poniedziałek, 5 września 2016

Muzyka z ostatniego kręgu (Innkai, „Live in Cracov”)

Antropolodzy i filozofowie mediów cybernetycznych – tak, tak to gwałtownie rozwijające się, zwłaszcza w krajach anglosaskich dziedziny wiedzy – obwieścili, że znają (dość dokładnie) datę końca tradycyjnych środków przekazu i nośników sztuki. Ma to nastąpić w 2018 r.

Kto jest temu winien? Odpowiedź może być zaskakująca – według specjalistów – sami artyści i dziennikarze pracujący w mediach starego typu. Zakładając atrakcyjne strony internetowe gazet i zapraszając na nie, wydawcy zniszczyli wersje papierowe, producenci zezwalając na prezentacje filmów w kanałach internetowych zrujnowali rynek... itd. Tymczasem kina notują rekordowe przychody, chodzenie do teatru staje się coraz bardziej modne.

Krytycy i uczeni w piśmie jednak nie przestają. Najgorsi ze wszystkich, prawie z urzędu siedzący w najniższym kręgu piekieł, są według nich muzycy. „Wrzucają” za darmo swoje utwory w cybersieć i nie pozwalają zarobić koncernom. Obrzydliwy proceder zapoczątkował zespół Radiohead, który udostępnił najnowszy album z małą prośbą do fanów, że jeśli uważają go za dobry, to niech wpłacają dowolną kwotę na konto grupy. Całą akcję muzycy potraktowali zaś jako promocję koncertów, na których w rzeczywistości zarabiają.

Tym tropem poszły setki formacji, m.in. bohaterowie tej noty – Innkai z Kielc. Całą ich płytę „Live in Cracov” (koncert w klubie Lizard King) można ściągnąć i odsłuchać w domu albo kupić za całe 5 (pięć!) złotych podczas koncertu. Biedna wytwórnia i pośrednicy nie zarobią 50 zł. Wszyscy fani istniejącego od 2011 r. zespołu, w składzie: Roch Dobrowolski (wiolonczela), Tomasz Wzorek (gitary), Piotr Golemiec (bass), Łukasz Fiałkowski (inst. perkusyjne) są niepocieszeni.

Kompozycje grupy to mieszanka drum’n’bass, folku nawet z elementami punkowymi, wybrzmiewają gitarowe riffy. Dominująca wiolonczela w kilku utworach (np. „Intro”) budzi skojarzenia z muzyką minimalistów w typie Philipa Glassa. Gdyby powstawał film w rodzaju „Trainspotting” Danny’ego Boyle’a lub „Basquiat – taniec ze śmiercią” do scenariusza Lecha Majewskiego to utwory Innkai byłyby bardzo ciekawą propozycją ilustracji muzycznej.

Paweł Chmielewski

(Recenzja - miesięczniki "Teraz" nr 112)

Innkai, „Live in Cracov”, nakładem zespołu

Ze stanowiska archeologa (Azotox, „Znaki naszej wiary”)

Początek wiosny – te słowa piszę w środku kwietniowej zimy – ponury i depresyjny nie sprzyja poszukiwaniu nowości. Rozpocząłem więc muzyczne wykopki archeologiczne. Ich efektem odnalezienie starych nagrań punkowego zespołu Azotox.

O ile się nie mylę, powstała w 1990 r. grupa nie doczekała się większych recenzji i pomimo reaktywacji w 2011 r. jest słabo znana. Azotox założony w Woli Grójeckiej koło Ćmielowa (lub jak podają inne źródła w Brzustowie) nagrał dwie (niektórzy twierdzą, że trzy) kasety długogrające. Kasety, bo jesteśmy – tylko przypominam – w okresie archeologicznym lat 90. Potwierdzone tytuły produkcji to „Prowokacja” (1995) i „Znaki naszej wiary” (1999). Dziś zajmę się drugą, bo to – po prostu – zestaw bardzo dobrej muzyki.

Azotox zaczynał od grania coverów innych punkowych kapel, m.in. Siekiery, zaś na opisywanej kasecie wystąpił w składzie: Piotr „Patela” Paszyński (gitara, vocal), Arkadiusz „Ślepy” Zieliński (perkusja, vocal), Kacper Klimara (gitara), Jacek „Niunia” Podkowa (bas) i Sylwester „Aleksanderek” Zimut (vocal). „Znaki naszej wiary” to zestaw dwunastu dość zróżnicowanych kompozycji zagranych w ostrym punkowym stylu, które przechodzą płynnie w melodyjną frazę („Czy tak musi być?”) lub nawet ocierają się o reggae („Wizja”).

Przesłuchanie całej kasety daje nam bardzo czytelny wykład punkowej ideologii, która jest antykonsumpcyjna: Myślicie może, że się wam dam kupić/ By stworzyć z wami wielką szarą masę („Długi”), pacyfistyczna: Szykują nową wojnę, antysystemowa: Ksiądz z ambony będzie błogosławił/ Niewinni ludzie pójdą na rzeź („Wizja”). 

Coś ten kodeks przypomina? Troszeczkę raperów. Jest jednak pewna różnica. Może teksty Azotoxu nie są najwyższych lotów, ale jakoś – dzięki dobrej muzyce i indywidualizmowi – sympatyczniejsze, gdy tymczasem rap jest podskórnie groźny i niestety plemienny. Punk zaś to nurt poważny, ale ironiczny zarazem. Wystarczy wspomnieć nazwy zespołów: Kalesony Pułkownika, Zielone Żabki. Miejmy nadzieję, że Azotox poza reaktywacją nagra też kolejną dobrą płytę.
Paweł Chmielewski
(Recenzja - miesięcznik "Teraz" nr 113)
Azotox, „Znaki naszej wiary”, GRS Tapes

Muzyka z rezydencji duchów (Fire Flower, „Welcome”)

Dziś będzie o płycie kolejnego zespołu z kieleckiej Bazy Zbożowej. Dość niedawno omawiałem dokonania m.in. Strefy Ciszy i Roka Feler. Przyszedł czas na debiutancką produkcję grupy Fire Flower „Welcome”.

Przy okazji wydanej w ubiegłym roku płyty warto tylko wspomnieć o ciekawym fenomenie (nie tylko muzycznym) jakim jest Baza Zbożowa. W opuszczonych garażach milicyjnych, pięć minut od galerii „Echo” gra ponad trzydzieści zespołów i – o ile dobrze liczę – już siedem ma za sobą wydanego longplaya.

Trzymając w dłoni CD Fire Flower powracamy do wątku, który już kilka razy poruszałem w swoich recenzjach. Oto kolejna produkcja wydana z pominięciem dużych wytwórni. Można napisać: chcesz mieć płytę? Wydaj się sam. Kielecka formacja po zdobyciu trzech „Muzycznych Scyzoryków” i bardzo częstych supportach przed znanymi wykonawcami nie już chciała czekać.

Drążę temat wydawnictw, bo „Welcome” ma bardzo ładną szatę graficzną, profesjonalne pudełko itd. Kosztuje tylko 10 zł, zaś płyta innego debiutanta tłoczona przez wielką wytwórnię prawie 40 zł. Co ciekawe, na początku maja, jeden z dyrektorów takiego koncernu powiedział, że na sprzedaży egzemplarza zarabiają 15 (!) groszy. Różnicę pozostawiam do namysłu czytelnikom. Powróćmy jednak do naszego krążka.

