Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krytyka Polityczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krytyka Polityczna. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 grudnia 2017

Prezydent wita Micka Jaggera (Vaclav Havel, "Utwory sceniczne")

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 2/2017)
Czesi mają jednak odrobinę lepiej. Trochę bardziej z boku i mają Szwejka. Historię może mniej heroiczną, ale stolicę nie w kawałkach i kino bardziej surrealistyczne. Franza Kafkę i okultystów. Nawet ich prezydent spotkał się z Rolling Stonesami.

Słabą mam wyobraźnię, ale nasi wybrańcy narodu na mapie muzycznej rozkładają mi się od disco polo w porywach do opery Moniuszki. Polski polityk z Sidem Viciousem, Ianem Andersonem czy Alanem Pricem to jak spotkanie bliskie co najmniej czwartego stopnia. A Vaclav Havel stał w dzinsach, palił papierosa i gawędził z Mickiem Jaggerem i Keithem Richardsem. Był naturalny. Dla świata zewnętrznego stał się na pewno atrakcją – opozycjonista, więzień polityczny, eseista, dramaturg, polityk, dla którego garnitur był zbędnym i uciążliwym przebraniem. Wyobrażam sobie taką scenę – Londyn, polski minister chowający się w pokoju, a Havel zaśmiewa się z dowcipów Petera Gabriela (to ten od ścieżki dźwiękowej „Ostatniego kuszenia Chrystusa”), gdzieś obok mógłby się też przechadzać Elton John. Havel był zdystansowany, jak prawie cała czeska kultura (może z wyjątkiem Karela Gotta), autoironiczny. Ukazał się właśnie po polsku pierwszy, pełny przekład jego „Utworów scenicznych”.

Już otwierające tom „Garden party” (1963) pokazuje fascynację autora teatrem absurdu. Wielokrotnie powtarzane sceny, tylko z drobnymi zmianami, dialogi „obok” rozmówcy, które toczy rodzina Pludków – w istocie nic nie znaczące, podskórne, bo nie wypowiedziane wprost poczucie zagrożenia, nadpisane nad – zapośredniczoną językiem ezopowym – sytuacją sceniczną, w której „robiący karierę” młody Hugo Pludek (reprezentant burżuazyjnej klasy średniej) w Urzędzie Likwidacyjnym i Służbie Moderatorskiej, które po chwili z oddaniem likwiduje. Ujęte wreszcie w ironiczny nawias zakończenie – bezpośredni zwrot do publiczności, podkreślenie, iż oto jesteśmy w sytuacji teatralnej, wykreowanej – to wszystko ma w sobie coś z klimatu „Pluskwy” Majakowskiego, dramaturgów zachodnich tworzących w latach 50. i 60. – Harolda Pintera, Eugene’a Ionesco. Dwie wersje „Anioła stróża” (jednoaktówka, 1964 i słuchowisko 1968) to groteskowa scena spotkania wybitnego pisarza z wielbicielem (a w trakcie dialogu zostaje zasugerowane, reprezentantem urzędu). I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że nasz wspaniały, podziwiany literat ma zbyt wielkie uszy. Zaś szczęście osobiste, szczęście narodu opierać się nie mogą – na wyhodowanych wbrew ewolucji – zbyt wielkich uszach.

Tak oto powoli zbliżamy się do schyłku pierwszego okresu twórczości Havla. Drugi, lata 70. naznaczony działalnością opozycyjną, to przede wszystkim słynne jednoaktówki: „Audiencja”, „Wernisaż” (obie 1975), „Protest” (1978), spięte postacią „zredukowanego” inteligenta Ferdynanda Wańka.
Świat jest z gruntu dobry, najlepszy jest może pan Browarnik, ale prawdę powiedziawszy on też świnia. Te słowa mogłyby padać w „Audiencji”. Osoba Wańka jest ściśle wpisana w kontekst polityczny czeskich lat 70., gdy nieprawomyślnych artystów kierowano na reedukację do pracy fizycznej. Waniek usiłując ocalić godność w tym świecie małych, dość paskudnych ludzi, nie godzi się na propozycję pisania donosów (na samego siebie – ten surrealizm będzie znakiem rozpoznawczym autora „Largo desolato” do końca), by ocalić święty spokój pracowników browaru. W warstwie konstrukcyjnej Havel nie odrzuca rozwiązań wypracowanych kilkanaście lat wcześniej. Kwestia Lepiej podtaczać niż toczyć, całe sekwencje scen wracają jak refren.


