstw”? Izabela Trojanowska wprowadziła na polską estradę nową jakość. Ostry pop rock zamiast pokornych i nudnawych utworów. Dwa pierwsze longplaye sprzedały się w olbrzymich nakładach. Potem była emigracja, trochę koncertów w zachodnich klubach, próby powrotu kilkoma płytami. Od 15 lat milczenie. Żadnej nowej piosenki.

Dopiero w 2009 r. Trojanowska związała się z zespołem Mafia. Kielecka grupa, której wokalistą był przez kilka lat Andrzej Piaseczny, w latach 90. stała się niekwestionowaną gwiazdą. Wraz z odejściem „Piaska” zespół stracił popularność. Ostatnia z płyt „Vendetta” (2004) została przyjęta chłodno przez krytyków i publiczność.

Kieleccy muzycy aranżują utwory Trojanowskiej, wspólnie koncertują, biorą udział w nagraniu krążka. Na „Życia zawsze mało” wystąpili: Tomasz Bracichowicz (instrumenty klawiszowe, chórki), Paweł Poros (gitary), Tomasz Murawski (gitara basowa), Jakub Kusiński (instrumenty perkusyjne), Marcin Korbacz (perkusja).

Słuchając jedenastu kompozycji czujemy długą przerwę, jaką miała wokalistka. To już nie jest ta sama drapieżna, rockowa Trojanowska. Raczej wyciszona, popowa, serialowa bohaterka, która zwierza się słuchaczowi z miłosnych rozterek i zawodów. Nawet, gdy piosenki idą w kierunku ostrzejszego rocka, wokalistka nie wraca do dawnego stylu. Czym mogłaby być ta płyta pokazuje jeden utwór „Kogo dziś na zwykłą miłość stać” (muzyka Romuald Lipko, słowa Tomasz Zeliszewski), łączący idealnie dźwięk z tekstem.
Paweł Chmielewski
(Recenzja - miesięcznik "Teraz" nr 103)
Izabela Trojanowska i Mafia, „Życia zawsze mało”, Fonografika.

W krzywym lustrze (Lesbollah, „Szalej maleńka”)

Na kieleckim rynku muzycznym niewiele jest płyt prześmiewczych, igrających z konwencją. Należy do nich debiutancki krążek „Szalej maleńka” grupy Lesbollah.

 

Zespół stworzyli w 2008 r. Michał „Karaz” Krysiński (wokal) i Kajetan „Ky–tech” Strzelczyk (wokal, instrumenty elektroniczne), którzy występowali wcześniej m.in. w formacjach Kurz, Kebab, Trudy, Menominni, The Wigas. Dołączył do nich Marcin „Geba” Gęborek na saksofonie. Cała trójka znana jest z koncertów i płyt Letko, Kiniora, Stanisława Soyki, Liroya i wielu innych. Do współpracy przy nowym krążku zaprosili Łukasza „Lukę” Wlazło (wokal), Tomasza Przepiórę (gitara) i ludowy zespół Bielinianki.

 

Swoją postawę w jednym z wywiadów określili jako: To funk, który terroryzuje. Buntujemy się przeciwko niepotrzebnemu wszczepianiu strachu. Śmiejemy się z tego wszystkiego. Drwimy z terroryzmu. Fakt, na płycie słychać bardzo wiele nawiązań do muzycznego stylu funk. Saksofon i pozornie łagodne rytmy są złamane ostrą, drapieżną momentami elektroniką. Już sam tytuł „Szalej maleńka” to pułapka – sugeruje produkcję typu dance lub nawet disco polo. Przede wszystkim krążek to jednak wielka satyra na postawę reprezentowaną przez środowisko raperów. Prześmiewczego tonu można się było zresztą spodziewać – CD zrealizował Marek Wrona, jeden z liderów Jedynej Maści, która znana jest z surrealistycznych tekstów i muzycznych parodii.

 

Typowy produkt rapowy to przede wszystkim cudze sample i scratche (drapanie płyt winylowych) – tu mamy bardzo profesjonalną oprawę muzyczną oraz melorecytacje i teksty opisujące nędzę życia we współczesnym blokowisku. Oczywiście u raperów nie brakuje również sprzeciwu wobec świata polityki i wielkich pieniędzy. Michał Krysiński (autor tekstów „Lesbollahu”) korzysta z tych motywów, ale i je wykpiwa. Melorecytacja w jego wypadku to: Biki, bęc… cały czarny/ co co?/ czarny/ na zewnątrz biały. Zaś polityczne deklaracje: Jeden koleś w Ameryce chce mieć konflikt nuklearny podbite zaśpiewem Bielinianek tylko potęgują ironiczny charakter wydawnictwa.