Na okładce (utrzymanej prawie wyłącznie w tonach sepii) widnieje stary, piętrowy dom, do którego idzie mała dziewczynka. To klimat jak z angielskiego horroru. Dlaczego? Kompozycjom powstałej w 2008 r. grupy (Justyna Jaszczyk – wokal, Jakub Bądel, Tomasz Jasiewicz – gitary, Jacek Aniołek – bas, Piotr Mondzik – perkusja) najbliżej do nurtu gotyckiego rocka z elementami metalu.

Recenzenci portali muzycznych wskazywali na inspirację grupami Epica, Nightwish. Mnie natomiast chodzi inne skojarzenie – Cranberries. Tak jak w utworach irlandzkiej formacji przeważają melodyjne, trochę mroczne kompozycje, dobre wykorzystanie gitarowych riffów, mocny głos wokalistki, brak formalnych eksperymentów. Co dalej? Trzeba tylko zaczekać jakiego ducha spotka dziewczynka wewnątrz opuszczonego domu.

Paweł Chmielewski

(recenzja - miesięcznik "Teraz" nr 114)

Fire Flower, „Welcome”, nakładem zespołu.

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Pawiem, papugą a czasem kurą jesteśmy (Piotr Sarzyński, "Wrzask w przestrzeni")

Paweł Chmielewski
(miesięcznik "Teraz" - nr 113)
Jego praca (...) to naprawdę wydarzenie architektoniczne najwyższej rangi. To zdanie pada w książce socjologa i dziennikarza „Polityki” Piotra Sarzyńskiego „Wrzask w przestrzeni” w kontekście propozycji zatrudnienia Petera Zumthora.

Cofnijmy się o kilka akapitów by zrozumieć w jakich okolicznościach przywołuje autor nazwisko słynnego Szwajcara (laureata „architektonicznego Nobla”): Trudno powiedzieć, czy prowadzone są dziś jeszcze rozmowy na temat pracy w Polsce któregoś ze znanych architektów. (...) Z jednym wszakże wyjątkiem. Tym bardziej ciekawym, że dotyczącym miasta niebędącego metropolią. Chodzi o zapowiedź przebudowy budynku dawnej synagogi (...) To wprawdzie tylko adaptacja, ale nazwisko jej autora elektryzuje: Peter Zumthor. To szwajcarski architekt i teoretyk uważany dziś za jeden z największych światowych autorytetów. 

Abstrahując od niewyjaśnionych spraw własnościowych byłej synagogi warto przytoczyć taką opinię z zewnątrz. Po książkę Piotra Sarzyńskiego warto sięgnąć z jeszcze jednego powodu – poza kilkoma przywołanymi przykładami z regionu świętokrzyskiego – to świetnie napisane kompendium naszej obyczajowości, zachowań i sposobów w jaki organizujemy sobie przestrzeń w ostatnich dwóch dekadach. Wnioski, do których doszedł autor można bez większego trudu przenieść na lokalny grunt. „Wrzask w przestrzeni” koresponduje z kilkoma ostatnimi akcjami społecznymi i prasowym.

Pomniki nasze kochane
Fot. Paweł Chmielewski
Piotr Sarzyński chwali m.in. za Zumthora, przywołuje pomnik Milesa Davisa jako jeden z przykładów odejścia w polskiej rzeźbie od monumentalizmu na rzecz kameralności... Podtytuł jego książki brzmi „Dlaczego w Polsce jest tak brzydko?”. Padają w niej często słowa „tandeta”, „śmietnik”, „bezguście”. Co się stało z polską przestrzenią? Co zwyciężyło? Czy wręcz ostatnie dwa dziesięciolecia z triumfem kultury masowej stawiającej na powierzchowny blichtr? Analizując przykłady przywołane przez autora przychodzi mi na myśl diagnoza z „Grobu Agamemnona” o polskiej mentalności naśladowczej i kochającej powierzchowny zbytek. O papudze i pawiu. I jeszcze o kurze, która jest tak rozkosznie przaśna, dziobie dość przypadkowo i jak głosi przysłowie (naszych sąsiadów) nawet nie zalicza się do ptactwa.

Fot. Paweł Chmielewski
Polskim twórcom pomników zarzuca Sarzyński przede wszystkim brak polotu: Autorom rozlicznych sylwetek zdecydowanie brakuje jednak fantazji. Albowiem niemal kanonicznym rozwiązaniem stało się sadzanie ich na ławeczkach. Jako jeden z przykładów rzeźba Jana Karskiego przy ul. Sienkiewicza w Kielcach. Ironizuje na temat pomników florystyczno-faunistycznych jako najnowszej mody – m.in. pszczoła w Kielcach czy Koziołek Matołek (oczywiście w Pacanowie)

Bardzo dużo miejsca poświęca publicysta rzeźbie sakralnej. Najbardziej kuriozalne przykłady jak papież topiący się w betonie (Smolnica k. Gliwic) ominęły region świętokrzyski. Chociaż i tu nie brakuje rozwiązań wątpliwych jak kolorystycznie wrzaskliwe, nawet kampowe rzeźby na cmentarzu w Janikowie (pow. opatowski) czy obok kościoła w Chomentowie (pow. jędrzejowski).

Bazgroły i gargamele
Jeden z rozdziałów zostaje zatytułowany „Piętnaście najbrzydszych rzeczy w nowej Polsce”. Oto subiektywny ranking Piotra Sarzyńskiego: worki ze śmieciami (wszechobecne). Nieporządek urbanistyczny. Bazgroły (czyli to wszystko co chce udawać street art lub graffiti artystyczne, w innym miejscu nazwane przez autora bombingiem – niechcianym przez właściciela malunkiem).
Fot. Paweł Chmielewski

Reklamy (wszechobecne). Kolejowiska (brudne). Psie kupy. Grodzenia (ta tendencja dotyczy Kielc na szczęście w małym stopniu). Bazary i targowiska.

Wielkopłytowe elewacje (malowane bez ładu i składu, jeden z jurorów kieleckiego plebiscytu „Pod dobrą pacą” stwierdził, że w kat. dysharmonii można nominować całe osiedla Na Stoku i Świętokrzyskie).

Neogargamele łączące wszystkie style architektoniczne z najpowszechniejszym gotykiem i kolumienkami jak w sarmackim dworku. Domy z katalogów. Siding (rodzaj elewacji z winylu). Dzikie parkingi. Kostka Bauma. Dekory czyli wszelkiego rodzaju bociany i krasnale.

Działki, hacjendy, gnocchi
Jakie są jeszcze typowe znaki czasu ostatnich 20 lat? Co nas charakteryzuje? Sarzyński stawia tezę, że Polacy stali się indywidualistami i prawie każdy chce mieszkać we własnym, wolnostojącym domu. O jak największej powierzchni. Ciekawe – najmniejsze hacjendy buduje się w kieleckim. W całej Polsce bez ładu i składu. Zawód urbanisty umarł. Polak lubi luksus. W nim nie mieszczą się już serwisy z Ćmielowa, niegdyś obiekt marzeń każdej gospodyni. 

