Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Czarne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Czarne. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 września 2018

Zlecenie jest zleceniem (Sebastian Frąckiewicz, "Ten łokieć źle się zgina. Rozmowy o ilustracji")

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 2/2018)
Sebastian Frąckiewicz, krytyk i publicysta, po serii rozmów z autorami komiksów („Wyjście z getta. Rozmowy o kulturze komiksowej w Polsce”, 2012) i twórcami sztuki ulicznej („Żeby było ładnie. Rozmowy o boomie i kryzysie street artu w Polsce”, 2014), tym razem zajął się autorami ilustracji. 

Efektem wywiadów z Emilią Dziubak, Piotrem Sochą, Bohdanem Butenką, Janem Bajtlikiem, Józefem Wilkoniem, Rafałem Wechterowiczem, Bartłomiejem Gawłem, Janem Kalwejtem, Anną Halarewicz, Katarzyną Bogucką i Iwoną Chmielewską jest książka „Ten łokieć źle się zgina. Rozmowy o ilustracji”. Już pierwsza z Emilią Dziubak i od razu (w kontekście pracy jej mamy w PRL-u) pada znamienne zdanie: nikt tego nie traktował w jakiś patetyczny sposób, nie nazywał tego ani sztuką, ani designem czy projektowaniem. 

Artyści – dodajmy niepospolicie utalentowani, którymi są rozmówcy Frąckiewicza, traktują ilustrację bez nadymania się. Zlecenie jest zleceniem. Należy je wykonać profesjonalnie. Budzi się we mnie chochlik i propozycja – może by zamknąć na rok w Polsce wszystkie galerie sztuki współczesnej. Graficy użytkowi, autorzy okładek, ilustratorzy, rysownicy komiksów sobie poradzą – galeria jest dla nich miejscem wtórnym, gdzie, poza rzadkimi przypadkami w granicach błędu statystycznego, nie są zapraszani. W galeriach i patetycznym (właśnie!) obiegu współczesnej sztuki panuje „The square”. Nie przez przypadek przywołałem film Rubena Östlunda. Jest tam kilka wyśmienitych scen definiujących sztukę współczesną – dodam, że przede wszystkim jej nurt konceptualny. Pominę tytułowy kwadrat i jego metaforyczną rolę (w dziele skandynawskiego reżysera) jako definicję społeczeństwa. Skoncentrujmy się na instalacji zajmującej centralną salę Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Widzimy przypadkowych i zdezorientowanych widzów przemykających się pod ścianami, słyszymy przezabawną rozmowę dyrektora z pracownicą na wieść, że jeden z pracowników „posprzątał” dzieło sztuki, mamy arcyzłośliwe przywołanie krytycznych opisów aranżacji, których nie rozumie nawet kierujący instytucją, wreszcie konferencję prasową z artystą. Obraz Östlunda – całkiem zasłużenie nagrodzony Złotą Palmą – przywołałem, aby pokazać jaka odległość – artystyczna i mentalna dzieli bohaterów Frąckiewicza od oficjalnego, krytycznego nurtu sztuki. A, nie zapominajmy, jest wśród nich Józef Wilkoń, wybitny ilustrator, autor rysunków do – opublikowanego niedawno – „Don Kichota”. 

Najstarszego z rozmówców od najmłodszego dzieli prawie sześćdziesiąt lat, ale wspólny mianownik ich postaw, to przede wszystkim brak – powszechnego i wszechogarniającego – „narzekactwa”, tak charakterystycznego dla polskiego środowiska artystycznego. Może to wynikać z prostego faktu – adwersarze Frąckiewicza to ludzie spełnieni, publikujący w zagranicznych magazynach, jak sami przyznają – na ilość zleceń nie mogę narzekać. Z amerykańskimi, szwedzkimi, brytyjskimi zamówieniami wiąże się również ciekawostka natury prawno-kulturowej. Ogromna precyzja – zarówno w konstrukcji umów (w Polsce panuje „wolna amerykanka”) jak i – wyliczonego, co do milimetra – miejsca na ilustrację prasową i książkową.

„Ten łokieć źle się zgina” ma szansę stać się poradnikiem „młodego ilustratora” dla setek studentów akademii, którzy – z lektury forów i portali społecznościowych – ustawiają się od razu, trochę może z wygodnictwa, w pozycji prekariuszy. Po pierwsze – trzeba już na studiach wiedzieć czego się chce (Bajtlik). Po wtóre – zleceniami komercyjnymi zarabiać na realizację marzeń artystycznych (Socha). Trzecie – uczestniczyć w konkursach, bo w końcu coś się wygra (Dziubak). Czwarte – korzystać z okazji i nie bać się pracy (Butenko). Dodałbym, że oczywiście, trzeba mieć przy tym trochę szczęścia. Być upartym i drobnostka – mieć talent. Pozostałym czytelnikom – czyli niezwiązanym ze środowiskiem plastycznym – wywiady Sebastiana Frąckiewicza, dzięki obecności twórców trzech pokoleń, pozwolą poznać w formie zapośredniczonej i z konieczności skrótowej małą historię polskiej ilustracji od lat 50. ubiegłego wieku, wraz z otoczką polityczną i społeczną. Warto ją poznać, bo nie zapominajmy, że na świecie to właśnie ilustracja, przez lata związana z Polską Szkołą Plakatu jest wysoko ceniona.