Paweł Chmielewski

(Recenzja - miesięcznik "Teraz" nr 105)

Lesbollah, „Szalej maleńka”, United Record Studio.

Genialny kicz (Jedyna Maść, „Mięso”)

Miłośnicy brzmień dziwacznych, absurdalnych i surrealistycznych tekstów otrzymują ciekawy prezent – najnowszą płytę kieleckiego zespołu Jedyna Maść zatytułowaną „Mięso”.

Założyciele grupy: Marek Wrona, Grzegorz Sobczak, Oskar Willman grali ze sobą już w 1993 r. w zespole Lodófka (jedyna płyta „Sto kilo gwoździ” z 1994 r.). Potem był „Pohybel” (1999), a muzycy występowali jako formacja UR. Potem narodziła się Jedyna Maść. Pierwszy krążek „Na żywiou” (2006) był zapisem koncertów. „Historia Rokędrola” (2008) wspaniale przyjętą trawestacją kilkunastu stylów i nurtów muzycznych, „Guwno” (2009) – eksperymentem z elektronicznymi brzmieniami i w pojęciu wielu fanów produktem nie do końca udanym. Po jej wydaniu z zespołem pożegnał się Oskar Willman.

Praca nad „Mięsem” trwała dwa lata. Muzycy zrezygnowali z eksperymentalnych brzmień i cały materiał nagrali używając starych wzmacniaczy, archaicznych instrumentów. Efekt jest absurdalny i groteskowy.

Chcąc zrozumieć klimat muzyki i tekstów zespołu wystarczy zacytować znajdujący się na okładce opis składu grupy (w najnowszej produkcji pięcioosobowy): Grzegorz Sobczak – ½ śpiewanie (śpiew chłodny), bębnienie, deklamacje, chichoty, wandalizm; Tomasz Przepióra – granie na gitarach, sporadyczne śpiewanie świdrujące, okrzyki, bulgotanie; Marek Wrona – ½ śpiewanie (śpiew ciepły), granie na basówie, ryczenie, poprawna polszczyzna. Do tego basista Dominik Bzymek (wyrobienie towarzyskie) i Piotr Fuczyk (perkusja oraz aktualności polityczne). Gościnnie wystąpił w refrenie utworu „Leżę” K.A.S.A. Kasowski. Tekst jest tak zły, że aż paradoksalnie dobry: Leżę w plenerze/ i sam w to nie wierzę/ bo kocham wybrzeże, a muzyka naśladuje wakacyjne przeboje nurtu dance. Do tego m.in. parodia „Scyzoryka” Liroya do kompozycji dziecięcego zespołu Fasolki czy punkowy z elementami radzieckiego marsza utwór „Co z tą Polską?”.

Słuchając „Mięsa” miałem wrażenie, że gdyby ktoś chciał pokazać jak wyglądałby koncert mocno podpitej kapeli weselnej w stylu kamp (celowy i wysmakowany kicz) to osiągnąłby taki właśnie, porażający efekt.
Paweł Chmielewski
(Recenzja - miesięcznik "Teraz" n 106)
Jedyna Maść, „Mięso”, United Records

Song w obronie jointa („Naturalna Moc Słowa”, Protest Song)


Po raz pierwszy w historii recenzji płytowych na łamach „Teraz” będzie nie tylko muzycznie, ale i politycznie. Wszystko za sprawą longplaya „Naturalna Moc Słowa” firmowanego przez stowarzyszenie „Wolne Konopie”.

Jednym z autorów muzyki na tym krążku jest kielecki kompozytor, multiinstrumentalista Włodzimierz Kiniorski, a wśród wykonawców odnajdziemy wielu jego przyjaciół znanych z Festiwalu Sztuki Hasarapasa organizowanego od lat przez „Kiniora”. 