Fot. Paweł Chmielewski
Polski Disneyland. Tak określa autor działki. Fascynujące składowisko rzeczy niepotrzebnych. I objaw terytorializmu (każdy właściciel oznacza własną przestrzeń). Trzeba przypomnieć, że właśnie w Kielcach mamy największy w Europie ogród działkowy z prawie trzema tysiącami przeróżnych rozwiązań architektonicznych.

Dalej jest o obyczajowych kuriozach czyli zakochaniu w metkach znanych firm. O sushi z kaszą, o miłości do gnocchi. O tych wszystkich Nike i Armanich. Czyli – ja to tak rozumiem – o wrzaskliwej powierzchowności naszych obyczajów.

Perły w morzu brzydoty
Autor pokazuje przede wszystkim jak szkaradna potrafi być nasza przestrzeń. Są jednak w tym oceanie szpetoty perły. Dokładnie według Piotra Sarzyńskiego pięć pereł. Modernizm w architekturze (np. dworzec PKS w Kielcach). Miejska zieleń – ewenement na skalę europejską, który trzeba chronić. Bary mleczne – niezmiennie budzą zachwyt obcokrajowców. Przydrożne kapliczki – nie poddają się bezosobowym standardom nowoczesności. Uliczne galerie plakatu.

„Wrzask w przestrzeni” to książka bardzo ważna. Powinien ją przeczytać każdy kto chce się wypowiadać na temat otaczającej nas przestrzeni.
Piotr Sarzyński, Wrzask w przestrzeni, s. 175, Wyd. Polityka Spółdzielnia Pracy, Warszawa 2012.

środa, 10 sierpnia 2016

Nalewać wyłącznie do małych kieliszków (Aleksander Przybylski "Literacki almanach alkoholowy")

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 4/2016)
Wszystko zaczęło się od Nabokova i dżinanasu. W chwilach radości autor wraz z dwoma bukinistami zakłada ALINĘ czyli Alkoholowo-Literacki Instytut Naukowo-Badawczy, którego zadaniem była kwalifikacja książek i trunków do analizy oraz troska o higienę psychofizyczną eksperymentatorów. 
Tak powstał „Literacki almanach alkoholowy” Aleksandra Przybylskiego, kulturoznawcy i dziennikarza z Poznania. ALINA upadła, powstała fascynująca książka. Puszczamy Wysockiego lub Toma Waitsa i zanurzamy się w odmętach almanachu. Czytać możemy przypadkowo, wybierając jeden z rozdziałów: piwa, wina… i wynalazki, wódki, koktajle, niepijalne, nieistniejące i nierozpoznane, remedia (czyli lekarstwa na „syndrom dnia poprzedniego”) oraz gry i zabawy. Każde z haseł – jak przystało na porządny almanach – podzielone jest na „Przedmiot badań”, „Pochodzenie”, „Sposób podawania” wraz z fragmentem utworu literackiego (np. dedykowanego dzieciom „drozdowskiego”, które miało smak kwaśnego soporu z ogórków, a temperaturę kałuży na gościńcu w dzień upalny – „Syzyfowe prace”) i na koniec „Skutki uboczne”. Czasem nieprzewidywalne – kto pamięta rozkoszne koktajle (przywołano tylko jeden przykład) Wieniczki z „Moskwa-Pietuszki” wie o czym piszę.
Czytelników może zaskoczyć obecność „Ani z Zielonego Wzgórza”, książki, do której przeczytania usiłowałem się – ze względów poznawczych – zmusić wielokrotnie i do dziś podziwiam parę osób za jej znajomość. Więc „Ania...” – tak, tak – to porzeczkowe wino! Przy „grogu” wolałbym może zamiast „Sturmu” Ernesta Jüngera, „Muminki” i niepokojącą aurę przyjęcia w ogrodzie, na które przychodzi Buka. W karcie win, wśród napojów nieistniejących, odnajdujemy kosmiczne trunki Lema, Adamsa i oczywiście Jakuba Wędrowycza. Zabrakło tylko „Pustynnego orakhu” Pratchetta czyli soku z kaktusa i jadu skorpionów, który tak cudownie łagodził efekty spożycia klatchiańskiej kawy. 
„Almanach…” jest jak zwierciadło narodów – Polacy czują (według Houllenbecqa) chroniczną, słowiańską niechęć do schładzania napojów, pierwsze „lokowanie produktu” znajdziemy już w „Satyriconie” Petroniusza. W konfiguracjach różnych przodują Rosjanie. W „Braciach Karamazow” (choć znam ich nieźle) zgubiłem przepis na „nalewkę Grzegorza” (zainteresowanych odsyłam do Przybylskiego). Przy tej okazji glossa do tego hasła – bracia Jelisiejewowie, to przedstawiciele słynnego rodu kupieckiego, których sklep na petersburskim Newskim Prospekcie to odpowiednik dzisiejszego Harrodsa. Każdy więc inaczej czyta Dostojewskiego i inne strzępki z niego gubi.
Leksykon trunków pisarskich jest przede wszystkim książką humorystyczną, w dawnym dobrym stylu. Nie daruję sobie cytatu omawiającego „Emmę” Jane Austen w duchu latynoskiej noweli, lecz finalizowanego prawie „Klubem Pickwicka”: Emma jednak nie interesowała się Eltonem, podobnie jak Elton nie przepadał za Harriet, która wolała pana Martina. Emmie podobał się za to pan Frank Churchill, który preferował towarzystwo niejakiej Jane, zresztą z wzajemnością. Tym bardziej dziwi, że Frank emablował Harriet, podobnie jak pan Knightley, który naprawdę kochał się w Emmie. Rozumiecie coś z tego? Okej, to napijmy się piwa. Najlepiej świerkowego, bo za nim przepada – być może wzorem swego szwagra – Emma.
Jeśli to pomysł nie tylko na hrabalowską, nieskrępowaną, pełną życia zabawę, ale i promocję literatury. Chapeau bas.

Smutny człowiek patrzy na krzesło Vanzettiego (Howard Zinn "Ludowa historia Stanów Zjednoczonych")