Ten sam Waniek w jednoaktówce „Wernisaż” zaproszony zostaje do znajomych, zadowolonych mieszczan czeskiej „małej stabilizacji” (znamy ten klimat z bardzo popularnych – również w Polsce – seriali „Kobieta za ladą”, „Pod jednym dachem” itd.). Gorzki nonkonformizm Wańka stał się charakterystycznym stemplem dramaturgii Havla. Nawet w ostatnim tekście „Odejścia” (2007) – skonstruowanym jako „teatr w teatrze”, z Głosem/narratorem komentującym wydarzenia sceniczne – choć nie ma już klimatu (posłużę się terminem z polskiej krytyki) małego realizmu, charakterystycznego dla literatury demoludów szóstej i siódmej dekady ubiegłego wieku, to rozpisana na pięć aktów historia ustępującego kanclerza jest wciąż opowieścią o idyllicznym świecie, który skrywa niejedną, oślizgłą tajemnicę. Nie bez powodu pojawia się – w tym pożegnalnym dla wielkiego pisarza i człowieka – utworze scenicznym, cytat z „Wiśniowego sadu” Antoniego Czechowa.

środa, 10 sierpnia 2016

Smutny człowiek patrzy na krzesło Vanzettiego (Howard Zinn "Ludowa historia Stanów Zjednoczonych")