Nie oceniając ideologii stowarzyszenia, której jestem – delikatnie mówiąc – średnim fanem, wypada podać kilka faktów. Organizacja powstała w 2006 r., prowadzi co roku marsze w obronie marihuany, w swojej ideologii sprzeciwia się przepisom polskiego prawa, które karze za posiadanie najmniejszej ilości narkotyku i wskazuje na lecznicze (m.in. przeciwbólowe) właściwości ekstraktu z konopi. Że polskie prawo jest zbyt represyjne w tym względzie – czego dowodzą absurdy związane z prawdopodobnym procesem Kory Jackowskiej czy ściganie białostockich działkowców za jeden, przypadkowo rozsiany kwiatek maku – absolutna zgoda. Że nie prowadzi palenie jointów do uzależnienia – tu zdecydowanie polemizowałbym. Zostawmy jednak spory polityczne na rzecz muzyki.

„Naturalna Moc Słowa” wpisuje się w cały prąd ideowy, który zgodę na używanie narkotyków traktuje jako synonim (ekstrakt wolności). W tym nurcie powstały utwory genialne, o olbrzymim ładunku intelektualnym i przede wszystkim poetyckim. Wystarczy wspomnieć „Mr Tambourine Man” Boba Dylana, „The End” The Doors, płyty The Velvet Underground, rodzimą „Gandję” Brygady Kryzys.

Krążek polskich wykonawców nie ma takiej siły rażenia. Pozostając w klimacie „radosnego upalenia” najwięcej utworów utrzymanych jest w nurcie reggae i funky oraz oczywiście hip-hopu. Dobrze jest, gdy twórcy mają do całego sporu trochę dystansu jak w „Zielonej Planecie” (PaproDziad i Funkastic Crew) o spotkaniu ufoludka z policjantem. Gorzej, gdy np. metalowcy i raperzy z Drive-by podchodzą do sprawy zbyt poważnie i ideologicznie. Warto, naprawdę warto posłuchać płyty by poznać argumenty drugiej strony.
Paweł Chmielewski
(Recenzja - miesięcznik "Teraz" nr 107)
„Naturalna Moc Słowa”, Protest Song.

„Romantyczność” według Makaruka (Dariusz Makaruk, „Erotyki ludowe”)


W filmie „Jesteś Bogiem” Leszka Dawida jest scena, gdy producent pierwszego longplaya Paktofoniki odbiera od zespołu materiał, odjeżdża samochodem i z wielką ulgą puszcza sobie z odtwarzacza braci Golców.

To pokazuje jakiej muzyki folkowej oczekują Polacy. Podkręconej, raczej wrzaskliwej, najlepiej z elementami prawie biesiadnymi. Kochamy Golec uOrkiestra, oczywiście Brathanki. Stąd sukces „Koko euro spoko” zespołu Jarzębina. Pewnie dlatego „Erotyki ludowe” Dariusza Makaruka zdobędą nagrody krytyki, ale nie będą popularne wśród tzw. szerokiej publiczności.

Kielecki kompozytor, instrumentalista nagrywał m.in. z Michałem Urbaniakiem, Tomaszem Stańką, Urszulą Dudziak. Jest autorem oprawy muzycznej do spektakli Teatru Polonia. Tworzy również instalacje interaktywne, projekty video. Od 2002 r. występuje wraz z Włodzimierzem Kiniorskim w duecie Kinior-Makaruk.

Na płycie „Erotyki ludowe” obok kompozytora wystąpili: Michał Urbaniak (skrzypce, saksofon), Tymon Tymański (wokal), Antoni Gralak (trąbka), Włodzimierz Kiniorski (klarnet), Maria Oczko (wokal), tuwiński szaman Gendos (śpiew alikwotyczny – odmiana gardłowego, bęben) oraz Zespół Śpiewaczy z Rudy Solskiej (lubelskie), z repertuarem i tekstami ludowymi. Tytuł krążka jest zwodniczy – obok liryki miłosnej, znalazły się na płycie kołysanki, utwory o charakterze elegijnym („Na cmentarzu”). Proste skojarzenia z „ojDADAna” Grzegorza z Ciechowa (czyli Grzegorza Ciechowskiego) też nie wskazują na proweniencję muzyki Makaruka.

Trzynaście kompozycji potraktowanych zostało jako pretekst do eksperymentu z rytmem jazzowych, elektroniką. Zespół z Rudy Solskiej brzmi często w tle i dzięki aranżacyjnym, prawie magicznym zabiegom zaczyna wybrzmiewać wielokrotnie nakładającymi się dźwiękami („Czyście radzi”), przestrzennym, prawie operowym głosem solistki („Kołysanka”).