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 4/2016)
Ci, którzy dostarczyli cenny kruszec, otrzymywali miedziane odznaki zawieszane na szyi, zaś tym, którzy odznak nie mieli, odcinano dłonie, po czym pozostawiano ich samym sobie, aby wykrwawili się na śmierć. Tak wyglądało – celebrowane niedawno z patosem (500 rocznica) – „odkrycie” Ameryki przez Kolumba. Tak rozpoczyna się „Ludowa historia Stanów Zjednoczonych” Howarda Zinna.
Wydana ponad trzydzieści lat temu (teraz trafia do polskiego czytelnika), sławę zdobywała stopniowo. Dopiero ataki republikańskich recenzentów i ważne miejsce w „Buntowniku bez powodu” Gusa Van Santa (Matt Damon był sąsiadem historyka i wielbicielem książki) zapewniła sprzedaż dwóch milionów egzemplarzy. Spokojnie można powiedzieć – kto nie czytał Zinna, ten nie zrozumie Ameryki do końca. Dlaczego „ludowa”? Madison [James, jeden z twórców tekstu i komentarza do amerykańskiej ustawy zasadniczej] (…) wraz ze swymi wspólnikami umieścił na początku preambuły do Konstytucji słowa „My Lud”, udając, że nowy rząd reprezentuje wszystkich, i żywiąc nadzieję, że ten mit się przyjmie, zapewniając „spokój wewnętrzny”. 
Zinn wydaje ostre sądy, przenikliwie analizuje, odwołuje się do źródeł, cytuje wspomnienia, artykuły prasowe, dokumenty. Jego historia nie jest pisana z punktu widzenia J.P. Morgana, Andrew Carnegie, Henry’ego Forda, Jerzego Waszyngtona, Benjamina Franklina czy Andrew Jacksona. Chociaż nie – ten ostatni, opiewany bohater demokracji – skutecznie podbił jedne plemiona indiańskie za pomocą innych, potem wszystkich pozbawił ziemi, by – zgodnie z doktryną innego amerykańskiego herosa „mitu założycielskiego” Thomasa Jeffersona – Indian „cywilizować” i zapewnić południowym stanom dobrobyt. Ten ulizany portrecik – arystokratów stali i bawełny – zrzucamy ze ściany.
Bohaterowie książki Zinna to – nieomal w duchu europejskiej literatury, a nie amerykańskiej historiografii – skrzywdzeni i poniżeni. Indianie, czarnoskórzy niewolnicy, biedni farmerzy, imigranci, kobiety, robotnicy wielkoprzemysłowi. Postaci z punktu widzenia, których pisana powinna (też) być historia. Lepiej pojmiemy skalę termojądrowego rozbłysku, który sprowokował autor, porównując do skali ataków na Olgę Tokarczuk za jej chęć pisania polskiej historii m.in. w imieniu chłopów, Żydów i kobiet. 
Howard Zinn układa amerykańskie puzzle przywołując po kolei fakty: eksterminację Indian, niewolnictwo (różne szacunki mówią o prawie pięćdziesięciu milionach porwanych mieszkańcach Afryki), prawie niewolniczą, kilkuletnią pracę białej biedoty anglosaskiej, wojny z małymi dzierżawcami przy użyciu wojska, dyskryminację kobiet (coś nam przypominają prawa o możliwości wyjścia z domu tylko w towarzystwie ojca lub brata?), wyzysk imigrantów umierających tysiącami przy budowie kolei i w kopalniach srebra (opis przypadku Włocha, który zakuty w kajdany, uciekł od pracodawcy i 42 dni pieszo wracał do Nowego Jorku), szesnastogodzinny dzień pracy i krzesło elektryczne (na podstawie sfabrykowanych dowodów) dla rzekomych zamachowców, socjalistów Sacco i Vanzettiego.
Żaden kraj na świecie tak długo nie przebywał w cieniu rasizmu. Nawet w trakcie II wojny światowej Czerwony Krzyż za zgodą (na polecenie) amerykańskiego rządu oddzielał krew białych i czarnoskórych dawców. Zaś same wojny? Jest troszkę inaczej niż się Państwu zdaje. Wojna o niepodległość, secesyjna, udział w konflikcie 1914-18 – Zinn kreśli propagandowe i (nazwałbym je) kapitałowe przyczyny wybuchu. Ciekawa jest interpretacja dość dwuznacznej i cynicznej roli Abrahama Lincolna w ruchu abolicjonistów. 
Spokojnie jednak – tak wiele się zmieniło, że aż nic się nie zmieniło. Biedny farmer z Utah może hodować zmodyfikowaną kukurydzę, ale (pod groźbą licytacji) nasiona musi kupować u dostawcy posiadającego monopol. Pod nosem można zanucić sobie tylko piosenkę z „Kabaretu” Boba Fosse’a. Morgan i Rockefeller nazywają się dziś Zuckerberg i Larry Page. Nie ma Cię w google? To nie istniejesz.

Z leksykonu potworów (Philip Short "Pol Pot. Pola śmierci")

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 3/2016)
Jeszcze w czasach szkolnych, tuż po upadku muru berlińskiego, na lekcjach pod ławką, czytaliśmy Kosińskiego, Millera, Rotha. Wśród tych książek była jedna nietypowa – reportaż Wiesława Górnickiego „Bambusowa klepsydra” o zbrodniach Czerwonych Khmerów w Kambodży, napisany i wydany na początku lat 80. 

Nikogo nie interesowało, że wpleciono tam całe akapity o wyższości komunizmu w wersji radzieckiej nad jego chińską odmianą. Porażającą nowością – przy której zbladły nawet literackie świadectwa sowieckiego gułagu – był beznamiętny opis pól śmierci, szwadronów dzieci mordujących przy pomocy foliowych torebek zaciskanych na głowie i rozpruwających brzuchy w poszukiwaniu ziarenek ryżu. Irracjonalnego szaleństwa, tworu jednego człowieka – Pol Pota – które pozbawia życia co czwartego mieszkańca Kambodży.

Biografia – wydana w serii „Oblicza zła” (dotychczas ukazały się tomy dotyczące Stalina, Himmlera, Goebbelsa, Mussoliniego, Bormana) – autorstwa Philipa Shorta, korespondenta BBC i „The Times”, ukazuje Saloth Sâra (ps. Pol Pot, Pouk, Hay, Wielki Wujek, Brat Numer Jeden, 87, Phem i 99) na tle historii Azji Południowo-Wschodniej drugiej połowy XX wieku. Podstawowy rys i fenomen kambodżańskiego autokraty, to tajemnica – wciąż enigmatyczny, na dalekim planie, trawiony obsesją podejrzliwości, doprowadził do perfekcji system, w którym (prawie) nikt o nikim nic nie wiedział. Terror „pól śmierci” pochłaniał setki tysięcy istnień, a dopiero rok po upadku Phnom Penh (1975), obywatele dowiedzieli się kto stoi na czele Czerwonych Khmerów. (Saloth Sâr był zachwycony, uchodząc za kogoś, kim nie był – bezimienną twarz w tłumie).

Widzimy kraj rozdarty między sprzeczne interesy Wietnamu, Tajlandii i Chin, malutki pionek w grze Stanów Zjednoczonych z ZSRR. Kraj, gdzie wojna domowa trwa nieprzerwanie od kapitulacji wojsk japońskich. Kraj, gdzie okrucieństwo nie jest niczym niezwykłym. Jest mistyczne, religijne (Pol Pot – być może to nie przypadek – uczęszczał również do szkoły przyklasztornej), oparte na wierzeniach pierwotnych – Przywódcy (…) nosili „kun krak” – „wędzone dzieci”, czyli zmumifikowane płody – jako amulety przeciw kulom wroga. Te pierwotne wierzenia, identyfikujące komunizm jako religijną sektę to pierwszy z fundamentów ideologii Czerwonych Khmerów. Drugim są paryskie lektury Pol Pota i jego kolegów stypendystów – Stalin, Kropotkin i podziw dla „nieskalanej czystości działań Robespierre’a”.

Zanim jednak Pol Pot decyduje o „końcu historii” i „końcu pieniądza, handlu, cywilizacji miejskiej i człowieka jako jednostki” obserwujemy dogorywanie, dekadencję i zaniechanie rządów Lon Nola i księcia Norodoma Sihanouka. Ten schyłek zadowolonych, dufnych – gdy przestaje rządzić „mafia”, a zaczyna „sekta” – przywołuje skojarzenie z ostatnim rokiem irańskiego szacha w reportażu Ryszarda Kapuścińskiego. Short – rzucając mistrzowsko – historię jednego człowieka na panoramę dziejów, pokazał kto zrodził, wychował i współtworzył czteroletni okres dyktatury Pol Pota. 