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 4/2016)
Ci, którzy dostarczyli cenny kruszec, otrzymywali miedziane odznaki zawieszane na szyi, zaś tym, którzy odznak nie mieli, odcinano dłonie, po czym pozostawiano ich samym sobie, aby wykrwawili się na śmierć. Tak wyglądało – celebrowane niedawno z patosem (500 rocznica) – „odkrycie” Ameryki przez Kolumba. Tak rozpoczyna się „Ludowa historia Stanów Zjednoczonych” Howarda Zinna.
Wydana ponad trzydzieści lat temu (teraz trafia do polskiego czytelnika), sławę zdobywała stopniowo. Dopiero ataki republikańskich recenzentów i ważne miejsce w „Buntowniku bez powodu” Gusa Van Santa (Matt Damon był sąsiadem historyka i wielbicielem książki) zapewniła sprzedaż dwóch milionów egzemplarzy. Spokojnie można powiedzieć – kto nie czytał Zinna, ten nie zrozumie Ameryki do końca. Dlaczego „ludowa”? Madison [James, jeden z twórców tekstu i komentarza do amerykańskiej ustawy zasadniczej] (…) wraz ze swymi wspólnikami umieścił na początku preambuły do Konstytucji słowa „My Lud”, udając, że nowy rząd reprezentuje wszystkich, i żywiąc nadzieję, że ten mit się przyjmie, zapewniając „spokój wewnętrzny”. 
Zinn wydaje ostre sądy, przenikliwie analizuje, odwołuje się do źródeł, cytuje wspomnienia, artykuły prasowe, dokumenty. Jego historia nie jest pisana z punktu widzenia J.P. Morgana, Andrew Carnegie, Henry’ego Forda, Jerzego Waszyngtona, Benjamina Franklina czy Andrew Jacksona. Chociaż nie – ten ostatni, opiewany bohater demokracji – skutecznie podbił jedne plemiona indiańskie za pomocą innych, potem wszystkich pozbawił ziemi, by – zgodnie z doktryną innego amerykańskiego herosa „mitu założycielskiego” Thomasa Jeffersona – Indian „cywilizować” i zapewnić południowym stanom dobrobyt. Ten ulizany portrecik – arystokratów stali i bawełny – zrzucamy ze ściany.
Bohaterowie książki Zinna to – nieomal w duchu europejskiej literatury, a nie amerykańskiej historiografii – skrzywdzeni i poniżeni. Indianie, czarnoskórzy niewolnicy, biedni farmerzy, imigranci, kobiety, robotnicy wielkoprzemysłowi. Postaci z punktu widzenia, których pisana powinna (też) być historia. Lepiej pojmiemy skalę termojądrowego rozbłysku, który sprowokował autor, porównując do skali ataków na Olgę Tokarczuk za jej chęć pisania polskiej historii m.in. w imieniu chłopów, Żydów i kobiet. 
Howard Zinn układa amerykańskie puzzle przywołując po kolei fakty: eksterminację Indian, niewolnictwo (różne szacunki mówią o prawie pięćdziesięciu milionach porwanych mieszkańcach Afryki), prawie niewolniczą, kilkuletnią pracę białej biedoty anglosaskiej, wojny z małymi dzierżawcami przy użyciu wojska, dyskryminację kobiet (coś nam przypominają prawa o możliwości wyjścia z domu tylko w towarzystwie ojca lub brata?), wyzysk imigrantów umierających tysiącami przy budowie kolei i w kopalniach srebra (opis przypadku Włocha, który zakuty w kajdany, uciekł od pracodawcy i 42 dni pieszo wracał do Nowego Jorku), szesnastogodzinny dzień pracy i krzesło elektryczne (na podstawie sfabrykowanych dowodów) dla rzekomych zamachowców, socjalistów Sacco i Vanzettiego.
Żaden kraj na świecie tak długo nie przebywał w cieniu rasizmu. Nawet w trakcie II wojny światowej Czerwony Krzyż za zgodą (na polecenie) amerykańskiego rządu oddzielał krew białych i czarnoskórych dawców. Zaś same wojny? Jest troszkę inaczej niż się Państwu zdaje. Wojna o niepodległość, secesyjna, udział w konflikcie 1914-18 – Zinn kreśli propagandowe i (nazwałbym je) kapitałowe przyczyny wybuchu. Ciekawa jest interpretacja dość dwuznacznej i cynicznej roli Abrahama Lincolna w ruchu abolicjonistów. 
Spokojnie jednak – tak wiele się zmieniło, że aż nic się nie zmieniło. Biedny farmer z Utah może hodować zmodyfikowaną kukurydzę, ale (pod groźbą licytacji) nasiona musi kupować u dostawcy posiadającego monopol. Pod nosem można zanucić sobie tylko piosenkę z „Kabaretu” Boba Fosse’a. Morgan i Rockefeller nazywają się dziś Zuckerberg i Larry Page. Nie ma Cię w google? To nie istniejesz.

sobota, 28 maja 2016

Przekonać nieprzemakalnych ("Szwecja czyta. Polska czyta")