Makaruk tkankę muzyki i tekstu pierwotnego potraktował na podobieństwo romantycznych poetów (Bohdan Zaleski, Mickiewicz z okresu wileńsko-kowieńskiego), jako inspirację, tworzywo dla autorskiej realizacji, syntezy gatunków i tradycji.

Paweł Chmielewski

(Recenzja - miesięcznik "Teraz" nr 108)

Dariusz Makaruk, „Erotyki ludowe”, AKW Karrot Kommando.

W regresywnej niszy (happysad, „Ciepło/ Zimno”)

Na początku jesieni zespół happysad (pisownia zgodna z życzeniem muzyków) wydał nowy longplay „Ciepło/ Zimno”. Już w listopadzie wydawnictwo uzyskało status „złotej płyty” przyznawany przez Związek Producentów Audio i Video (ZPAV).

Wprawdzie wielu krytyków sarka – całkiem słusznie – że podawane przez koncerny ilości sprzedanych egzemplarzy są niezbyt wiarygodne. I przypomina, że przed 1989 r. na „złoto” trzeba było zebrać 160 tys., dziś wystarczy ledwie 15. Niemniej jednak sukces komercyjny powstałej w 2001 r. w Skarżysku-Kamiennej grupy jest wymierny.

Niektórzy z muzyków grali ze sobą już od 1995 r. w formacji Hard Core’owe Kółko Filozoficzne. Debiutancką płytę „Wszystko jedno” (już jako happysad) wydają w 2004 r., zaś magazyn „Teraz Rock” uznaje ją za jeden z 50 najważniejszych albumów w historii polskiego rocka. W 2005 ukazują się „Podróże z i pod prąd”, potem „Nieprzygoda” (2007), „Mów mi dobrze” (2009), „Zadyszka” (2011). Najnowsza płyta powstała w leśnej głuszy w Nowym Kawkowie (to ostatnio moda wśród polskich rockmanów). Po kilku zmianach personalnych zespół występuje w składzie: Jakub „Quka” Kawalec (śpiew, gitara, teksty), Łukasz „Pan Latawiec” Cegliński (gitara, śpiew), Artur „Artour” Telka (gitara basowa), Jarosław „Dubin” Dubiński (perkusja) i Daniel Pomorski (trąbka, klawisze).

Z happysadem jest trochę kłopotu. Ich muzyka jest zachowawcza, sami o sobie mówią, że to „rock regresywny”, oparty na prostej muzyce, melodyjnej, niezbyt skomplikowanych tekstach i skierowany do cierpiących nastolatek i studentów. Formacja znalazła jednak swoją niszę. Trafiła do odbiorców, dla których np. Janerka czy punk są zbyt wymagający, zaś disco polo czy rapu nie słuchają z przyczyn estetycznych. Dwanaście najnowszych kompozycji jest ostrzejszych (gitarowe riffy) niż znane z poprzednich krążków. Coż, że frazy Pod twoim dotykiem serca/ pękają jak herbatniki drażnią banałem, zaś wyznania samobójcy, który został porzucony, nie ma kolegów i świata nie lubi zaczynają po kilku utworach męczyć. Ważne, że muzycy się tym nie przejmują i wciąż są w trasie. Nie każdy musi być Treyem Gunnem. Ważne, żeby w zamian nie stać się Stachurskym.

Paweł Chmielewski

(Recenzja - miesięcznik "Teraz" nr 109)

happysad, „Ciepło/ Zimno”, Mystic Production

Alicja z Ostrowca (Bullshit Baby, Bullshit Baby)

Gdy władza finansuje wydanie płyty przez debiutujący zespół, wystawę młodego artysty, realizację awangardowego filmu czy dobrego graffiti, zamiast wydawać nasze podatki na kolejną koszmarną figurę świętego autorstwa niezbyt zdolnego rzeźbiarza – należy zdjąć czapki z głów i przyklasnąć.

Jeśli na dodatek ta władza – piszę tu o Ostrowcu Świętokrzyskim – finansuje wydawnictwa z tak różnych rejonów muzycznych jak szantowy Pod Wiatr, etniczny Natural Beat Band i metalowy Bullshit Baby, którym zajmę się tym razem, to mamy sytuację piękną. Debiutancki krążek ostrowieckiej grupy nosi tytuł „Bullshit Baby”, zawiera sześć kompozycji śpiewanych po angielsku i jedną polską.