Najbardziej enigmatyczny, być może najokrutniejszy dyktator schyłku dwudziestego stulecia, był – nawet po upadku – bezkarnym, podejmowanym w stolicach sąsiednich państw „mężem stanu”. Oddając się lekturze „Paris Match” rozdawał karty w Kambodży jeszcze przez dwadzieścia lat. Dlaczego nigdy nie stanął przed sądem (proces wytoczony przez towarzyszy pięć miesięcy przed śmiercią był farsą)? Autor, korzystając z dokumentów, stenogramów i kilkuset godzin relacji naocznych świadków, pokazuje, że odpowiedź jest brutalna, cyniczna, ale brzmi – geopolityka.

Ursus w matrixie (Ryszard Koziołek "Dobrze się myśli literaturą")

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 3/2016)
Dlaczego tur, a nie byk? Jedna z tajemnic „Quo vadis”. Po lekturze „Dobrze się myśli literaturą” Ryszarda Koziołka podzielam fascynację autora pozytywizmem, choć może nie w sposób tak ekstremalny. Literaturoznawca czyta Stanisławę Przybyszewską, Sławomira Mrożka, Filipa Springera, Ignacego Karpowicza, lecz przede wszystkim czyta pozytywizm. I przede wszystkim Sienkiewicza. 

Profesor Uniwersytetu Śląskiego, laureat Nagrody Literackiej Gdyni za „Ciała Sienkiewicza. Studia o symbolice płci i przemocy” (2010), miał zadanie o tyle ułatwione, że z perspektywy historycznej, czytelne, przyswajalne – dla szerszego kręgu – ocalały właściwie tylko dokonania pozytywistów. Klasycyzm stał się językowo zbyt odległy, romantyzm, hermetyczny romantyzm, wymaga czytelnika wyrobionego, modernizm przegrywa z poprzednią epoką zawiłością leksyki, nieczytelnym dla wielu współczesnych symbolem. Ryszard Koziołek czyta przede wszystkim pozytywizm, erudycyjnie i z wdziękiem, obrazowo łącząc skojarzenia z – pozornie różnych – obszarów i tekstów kultury. Zobaczmy próbkę: Proza to pisanie dobrych zdań, jak przepis Małysza na dwa dobre skoki. Kilka dobrych zdań, akapit, pauza. Czasem wystarczy jedno długie, ale na nie mało kto dziś sobie pozwala, tyranizowany oportunizmem redaktorów i korektorów, mierzących wytrzymałość odbiorcy stu czterdziestoma znakami tweeta. 

Dlaczego tur, a nie byk? Po ukończeniu „Trylogii” Sienkiewicz wyjechał do Hiszpanii. Wrażenia z corridy mógł wpisać w mitologiczny kontekst „Quo vadis”. Krwiożerczy tłum w amfiteatrze i byk, jak z mitu o Europie porwanej przez byka (scena zaspokajająca pożądanie sadysty i estety w jednej osobie – Nerona). Zamiast tego pojawia się tur, symbol dość czytelny dla współczesnych pisarza, a Koziołek stawia tezę, że Sienkiewicz byłby w tej interpretacji kryptoendekiem, jego szyfry (…) są tak kłopotliwe do rozwikłania, ponieważ udało mu się stworzyć w nas przeświadczenie, że jego słowa nie kryją żadnej tajemnicy. 

W esejach Koziołka – w rozdziale o Prusie perwersyjnie obmacującym rzeczywistość odnajdujemy porównanie polskich realistów do Morfeusza z „Matrixa”, który w swej obsesji głosi, że rzeczywistość istnieje i jest osiągalna. Efektowne, bo autor nazywa to realizmem schizofrenicznym jakby w Warszawie nie było Rosjan. No tak, ale co w takim razie zrobimy z Cypherem, który poznał rzeczywistość i chce pozostać w „Matrixie”? Koziołek matrixowej metafory użył, by pokazać nierzeczywistość, udawanie prusowskiej (i nie tylko) Polski, zamierającej, nieistniejącej, której literatura nie może dać świadectwa. Myślę jednak, że ten drobny element Cyphera i wielu zresztą jemu podobnych dopełniłby obrazu układanki. Wachowscy pozwalają Koziołkowi pozytywizm uwspółcześnić.

W tym doskonałym zbiorze esejów odnajdziemy jeszcze Kalibana – to jedna z masek Sienkiewicza – przyoblekana przez pisarza w korespondencji z żoną. Kaliban, potem skutecznie skolonizowany, poczciwy Kali. To rozdarcie autora „Bez dogmatu” między humanizmem, a europejskim przekonaniem o niesieniu misji cywilizacyjnej. Tam wciąż wybrzmiewa „piętno białego człowieka”. Dylemat niezmienny dla postkolonialnego świata, dziś jeszcze bardziej niejednoznaczny i drażliwy niż w czasach Sienkiewicza.

Wstępniak 18 (Henryk Sienkiewicz)

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 3/2016)
W „Sztuce bez tytułu” Antoniego Czechowa – znanej, jedynie w Polsce, jako „Płatonow”, dzięki fantazji translatorskiej Adama Tarna – jeden z bohaterów, Wenglerowicz, w dość niezobowiązującej, skrzącej się czechowowskim humorem, pełnej złośliwości konwersacji salonowej, jednym, celnym sztychem ośmieszył felieton wiejskiego lekarza: Cóż to bardzo pięknie. Gdybym ja umiał pisać, też pisałbym do gazet. Po pierwsze płacą za to, a po drugie u nas, z niewiadomych powodów, ludzie piszący uchodzą za bardzo mądrych.

Ten dialog prowincjonalny pochodzi jeszcze z czasów, gdy lektura gazety była rytuałem, ośmieszony na jej łamach pędził do adwokata (jeśli był okcydentalistą), wysyłał sekundantów lub „strzelał sobie w łeb” (gdy był słowianofilem czy konserwatystą). Pisarze żyli nie z tantiem od sprzedaży książek, lecz cotygodniowych powieści w odcinkach. Sienkiewicz, o czym wiemy z jego listów, potwornie męczył się nad „Potopem”, na jutro oddać mam odcinek, a dopiero dwa zdania napisałem. Twórcze męki rekompensował mu pewnie fakt, że prawie równocześnie drukował w krakowskim „Czasie”, warszawskim „Słowie” i „Kurierze Poznańskim”.  

Sienkiewicz, światowiec, podróżnik, pasjonat nowoczesności, był twórcą literackich majstersztyków manipulacji. Prawie nikt w polskiej literaturze, może poza Wincentym Kadłubkiem, nie tworzył tak pięknych mitów, tak nie potrafił zabrzęczeć na polskiej duszy i jej kompleksach. Z niesamowitą ironią. Gdy pisał o naszej wyższości języka (słynny wykład Zagłoby o różnicach polskości i niemczyzny na przykładzie słowa „koń”) oraz obyczaju: Szwedzi, jako to naród ustawicznie w wodzie brodzący i z morza największe ciągnący intraty, nurkowie są exquitissimi (…) rzucisz szelmę w jedną przerębel, to on ci drugą wypłynie i jeszcze śledzia żywego w pysku trzyma. („Potop”). A kilkaset stron później odnajdujemy taką maestrię groteskowego okrucieństwa i fizjologii, które dorównują „Podróżom Guliwera” Jonathana Swifta (w wersjach nieocenzurowanych): Młody książę zdawał się nie myśleć o niczym więcej, tylko o jedzeniu. Wypukłe jego oczy śledziły niespokojnie każdą potrawę, a gdy mu przynoszono półmisek, nabierał ogromne kupy na talerz i jadł chciwie, z mlaskaniem wargami.