W amerykańskich serialach familijnych, kinie obyczajowym, nawet horrorach (tuż przed nadejściem złego) rytuałem jest wspólne czytanie książki przez rodziców i dzieci. Każdy z byłych prezydentów USA funduje bibliotekę swego imienia – zrobili to nawet nielubiany Richard Nixon i fikcyjny Frank Underwood (jeszcze jako kongresman).
Polscy politycy podobno boją się fotografować na tle księgozbiorów, żeby nie stracić wyborców. W zbiorze wywiadów – z tłumaczami, pisarzami, dziennikarzami, bibliotekarzami – zatytułowanym „Szwecja czyta. Polska czyta” jest wiele ekwilibrystycznych porównań, ale najbardziej obrazowe przywołuje dwie postaci literackie – komisarza Kurta Wallandera z powieści Henninga Mankella, który ma w domu dużą bibliotekę i często pojawia się z książką. W zestawieniu z nim prokurator Szacki z cyklu Zygmunta Miłoszewskiego to „ćwierćinteligent”, czytający tylko akta spraw.
Część publikacji dotycząca Polski przygnębia – ponury, bury obraz świata, zdominowanego przez samorządowców, męczących się nad problemami bibliotek, książek i kultury. Nieprzemakalnych, którzy nie za bardzo rozumieją, że społeczeństwo oczytane, to społeczeństwo innowacyjne, kreatywne i bogate. Jak zły sen rozmówcy przywołują projekt ustawy „o stałych i regulowanych cenach”, popieranej przez Polską Izbę Książki – która „przetestowana” chociażby w Norwegii, wywindowała ceny w kosmos i zniszczyła wielu małych wydawców.
Gdy nawet mamy urzędników rozsądnych i pomysły ciekawe, to – tu sięgnę do zbiorowego doświadczenia kilku moich znajomych – nagle słyszymy z ust osoby kierującej placówką kultury, deklarację, iż książek nie trzeba recenzować, nie trzeba ich czytać, ergo literatura jest zbędna. Tak automatyczne i samoistne wykluczenie z kręgu cywilizacji śródziemnomorskiej (bo czymże jest negacja książki?), powinno sprawić, że kamień płakałby krwią na kieleckim bruku. Lecz wszystko jest przecież, tylko – jak pisał poeta – kwestią smaku.
Model szwedzki – który uczynił z literatury i praw do jej ekranizacji, jedną z najważniejszych dziedzin skandynawskiej gospodarki oraz kulturowy fenomen, opiera się na całkiem innych zasadach. Zacznijmy od ekonomii – „karuzeli i huśtawki” – tytuły bestsellerowe pozwalają na finansowanie publikacji ambitnych. VAT na książki został obniżony Czytelnictwo w Szwecji było zawsze egalitarne i demokratyczne, bardzo powszechne w kręgach robotniczych, od kilku wieków wspierane przez kościół protestancki. Każda gmina ma ustawowy obowiązek utrzymywać bibliotekę z działem dziecięcym. W większości dzienników i tygodników minimum dwie strony muszą być przeznaczone na recenzje. Na spotkania z pisarzami (biletowane) przychodzą tłumy. Wreszcie zawód redaktora wydawniczego jest prestiżowy i cieszy się ogromnym szacunkiem.
Literatura kraju Strindberga i Lagerkvista jest w Polsce bardzo popularna. W drugą stronę to nie działa. Stefan Ingvarsson (tłumacz) podsumowuje: Polska ma dobrych poetów, doskonałe książki ambitne i fantastykę oraz reportaż, ale nie ma tradycji pracy nad fabułą. W Polsce właściwie nigdy nie zaistniała powieść środka. Czasem tylko rozmówcy ze Sztokholmu czy Malmö upatrują problemu skandynawskiej literatury w jej sukcesie i dominacji kryminału oraz demokratycznej zasadzie, że można w dyskursie zignorować np. Homera. 
Paweł Chmielewski
(recenzja - "Projektor" 1/2016)
"Szwecja czyta. Polska czyta", s. 317, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2015.

wtorek, 26 stycznia 2016

Podłącz, czytaj, słuchaj (Simon Reynolds, „Podrzyj, wyrzuć, zacznij jeszcze raz. Postpunk 1978-1984”)