Korzenie zespołu sięgają jeszcze lat 90., gdy w formacjach Central Park i Four Seasons spotkali się muzycy tworzący obecny skład. Potem była jeszcze kapela UTD i wreszcie od 2006 r. Bullshit Baby. Pierwszym utworem, który zagrali był kawałek zespołu Kyuss czyli czołowego reprezentanta nurtu stoner rock. Ostrowiecki skład mieści się idealnie w tym gatunku. Stoner rock odwołuje się do muzyki z przełomu lat 60. i 70., inspiracji Black Sabbath, Hendrixem i Deep Purple. Bardzo często stosuje jakby celowo spowolnione tempo, dosadne gitarowe riffy. Kompozycje są stylizowane na surowe, pozbawione zbędnych ozdobników.

Na debiutanckiej płycie ostrowiecka grupa wystąpiła w składzie: Dominik Gębura (wokal, gitara), Piotr Cichoń (gitara), Łukasz Książek (gitara basowa), Marcin Gajewski (perkusja). Rozpoczynający płytę polskojęzyczny utwór „Mniej” jest niestety najsłabszy i potwierdza obiegową opinię, że nasza rodzima mowa kiepsko brzmi w zestawieniu ze stoner rockiem. Potem jest już o wiele lepiej i ciekawiej. W kolejnych utworach bardzo wyraźnie wybrzmiewa echo zespołu Alice in Chains czyli najbardziej „kamienistej” grupy z Seattle, gdzie narodził się grunge. Jak na każdej płycie ciężkiego rocka nie mogło zabraknąć kompozycji bardziej balladowej („She”). Warto śledzić muzykę zespołu znad Kamiennej. Podobno przygotowuje kolejny krążek.
Paweł Chmielewski
(Recenzja - miesięcznik "Teraz" nr 110)
Bullshit Baby, Bullshit Baby, JR Studio.

Nie tylko dla audiofila (Zespół Pieśni i Tańca Ciekoty, „Łoj, na ciekockim polu”)

Wydanie dwupłytowego albumu „Łoj, na ciekockim polu” Zespołu Pieśni i Tańca Ciekoty to niezły pretekst do rozmów o naszym stosunku do muzyki ludowej, a nawet szerzej – do tradycji.

Powód jest dobry, bo za kilka tygodni Radio Kielce uruchomi osobny kanał poświęcony tylko muzyce ludowej. Kanału jeszcze nie ma, ale jest dyskusja. Przeciwnicy (w większości) stwierdzają, że programu będzie słuchał tylko prezes i wyznaczeni przez niego pracownicy, że nowoczesna technologia nadawania DAB+ wymaga drogiego odbiornika i zafascynuje tylko audiofilii. Władze radia odpierają ataki dość nieudolnie i nieprzekonywująco. Tymczasem sprawa jest dość prosta: rozgłośnia dysponuje archiwum z lat 50. i 60., które należy skatalogować i udostępnić (jak w małej skali uczyniono na płycie z rejonu Ciekot). Muszą się z nim (z racji zawodowej) zapoznać antropolodzy, etnografowie, muzykolodzy i wreszcie kompozytorzy, którzy coraz częściej sięgają do tradycyjnych źródeł – „Ludovizja” Kiniorskiego, „Erotyki ludowe” Makaruka.

Pozostają jeszcze dwa argumenty: jeśli w mądry sposób nie ochronimy dorobku sztuki ludowej to przejdzie ona do historii pod postacią „chłopskiego disco polo”, „cepeliady” itd. Jak wygląda karykatura tradycji niech posłuży przykład Warszawy. Mieszczańsko-inteligencki ethos miasta zniszczyły II wojna światowa i PRL. Na ich miejsce weszła tzw. „szpagatowa inteligencja” (długo by tłumaczyć źródłosłów), która przybyszów pogardliwie nazywa „słoikami”. 

Drugi argument jest czysto merkantylny: znajomość kompozycji ludowych i ich melanż z filmem rozsławiły kulturę kilku regionów. Wspomnę tylko Irlandię (tolkienowskie ekranizacje Jacksona), Bałkany (obrazy Kusturicy).

Taką inspiracją mogłaby być płyta zespołu z Ciekot założonego w 1993 r. Pierwszy krążek to zapis ludowego kalendarza liturgicznego od pieśni misteryjnych do pasyjnych. Drugi liryczne, chłopskie odbicie życia prywatnego. Zaś ile zawdzięcza ludowości muzyka klasyczna przekonuje nas szósty, instrumentalny utwór „Polka Jagusia”.