Sienkiewicz potrafił zdekonstruować naszą historię, z postaci trzeciorzędnych, ledwo wzmiankowanych, uczynić bohaterów samodzielnie rozpędzających kozackie powstanie czy szwedzki najazd. To jakby nagle Rozencrantz i Guildenstern zostali głównymi postaciami „Hamleta”. Zaraz – Tom Stoppard przecież już tego spróbował – ale to wciąż książę z Elsynoru jest najważniejszy.

wtorek, 19 lipca 2016

Lewą ręką się nie posługuj (Magdalena El Ghamari "Między kulturą a religią")

Nie rozmawiaj ze sprzedawcą w trakcie modlitwy. Nie chwal urody cudzej żony. Nie pomagaj i nie podawaj ręki kobiecie. Nie obiecuj czegokolwiek. Nie odmawiaj prezentu ani posiłku lub napoju. Nie przeklinaj po polsku. Nie obnoś się ze swoją religią.
Tych kilka – spośród wielu – zakazów dotyczy kontaktów z ludnością Iraku, ale spokojnie (po wprowadzeniu dodatkowych paragrafów związanych z lokalną specyfiką każdego z państw) można listę rozszerzyć na inne kraje islamskie. Wprawdzie podtytuł książki Magdaleny El Ghamari (zajmującej się m.in. tematyką terroryzmu i bezpieczeństwa międzynarodowego) „Między kulturą a religią” brzmi: „Operacje wojskowe w Iraku i Afganistanie”, ale zasadniczy trzon publikacji traktuje o tym – co nazwałbym – szokiem kulturowym na styku dwóch, dość odmiennych cywilizacji. Jest to oczywiście opracowanie (oparte na bardzo bogatym materiale analitycznym) warunków przygotowania i przeprowadzenia misji wojskowych oraz sposobów szkolenia ich uczestników. Opracowanie, które w części traktującej o kontaktach z miejscowymi (czyli, pamiętajmy o tym, gospodarzami odwiedzanych państw) powinno być lekturą – obowiązkową – dla turystów indywidualnych, biznesmenów podpisujących kontrakty na Bliskim Wschodzie, korespondentów i maniaków podróży z aparatem fotograficznym.
Nie dziś i nie tutaj jest miejsce na tłumaczenie „oczywistych oczywistości”, że nie każdy wyznawca islamu to terrorysta, nie każdy Arab to wyznawca islamu, lecz raczej okazja na wczytanie się w drugą warstwę książki Magdaleny El Ghamari, traktującą o niewoli stereotypu. Zatrzymajmy się na chwilę. Jakby na poboczu ruchliwej autostrady. Czy prawdziwym jest stereotypowy Polak z „Polish jokes” Donalda Trumpa albo cwaniakowaty złodziejaszek samochodów z niemieckich kabaretów, czy raczej dobrze opłacany emigrant z Jasła w Dolinie Krzemowej lub operator filmowy – po łódzkiej szkole – pracujący w Hollywood? Anglikiem jest zarówno zataczający się na środku krakowskiego rynku, przebrany za zajączka (albo tłustawą Lili Marleen) kibic Manchesteru jak i spętany konwenansem, dystyngowany kamerdyner z powieści Ishiguro. Gdzie leży coś, poza stereotypem? Od mniej więcej stulecia, czyli pierwszych badań antropologicznych Bronisława Malinowskiego, nie dzielimy obyczajów i kultur na „lepsze” i „gorsze”. Dywersyfikacja świadczy – niestety – o intelektualnym zapóźnieniu. Świat staje się multikulturowy. Jeśli go nie lubimy, to – pomimo sądów niektórych – wcale nie jest „tym gorzej dla świata”.
Żeby zrozumieć, zaakceptować odmienności, musimy zdefiniować pojęcia. W jednej z ankiet przeprowadzonych na potrzeby powstania książki, padło pytanie o pojęcie kultury w społeczeństwach muzułmańskich. To, co instynktownie zaliczamy do kanonu – muzykę, literaturę, plastykę, ze sferą kultury utożsamia zaledwie, co setny respondent. Ponad połowa odpowiedzi stawia znak równości między nią, a religią, zwyczajami, językiem arabskim i nakazami Koranu (również hadisy i sunny). Czy to jest wzorzec dla samospełniającej się przepowiedni z 1993 r. Samuela Huntingtona o „zderzeniu cywilizacji”?
Jest coś, co nieuniknione. Jeśli nawet nie będziemy się „zderzać”, to na pewno będziemy się „stykać”. Marsze w czerni, z flagami, nie są raczej dobrym remedium na kulturowe różnice. Lepszy jest głęboki oddech podczas seansu Kiarostamiego, poznanie antropologicznych korzeni naszych przodków [z braku lepszego argumentu ;)], lektura Rushdiego i Mahfuza lub przygotowanie malutkiego przewodnika, najlepiej w języku arabskim, o kulturowych zwyczajach mieszkańców Starego Kontynentu.
Zakończę cytatem z omawianej książki: Ważnym jest, by potrafić postawić się w sytuacji innego człowieka i zrozumieć jego sposób myślenia oraz sytuację życiową. Bez tego, obojętnie na jakim gruncie będzie to walka, zostanie ona przegrana przez obydwie strony.
Paweł Chmielewski 
(recenzja - magazyn "Projektor" 3/2016)

poniedziałek, 18 lipca 2016

Sturm und Drang X Muzy ("Kino nowofalowe", T. 3 "Historii kina")