W monumentalnym cyklu Marcela Prousta jest genialne zdanie o hrabinie, która ucząc się kroków foxtrota, nie wiedziała, że tańczy po kolana w grobie. Była jak kolorowi, teatralnie przebrani, podstarzali wyznawcy muzyki punkowej, którzy na londyńskim Soho żądali od turystów pięciu funtów za sfotografowanie. Była jak niektórzy bohaterowie książki Simona Reynoldsa o postpunku.
Jak John Lydon, poszukiwacz, jeden z założycieli ruchu, najpierw wokalista Sex Pistols, potem zaprzeczającego ich ideologii i muzyce zespołu PIL, aby u schyłku wieku stać się własną parodią, reaktywując Pistolsów. „Podrzyj, wyrzuć, zacznij” jest napisana z charakterystyczną dla brytyjskiego dziennikarstwa swobodą, łączącą fakty z anegdotą, encyklopedyzm z popularyzatorstwem i ekscytującą dygresją. Jakby skrzyżowanie Paula Johnsona z „Narodzin nowoczesności” z „Outsiderem” Colina Wilsona. Jeśli jesteśmy przy wariackich i obrazoburczych skojarzeniach, to napiszę, że to Proust dla wyznawców Talking Heads, New Order i Joy Division. Jak w podróży od „strony Swanna” do „Czasu odnalezionego” trzeba wyliczyć tydzień absolutnego poświęcenia. Tylko czytać. Genialne asocjacje Francuza polecam zastąpić tutaj stałym łączem internetowym. Napisana w 2005 r., książka Reynoldsa lepiej smakuje. Kilka kartek lektury i skok do YouTube. Zwichrowane projekty Malcolma McLarena nabierają barw, postrzegamy jak z postpunku wyrasta new romantic, odnowiony zostaje rock dzięki melanżowi gotyku i eposów przedchrześcijańskich, wymyślono sample hip-hopu spod znaku Art of Noise.
Autor, publicysta m.in. „Melody Maker” i „The Wire” stawia tezę – punk w sensie muzycznym nie był niczym ciekawym, punkt zwrotny po hipisowskiej rewolcie lat 60. nastąpił w 1978 r. w robotniczych, zdehumanizowanych dzielnicach Manchesteru, Leeds i Cleveland. To czas dziwny i fascynujący – po obu stronach Atlantyku dojrzewa konserwatywna opresja (thatcheryzm i reaganomika), zaś artyści zakładają wytwórnie, sklepy muzyczne i rozgłośnie działające jak spółdzielnie pracy. Nagrania i wywiady skrzą się od dygresji politycznych, literackich, odwołań do antropologii i historii sztuki. Kto nie jest oczytany ten nie założy zespołu. Tytuł kroniki Reynoldsa to aluzja do – futurystycznej – odnowy po okresie absolutnej władzy punkowych zespołów i do frazy z singla grupy Desperate Bicycles: Wytnij, wytłocz i rozprowadź/ Muza z ksero tu i teraz.
Teatralność, performance, widowiskowe szokowanie mieszczucha nie było niczym nowym – zdawać musieli sobie z tego sprawę artyści – nawiązując w nazwach zespołów do ruchu dada i surrealizmu (Cabaret Voltaire, Pere Ubu), lecz rozegrali partię w postindustrialnym krajobrazie. Reynolds potrafi ironicznie podsumować sceniczny image wokalisty Bauhausu, analizuje dziwaczny, przybierający cechy nacjonalizmu „kwasowy faszyzm” i fascynację Mansonem. Requiem dla postpunkowej rewolty, która trwała kilka lat, stała się niebotyczna liczba sprzedawanych płyt, pączkowanie klubów muzycznych i promująca nurt na całym świecie MTV.