Paweł Chmielewski

(Recenzja - miesięcznik "Teraz" nr 111)

Zespół Pieśni i Tańca Ciekoty, „Łoj, na ciekockim polu”, Stowarzyszenie na Rzecz Odnowy Wsi „Odnowica”

Muzyka z ostatniego kręgu (Innkai, „Live in Cracov”)

Antropolodzy i filozofowie mediów cybernetycznych – tak, tak to gwałtownie rozwijające się, zwłaszcza w krajach anglosaskich dziedziny wiedzy – obwieścili, że znają (dość dokładnie) datę końca tradycyjnych środków przekazu i nośników sztuki. Ma to nastąpić w 2018 r.

Kto jest temu winien? Odpowiedź może być zaskakująca – według specjalistów – sami artyści i dziennikarze pracujący w mediach starego typu. Zakładając atrakcyjne strony internetowe gazet i zapraszając na nie, wydawcy zniszczyli wersje papierowe, producenci zezwalając na prezentacje filmów w kanałach internetowych zrujnowali rynek... itd. Tymczasem kina notują rekordowe przychody, chodzenie do teatru staje się coraz bardziej modne.

Krytycy i uczeni w piśmie jednak nie przestają. Najgorsi ze wszystkich, prawie z urzędu siedzący w najniższym kręgu piekieł, są według nich muzycy. „Wrzucają” za darmo swoje utwory w cybersieć i nie pozwalają zarobić koncernom. Obrzydliwy proceder zapoczątkował zespół Radiohead, który udostępnił najnowszy album z małą prośbą do fanów, że jeśli uważają go za dobry, to niech wpłacają dowolną kwotę na konto grupy. Całą akcję muzycy potraktowali zaś jako promocję koncertów, na których w rzeczywistości zarabiają.

Tym tropem poszły setki formacji, m.in. bohaterowie tej noty – Innkai z Kielc. Całą ich płytę „Live in Cracov” (koncert w klubie Lizard King) można ściągnąć i odsłuchać w domu albo kupić za całe 5 (pięć!) złotych podczas koncertu. Biedna wytwórnia i pośrednicy nie zarobią 50 zł. Wszyscy fani istniejącego od 2011 r. zespołu, w składzie: Roch Dobrowolski (wiolonczela), Tomasz Wzorek (gitary), Piotr Golemiec (bass), Łukasz Fiałkowski (inst. perkusyjne) są niepocieszeni.

Kompozycje grupy to mieszanka drum’n’bass, folku nawet z elementami punkowymi, wybrzmiewają gitarowe riffy. Dominująca wiolonczela w kilku utworach (np. „Intro”) budzi skojarzenia z muzyką minimalistów w typie Philipa Glassa. Gdyby powstawał film w rodzaju „Trainspotting” Danny’ego Boyle’a lub „Basquiat – taniec ze śmiercią” do scenariusza Lecha Majewskiego to utwory Innkai byłyby bardzo ciekawą propozycją ilustracji muzycznej.

Paweł Chmielewski

(Recenzja - miesięczniki "Teraz" nr 112)

Innkai, „Live in Cracov”, nakładem zespołu

Ze stanowiska archeologa (Azotox, „Znaki naszej wiary”)

Początek wiosny – te słowa piszę w środku kwietniowej zimy – ponury i depresyjny nie sprzyja poszukiwaniu nowości. Rozpocząłem więc muzyczne wykopki archeologiczne. Ich efektem odnalezienie starych nagrań punkowego zespołu Azotox.

O ile się nie mylę, powstała w 1990 r. grupa nie doczekała się większych recenzji i pomimo reaktywacji w 2011 r. jest słabo znana. Azotox założony w Woli Grójeckiej koło Ćmielowa (lub jak podają inne źródła w Brzustowie) nagrał dwie (niektórzy twierdzą, że trzy) kasety długogrające. Kasety, bo jesteśmy – tylko przypominam – w okresie archeologicznym lat 90. Potwierdzone tytuły produkcji to „Prowokacja” (1995) i „Znaki naszej wiary” (1999). Dziś zajmę się drugą, bo to – po prostu – zestaw bardzo dobrej muzyki.