W maju ubiegłego roku na MFF w Cannes miał premierę dokument „Orson Welles – blaski i cienie”. Nakręcony w setną rocznicę urodzin reżysera, złożony z wywiadów z autorem „Wspaniałości Ambersonów”, przyjaciółmi i współpracownikami, pokazał pewien paradoks – jeden z największych nowatorów kina nie potrafił odnaleźć się w Hollywood przełomu lat 60. i 70.
Rządziło już następne pokolenie reżyserów i producentów, każdy z nich chciał zjeść z Wellesem lunch, ale nikt nie chciał robić filmów. W Europie, gdzie był uwielbiany, niewiele nakręcił. Tych parę zdań z dokumentu streszcza istotę „Kina epoki nowofalowej”, trzeciego tomu „Historii kina” wydawnictwa Universitas.
To Sturm und Drang X Muzy – francuska i czeska Nowa Fala, polskie Kino Moralnego Niepokoju, nowe kino skandynawskie, brytyjscy Młodzi Gniewni z czasów kiedy obywatele imperium utracili wiktoriańskie przekonanie o swojej wyższości nad innymi nacjami i stanęli przed koniecznością zredefiniowania swojego miejsca w świecie. W ciągu kilkunastu miesięcy zniesiona zostaje kara śmierci, umiera Winston Churchill, powstaje zespół Pink Floyd, Antonioni kręci „Powiększenie”, Kubrick „Dr Strangelove”, Polański „Wstręt”, a Anglicy zdobywają Puchar Rimeta. Londyn jest w latach 60. stolicą popkultury i tutaj powstają jedne z najważniejszych filmów epoki.
„Historia kina”, pod redakcją Tadeusza Lubelskiego, Iwony Sowińskiej i Rafała Syski, została obliczona na cztery tomy (pierwszy okres niemy, drugi – klasyczny), encyklopedycznej, ale i popularyzatorskiej narracji – autorami trzeciej części (liczącej ponad 1500 stron) jest 33 filmoznawców. Od początku było wiadomo, że nie będzie to książka do czytania jednym tchem. To przewodnik, do którego sięgamy chcąc się dowiedzieć czegoś o francuskim kinie awangardowym, poszukać informacji o obrazie z udziałem Włodzimierza Majakowskiego czy „aferze Thorsena” – duńskiego reżysera, przedkładającego scenariusz o Jezusie, prowokujący nawet notę dyplomatyczną papieża, zaś minister kultury – w obawie przed skandalem i małą „wojną domową” – ucieka się do ciekawego zabiegu, podając, że film nie może być zrealizowany, bo narusza prawa autorskie ewangelistów.
Sięgnijmy na chwilę i przypomnijmy dwa pierwsze tomy serii. Początki amerykańskiej kinematografii – która w najnowszej odsłonie lat 60. już przestaje dominować i drugi oddech zyskuje w latach 70. – to czas, gdy film okazał się najdoskonalszą formą komunikacji, elementarzem ubogich osadników oraz promocją amerykańskich mitów, które wyrosły z doświadczeń kosmopolityzmu, idealizmu i przekonania o nieodzownie czekającym za oceanem sukcesie. Obserwowaliśmy w tomie „niemym” powstanie „wielkiej piątki” studiów filmowych, ciekawostki jak paradokumentalne próby z egzekucji Leona Czołgosza (zabójca prezydenta McKinleya). W tomie „klasycznym”, wciąż dyktujący warunki Hollywood idzie na wojnę, a na potrzeby fabryki snów przekuwane są popularne mity. To okres dominacji i upadku kina noir. Wprawdzie za najwybitniejszy amerykański film lat 40. uznali autorzy „Najlepsze lata naszego życia” Williama Wylera. I tu miałem kłopot. Skłaniałbym się raczej ku obrazom „Obywatel Kane” lub „Stracony weekend” czy „Podwójne ubezpieczenie” Wildera. Piąta dekada Hollywood – domykająca tom drugi – z dominującym wpływem westernów i musicali, to była ta kropla skałę drążąca. Już wiemy, dlaczego Fellini, Bergman, Anderson, Godard, Bresson nie zaczynali i nie robili kariery w Mieście Aniołów.
„Historia kina” to nie pierwsza tego rodzaju publikacja w Polsce. Istnieje „Historia sztuki filmowej” Jerzego Toeplitza czy „Kino, wehikuł magiczny” Adama Garbicza i Jacka Klinowskiego. Krakowskie wydawnictwo ujmuje jednak fakty ze współczesnej perspektywy, w szerokim kontekście historycznym i kulturowym. Omawia (w pierwszym tomie) chociażby mało znaną kinematografię duńską czy bodaj najważniejszy niemy film SF „Aelita” Jakowa Protazanowa (pominięty w „wehikule magicznym”).
Kino nowofalowe to jednak nie tylko wielkie nazwiska włoskiej, brytyjskiej czy francuskiej kinematografii. Autorzy przypominają geniuszy (warto użyć tego rzeczownika) „zza żelaznej kurtyny”. Zapomniani trochę i niedoceniani artyści z Węgier, Czechosłowacji i byłego ZSRR – przede wszystkim z Tarkowski i Szepitko – tworzą przejmujące, rozrachunkowe czarno-białe obrazy, nierzadko posługujące się alegorią czy językiem ezopowym, wymagające inteligencji nie tylko od realizatorów, ale i odbiorców.
W kalejdoskopie awangard i eksperymentów formalnych nie gubi się kino dokumentalne i świetne animacje – znów w większości radzieckie, ale i polskie. Gatunkowe przenikanie to znak czasu – Nouvelle Vaque (nowa fala) w chwili narodzin – wraz z ekranizacją powieści Raymonda Quene’au „Zazi w metrze” przez Louisa Malle’a – miała charakter paradokumentalny. Ta nowa fala, która zostaje pokazana na przykładzie kinematografii, tak dla nas egzotycznych, jak brazylijska czy Australii, która – tu odmienność geograficzno-artystyczna – jest „nowofalowym” krajem mężczyzn, buntowników, antysystemowców, zarażonych syndromem – współzawodnictwa – coś jak James Dean, dekadę później (?), malowanych przez operatorów na wzór krajobrazów XIX-wiecznych impresjonistów.
Która z kinematografii nowego otwarcia trawiona jest zestawem paradoksów, umiera, odradza się, zdobywa międzynarodową sławę i uznanie? Irańska. Z początkiem lat 70. zaczyna być kinem autorskim, docenianym przez perskich pisarzy. Jest w opozycji do hollywoodzkiej komercji, jakiej domaga się masowy widz, intelektualnie sprzeciwia się autorytaryzmowi szacha, ale najbardziej atakowana jest przez tzw. „bazar” i ajatollahów, którzy u schyłku dekady przeprowadzą rewolucję, czyniąc z Iranu teokrację. Wybitne kino perskie odrodzi się dopiero po kilkudziesięciu latach, o Kiarostamim, Majidim przeczytamy szerzej pewnie dopiero w tomie czwartym. Jeszcze afrykańskie filmy postkolonialne, fabuły kanadyjskie – pokonujące prymat dokumentu, początki filmografii Cronenberga, Grecy, Rumuni, spektrum kina indyjskiego. Książka z gatunku obowiązkowych.
Ciekawe czy w tomie czwartym autorzy spróbują przekonać czytelników, że „Avatar” Jamesa Camerona to coś więcej niż tylko nadmuchana technologią, lecz płytka w sumie opowiastka. Ta czwarta część powinna być najbardziej nowatorska, komputerowa i odkrywcza. Wkroczymy przecież do epoki filmów z „matrixa”, ekranizacji mrocznych komiksów Millera i skądinąd świetnego, powracającego do epickich korzeni (przynajmniej w części pierwszej) „Hobbita” Petera Jacksona. I seriali, które stają się kinem.
Paweł Chmielewski
(recenzja - magazyn "Projektor" 2/2016)

niedziela, 17 lipca 2016

Imiona wolności, imiona śmierci (Magdalena Grzebałkowska, "Beksińscy. Portret podwójny")