Paweł Chmielewski

(recenzja - magazyn "Projektor" 3/2015)

Simon Reynolds, „Podrzyj, wyrzuć, zacznij jeszcze raz. Postpunk 1978-1984”, s. 558, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2015.

niedziela, 20 grudnia 2015

Przełamana (Monika Talarczyk-Gubała, "Wanda Jakubowska od nowa")


Zapytana u kresu życia czy wierzy w Boga, odpowiedziała, że wierzy w Orsona Wellesa. W amerykańskim „Historical Dictionary of Holocaust Cinema” czytamy: Hollywood i Polska wyprodukowały pierwsze filmy, które pozwalały przyjrzeć się zbrodniom nazistów w obozach, były to „Intruz” Orsona Wellesa i „Ostatni etap” Wandy Jakubowskiej.
To jedno zdanie wystarczyłoby, ale musimy sobie uświadomić, że – pomimo dyskretnego milczenia wokół jej osoby w Polsce – nie ma ważniejszego opracowania światowego kina bez Wandy Jakubowskiej (1907-1998). Pierwsza polska reżyserka-kobieta, twórczyni przedwojennego START-u, pechowa (fabularne „Nad Niemnem” miało wejść na ekrany we wrześniu 1939 r.). Autorka socrealistycznych koszmarów i kinowego eposu o Ludwiku Waryńskim w latach 70., gdy nikt już nie chciał takich obrazów oglądać, ale twórczyni zespołów filmowych po październikowej odwilży, wypchnięta z łódzkiej uczelni na paroletniej fali antysemityzmu po marcu 68 r., zaś w najczarniejszych latach stalinizmu oglądająca ze studentami „Obywatela Kane” wyganiała z sali wezwanych ubeków. Wreszcie autorka dzieła, które w opinii krytyków zagranicznych jest „matką wszystkich filmów o Holocauście”. Postać niejednoznaczna, przełamana.
Plotka utrwaliła jej obraz jako kogoś – w typie Wandy Wasilewskiej w oficerkach i z nieodłącznym papierosem – kto był postrachem łódzkiej szkoły filmowej. Autorka książki w formie anegdotycznej przytacza wspomnienia uczniów Jakubowskiej. Jako o fantastycznym pedagogu i człowieku, mówią o reżyserce „Żołnierza wolności” (sic!) – Krzysztof Kieślowski, Piotr Szulkin, Kazimierz Kutz, tylko do rangi piramidalnej tragikomedii urasta opowieść Marka Koterskiego, który miał przez nią prawie oblać rok, a swoje traumatyczne przeżycia przekuł w wiele scen z „Nic śmiesznego”.
Talarczyk-Gubała rzetelnie odtwarza życiorys Jakubowskiej – pobyt w Rosji przedrewolucyjnej, przedwojenną działalność lewicową, pobyt w obozie koncentracyjnym, który przetrwała dzięki pracy w laboratorium fotograficznym, przytacza esej Hanno Loewy’ego o „trylogii oświęcimskiej” i ostatni wywiad z reżyserką przeprowadzony przez Barbarę Hollender. Najważniejszy jest jednak „Ostatni etap” – bez niego nie powstałaby ta biografia.
Co mnie zaskoczyło? Sprzeciw – w momencie kręcenia – wobec tematu i rzekomej drastyczności jego ujęcia. Autorka niestety nie tłumaczy, dlaczego – tak naprawdę – władze bały się filmu o nazistowskich obozach koncentracyjnych. Może skojarzenia z sowieckim gułagiem były zbyt świeże? Drobiazgowo przedstawione są problemy ze scenariuszem, o którym jeden z decydentów powiedział, że to temat dla Fritza Langa czy Johna Forda, a nie dla jakiejś Jakubowskiej. Tych wersji i zmian w scenopisie przytacza badaczka kilkanaście. Wiele nieznanych faktów. Kto miał zaśpiewać „Marsyliankę” w jednej ze scen? Sama Juliette Greco. Dużo miejsca zajmuje inspiracja obrazem o Joannie d’Arc Carla Dreyera i ikonologia chrześcijańska w „Ostatnim etapie”. Te opowieści, wspomnienia, fragmenty wywiadów, można mnożyć.
To historia jednej z najbardziej wyrazistych postaci powojennego polskiego kina, historia ważnego filmu w dziejach kinematografii światowej i historia tego, jaką – drogą przez mękę – bywa produkcja filmu w Polsce.