Azotox zaczynał od grania coverów innych punkowych kapel, m.in. Siekiery, zaś na opisywanej kasecie wystąpił w składzie: Piotr „Patela” Paszyński (gitara, vocal), Arkadiusz „Ślepy” Zieliński (perkusja, vocal), Kacper Klimara (gitara), Jacek „Niunia” Podkowa (bas) i Sylwester „Aleksanderek” Zimut (vocal). „Znaki naszej wiary” to zestaw dwunastu dość zróżnicowanych kompozycji zagranych w ostrym punkowym stylu, które przechodzą płynnie w melodyjną frazę („Czy tak musi być?”) lub nawet ocierają się o reggae („Wizja”).

Przesłuchanie całej kasety daje nam bardzo czytelny wykład punkowej ideologii, która jest antykonsumpcyjna: Myślicie może, że się wam dam kupić/ By stworzyć z wami wielką szarą masę („Długi”), pacyfistyczna: Szykują nową wojnę, antysystemowa: Ksiądz z ambony będzie błogosławił/ Niewinni ludzie pójdą na rzeź („Wizja”). 

Coś ten kodeks przypomina? Troszeczkę raperów. Jest jednak pewna różnica. Może teksty Azotoxu nie są najwyższych lotów, ale jakoś – dzięki dobrej muzyce i indywidualizmowi – sympatyczniejsze, gdy tymczasem rap jest podskórnie groźny i niestety plemienny. Punk zaś to nurt poważny, ale ironiczny zarazem. Wystarczy wspomnieć nazwy zespołów: Kalesony Pułkownika, Zielone Żabki. Miejmy nadzieję, że Azotox poza reaktywacją nagra też kolejną dobrą płytę.
Paweł Chmielewski
(Recenzja - miesięcznik "Teraz" nr 113)
Azotox, „Znaki naszej wiary”, GRS Tapes

Muzyka z rezydencji duchów (Fire Flower, „Welcome”)

Dziś będzie o płycie kolejnego zespołu z kieleckiej Bazy Zbożowej. Dość niedawno omawiałem dokonania m.in. Strefy Ciszy i Roka Feler. Przyszedł czas na debiutancką produkcję grupy Fire Flower „Welcome”.

Przy okazji wydanej w ubiegłym roku płyty warto tylko wspomnieć o ciekawym fenomenie (nie tylko muzycznym) jakim jest Baza Zbożowa. W opuszczonych garażach milicyjnych, pięć minut od galerii „Echo” gra ponad trzydzieści zespołów i – o ile dobrze liczę – już siedem ma za sobą wydanego longplaya.

Trzymając w dłoni CD Fire Flower powracamy do wątku, który już kilka razy poruszałem w swoich recenzjach. Oto kolejna produkcja wydana z pominięciem dużych wytwórni. Można napisać: chcesz mieć płytę? Wydaj się sam. Kielecka formacja po zdobyciu trzech „Muzycznych Scyzoryków” i bardzo częstych supportach przed znanymi wykonawcami nie już chciała czekać.

Drążę temat wydawnictw, bo „Welcome” ma bardzo ładną szatę graficzną, profesjonalne pudełko itd. Kosztuje tylko 10 zł, zaś płyta innego debiutanta tłoczona przez wielką wytwórnię prawie 40 zł. Co ciekawe, na początku maja, jeden z dyrektorów takiego koncernu powiedział, że na sprzedaży egzemplarza zarabiają 15 (!) groszy. Różnicę pozostawiam do namysłu czytelnikom. Powróćmy jednak do naszego krążka.

Na okładce (utrzymanej prawie wyłącznie w tonach sepii) widnieje stary, piętrowy dom, do którego idzie mała dziewczynka. To klimat jak z angielskiego horroru. Dlaczego? Kompozycjom powstałej w 2008 r. grupy (Justyna Jaszczyk – wokal, Jakub Bądel, Tomasz Jasiewicz – gitary, Jacek Aniołek – bas, Piotr Mondzik – perkusja) najbliżej do nurtu gotyckiego rocka z elementami metalu.

Recenzenci portali muzycznych wskazywali na inspirację grupami Epica, Nightwish. Mnie natomiast chodzi inne skojarzenie – Cranberries. Tak jak w utworach irlandzkiej formacji przeważają melodyjne, trochę mroczne kompozycje, dobre wykorzystanie gitarowych riffów, mocny głos wokalistki, brak formalnych eksperymentów. Co dalej? Trzeba tylko zaczekać jakiego ducha spotka dziewczynka wewnątrz opuszczonego domu.

Paweł Chmielewski

(recenzja - miesięcznik "Teraz" nr 114)

Fire Flower, „Welcome”, nakładem zespołu.