Odwiedzających wita zdjęcie odwróconej kobiety, spiętej – jak baleron – szpagatem. To „Gorset sadysty”, jedna z wcześniejszych prac fotograficznych Zdzisława Beksińskiego. Wystawa w studenckim klubie „Wspak” (współorganizowana przez Fundację Beksiński, Muzeum Historyczne i UJK) trwa cztery dni.
W książce Magdaleny Grzebałkowskiej „Beksińscy. Portret podwójny” – która spowodowała renesans zainteresowania i medialny szum w 2014 r. – czytamy dokładny opis powstania zdjęcia. A rejestrów, relacji, cytatów w biografii Zdzisława i Tomasza Beksińskich jest kilka tysięcy. Może wolałbym powieść narracyjną jak Julii Hartwig o Apollinairze, ale to jest reportaż. Autorce chodziło o zebranie skrawków, zapisów (fonograficznych, potem filmowych, które Beksiński ojciec sporządzał przez kilkadziesiąt lat), rozmów. Ten podwójny portret do doskonały scenariusz (komentarz z offu już jest gotowy) na film dokumentalny. Powieść jeszcze zaczeka.
Zaczyna się opowieść o Beksińskim we „Wspaku” od fotografii i potem mamy grafikę komputerową. To początek i koniec fascynacji artystycznych znanego malarza. Zaczynał jako członek ZPAF (doceniany) i projektant autobusów (przez władzę niedoceniony). Kręcił filmy, pisał, próbował komponować. Tworzył rzeźby, reliefy, malował, w latach 80. zafascynował się techniką grafiki komputerowej i fotomontażu. Tomasz był wrogiem postępu, nie cierpiał komputerów, przebrany w pelerynę udawał wampira z wiktoriańskiej noweli. Pierwszy macintosh Zdzisława kosztował czterdzieści tysięcy dolarów, tworzył grafiki na tablecie i udostępniał za darmo w sieci. Tomasz odbierał tylko e-maile na jego komputerze.
Cichymi bohaterami, drugim tłem tej opowieści są Matka i żona Zofia i marszand Piotr Dmochowski (dziwaczna to relacja). Tomasz kilka razy próbuje się zabić, Zdzisław nie chce wychodzić z domu, boi się wernisaży. Obaj mają obsesję śmierci. Samobójstwo (1999), zabójstwo (2005), tak kończą się te żywoty równoległe. Reportaż Grzebałkowskiej od początku nas na to przygotowuje. Odpowiedzi nie daje – to reportaż. Czekamy na narrację powieściową o Beksińskich.
Nie przystawali, byli odklejeni – od świata, od konwenansów. Tomasz Beksiński nie cierpi ciepłej coli, deszczu, komputerów, jedzenia w kinie, kościoła katolickiego, lektora K,. papierosów, piercingu, Polsatu, podróżowania, rapu, sąsiadów (hałaśliwych) – tu polecam sięgnąć po książkę i sposób na nich, sportu, spóźniania, telefonów przed dwunastą w południe.
Było też na wystawie zdjęcie – usta rozwarte w potwornym krzyku. Co próbował Zdzisław Beksiński nam powiedzieć?
Paweł Chmielewski
(recenzja - magazyn "Projektor" 2/2016)

sobota, 16 lipca 2016

Hobbit nie spadł z nieba ("Beowulf" - tłumaczenie i komentarze J. R. R. Tolkien)

Pewnego razu, dawno, dawno temu, w niewielkiej chatce Bilbo Bagginsa zjawia się Thorin II Dębowa Tarcza, dwunastu krasnoludów i czarodziej Gandalf. Razem z – cokolwiek zaskoczonym hobbitem – piętnaście postaci. Wyruszają odbić górę Erebor i pokonać smoka Smauga. Dlaczego smoka? Dlaczego piętnastu?
Wszystko zaczęło się w latach 30. ubiegłego wieku, podczas wykładów z lingwistyki staroangielskiej na Oxfordzie. Profesor John Ronald Reuel Tolkien dokonał roboczego przekładu średniowiecznego poematu „Beowulf” i opatrzył go rozbudowanym komentarzem objaśniającym konteksty językowe, literackie, historyczne i mitologiczne tekstu. Jeden z najstarszych zabytków angielskiego piśmiennictwa, liczący 3182 wersy, spisany (z podań ustnych) ok. 700 roku. Ocalała kopia rękopiśmienna datowana jest na koniec X w. Notatki z wykładów Tolkiena, przekład „Beowulfa” oraz „Sellic Spell” (prozatorską, apokryficzną – sięgającą do równoległej tradycji ludowej – wersję) zredagował i wydał w 2014 r. syn pisarza, Christopher.
Staroangielski poemat, pisany wysmakowanym językiem, być może hermetyczny dla współczesnego odbiorcy, wraz z erudycyjnym komentarzem Tolkiena, ukazuje nie tylko osmozę kultury średniowiecznej (chrześcijańskiej, celtyckiej, nordyckiej), wspólne mitologiczne toposy, ale pozwala rozpoznać wątki, artefakty (tak istotne dla każdej opowieści baśniowej) i postaci, które tworzą tkankę „Hobbita” i „Władcy pierścieni”.
W warstwie narracyjnej to opowieść o herosie (tytułowym Beowulfie), który przybywa na – pustoszony przez Grendela – dwór duńskiego króla Hrothgara, zabija potwora, jego matkę, toczy zwycięskie bitwy, zasiada na tronie Gaetów, po pięćdziesięciu latach rządów ginie w pojedynku (zwycięskim) ze smokiem. Ciekawszy jest kontekst. Tolkien analizuje postać Grendela w odniesieniu do starotestamentowych wizerunków złego, nordyckich podań, językowe i stylistyczne wpływy saksońsko-skandynawskie – a przy okazji epicko-homeryckie prawie – są aż nadto widoczne. „Beowulf” (w translacji autora „Silmarillion”) zaczyna się słowami: Wej! Słyszeliście o chwale dawnych królów, władców Duńczyków z Włóczniami, i jak książęta owi czynili czyny męstwa. Inwokacja do „Wieszczby Wolwy” ze staroislandzkiej „Eddy poetyckiej” brzmi: Słów mych słuchajcie, potomkowie święci. Lecz skąd tych piętnastu w drużynie Thorina?
Wczytajmy się w przekład i komentarze Tolkiena. Idźmy po śladach. Zaczynamy opowieścią o mężnym Scyldzie (tłumaczonym jako „tarcza”). Już wiemy skąd przydomek Thorina. Kwitnący i upadający dwór Hrothgara – Heorot, to zarazem odbicie arturiańskiego Camelotu, ale i wizja tolkienowskiego Ereboru, Gondoru, wszystkim schyłkowych królestw jego epiki. Beowulf wyprawia się na Grendela z piętnastoma towarzyszami. Unferth (doradca Hrothgara) – zazdrosny, podstępny, zostaje przetrawestowany w postać Grimy (Gadziego Języka), sprawcy upadku króla Rohanu – Theodena we „Władcy pierścieni”. Smok leżący na skarbie budzi się, gdy niewolnik („obcy”/„wykluczony”) kradnie puchar, zaczyna pustoszyć królestwo Beowulfa – figura jak z „Hobbita” – Smaug. Symbolicznym artefaktem, zniszczonym i przekutym jest miecz, w trylogii, to Narsil Aragorna.
Poemat i zebrane komentarze to wstęp do epickiego świata Śródziemia, oplecionego wokół mitologii germańskiej, nordyckiej, eddy Snorriego Sturlusona (islandzki zabytek), „Historii królów Brytanii” Geoffreya z Monmouth, fundament nurtu fantasy.
„Beowulf”, dzięki Tolkienowi, stał się jednym z najważniejszych tekstów budujących (poprzez m.in. komiksy Marvela, dziwaczną animację Zemeckisa z Malkovichem i Hopkinsem, ekranizacje Petera Jacksona) tkankę symboliczną współczesnej popkultury. 
Paweł Chmielewski
(publikacja - magazyn "Projektor" 2/2016)