Paweł Chmielewski

(recenzja - magazyn "Projektor" 6/2015)

Monika Talarczyk-Gubała, Wanda Jakubowska od nowa, s. 360, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2015.

sobota, 19 grudnia 2015

Mechanizm („Rottenberg. Już trudno”)

W potocznym wyobrażeniu i dyskursie medialnym Anda Rottenberg istnieje jako dyrektor Zachęty z czasów, gdy Daniel Olbrychski atakował szablą fotografie na wystawie „Naziści”, a instalacja Maurizio Cattelana „Dziewiąta godzina” (papież przytłoczony głazem) ogłoszona została skandalem. Oto objawił się mechanizm.
Hewald Szeemann, kurator tej – określonej jako „skandalizująca” – wystawy („Uważaj wychodząc z własnych snów”, 2000) mówił, że 98 procent opinii o sztuce kształtuje się przez to, co się w sztuce usłyszało. Zaraz potem Anda Rottenberg przestała być dyrektorem Zachęty. Znów mechanizm. To właśnie on jest – moim zdaniem (i nie jest ważne czy zgadzamy się z poglądami tytułowej bohaterki czy nie) – najważniejszy w wywiadzie przeprowadzonym przez Dorotę Jarecką. Ataki na Szeemanna-Cattelano-Rottenberg nie pochodziły ze strony kościoła, ale „obrońców wartości chrześcijańskich” – mechanizm. Nie ma znaczenia – jak mówi bohaterka w kontekście dzieł np. Żmijewskiego, że sztuka powinna polegać na odkrywaniu tego, co wstydliwe, zakryte. Najważniejsze staje się odsłonięcie mechanizmu.
Cofamy się kilka lat. Jest rok 1993. Rottenberg zostaje zwolniona ze stanowiska kierownika Galerii ZPAP w Warszawie. Za „niezrozumienie procesu artystycznego”, za „wrogość wobec środowiska”, za..., za..., za... to, że walczyli, cierpieli, a teraz zadaje im się pytanie o jakość artystyczną dzieł.
Jeszcze cofnijmy się. Kilka lat temu Obywatele Kultury dopominali się przekazania jednego procenta budżetu państwa na cel... kultury. Rottenberg kwituje to wspomnieniem z początku lat 90., gdy likwidowano Fundusz Rozwoju Twórczości Plastycznej.
Byłoby przesadą stwierdzenie, że cały wywiad jest tylko o demonach mechanizmu. Jest również o historii polskiej sztuki od lat 60. O wystawiennictwie. No i niestety, wciąż o tym mechanizmie.
Połowa lat 80. Wystawy Gruppy. Zaproszenie do Włoch. Artyści raczej niezależni, ale muszą zostać wysłani oficjalnym kanałem. To taki mechanizm – wentyl. Powszechnie używa się tego słowa pisząc o festiwalach w Jarocinie. W sztuce obowiązywał ten sam schemat. Jest w książce i wspaniały, socjologiczny koloryt Hybryd, kawiarnie, pracownie PRL-u. Cała popkultura tamtych czasów, przypomniana wystawą „Szare w kolorze” (Zachęta, 2000).
Są też bareizmy. Jak decyzje kogo wystawiać, kogo nie wystawiać. I uzasadnienia. Nic nie jest jednak czarno-białe. W socjalistycznej Zachęcie pokazywano Stażewskiego, a Kantor wystawiał „Kurkę wodną”. Poza granicę też wysłano „według potrzeb”. Do NRD – Grupę Realistów, do Włoch – Szajnę, Hasiora.
Warto się z taką książką nawet nie zgadzać. I warto przeczytać.

Paweł Chmielewski

(recenzja - magazyn "Projektor" 5/2014)

„Rottenberg. Już trudno”, rozmawia Dorota Jarecka, s. 252, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2013.