niedziela, 25 marca 2018

Jak się rozdaje Noble i poluje na kurdle (Wojciech Orliński "Lem")


Paweł Chmielewski
("Projektor" 5/2017)
Po wywiadach ze Stanisławem Beresiem („Tako rzecze… Lem”) i Tadeuszem Fiałkowskim („Świat na krawędzi”) oraz – przede wszystkim – po znakomitej i świetnie udokumentowanej książce Agnieszki Gajewskiej „Zagłada i gwiazdy”, skupionej na przeżyciach autora „Solaris” w czasie II wojny światowej i echach holocaustu w jego twórczości (rec. „Projektor” 5/2016) – powstanie pierwszej, pełniejszej biografii Stanisława Lema było tylko kwestią czasu.

Jej autorem jest Wojciech Orliński dziennikarz „Gazety Wyborczej”, który w 2007 r. opublikował „Co to są sepulki? Wszystko o Lemie”. W jednym z wywiadów mówiąc, że jest przede wszystkim publicystą, a nie naukowcem, określił charakter publikacji, najbardziej chyba znanego na świecie polskiego pisarza. „Lem. Życie nie z tej ziemi” jest książką – jak to się potocznie mówi – „do czytania”, ale do czytania inteligentnego, z rozmysłem, pozbawioną nadmiernego aparatu naukowo-krytycznego, który czyni wydawnictwa (nie zawsze) hermetycznymi. Z drugiej strony Orliński nie schlebia czytelnikom mniej zorientowanym w twórczości pisarza i nie tworzy opowieści o charakterze sensacyjnym, które nadawałyby się dla tabloidów, a nie do solidnej biografii.

Docierając do prywatnej korespondencji, rozmawiając z żoną, synem, przyjaciółmi – autor rysuje obraz człowieka niezwyczajnego, a zarazem zwyczajnego do szpiku kości. Przede wszystkim utkanego z anegdot – nie tworzących jednak, a takie ryzyko zawsze istniało – karykatury, portretu prześmiewczego, lecz kreśląc obraz prawdziwy. Ta uwaga nie dotyczy rozdziału drugiej, czasu okupacji rodzinnego Lwowa przez Rosjan, potem nazistów, śmierci prawie wszystkich krewnych pisarza, tajemnicy, którą ukrywał przez całe życie, w formie alegorii, subtelnej siatki symboli, pojawiającej się w wielu utworach. To nie tylko antysemityzm, ale i tragiczna śmierć Seweryna Kahane w pogromie kieleckim (zainteresowanych odsyłam do rozbudowanej analizy w przywołanej już wcześniej książce Agnieszki Gajewskiej).

Lem Orlińskiego zmaga się z budową domu, ukrywa i podkrada słodycze, jest fanem motoryzacji (dokładne opisy kupna kolejnych samochodów zajmują wiele stron), zbieraczem fantastycznych maszyn. Opisy – dość dokładne kłótni z Janem Błońskim – stanowią wyjaśnienie narodzin postaci genialnych, zabawnych, wciąż ze sobą rywalizujących konstruktorów-robotów Trurla i Klapaucjusza. Nie da się w pełni docenić tej biografii bez znajomości realiów życia w PRL-u (na szczęście Orliński w kilku najbardziej „barejowskich” momentach wyjaśnia młodszym czytelnikom tło polityczno-społeczne opisywanych zdarzeń). Wśród nich jedno, kompletnie absurdalne – wręcz kosmiczne – nie jest związane z postacią Philipa Dicka i jego (dość dobrze opisaną) obsesją na punkcie organizacji „L.E.M.” oraz donosów do FBI, ale z wizytą pewnego dygnitarza. 

W listopadzie 1972 r. prywatnym samolotem, a potem w asyście kolumny samochodów zajechał pod dom Lemów Franciszek Szlachcic. Próbując namówić autora „Edenu”, jako pisarza znanego zagranicą, na bliżej nieokreślone wsparcie władz, a w zamian obiecywał Nagrodę Nobla. Kosmiczne i zabawne myślenie sekretarza KC, przekonanego, że najwyższy laur literacki na świecie można załatwić w Sztokholmie „od ręki” – było bardzo w stylu zapisków Ijona Tichy’ego. Takich ciekawostek odnajdziemy w książce Orlińskiego znacznie więcej.

Zastanawiający jest – z perspektywy czasu – pesymizm zawarty w listach i zapiskach Lema, Szczepańskiego, Mrożka z lat 60. Popularni, nieźle zarabiający, zapraszani na stypendia zagraniczne, żyją w poczuciu beznadziei i twórczej niemocy. To zagadka, po odpowiedź, na którą odsyłam do biografii. Nie tylko lemofilów i lemologów, ale każdego, kto choć raz się zastanawiał jak to by było mieć własną sepulkę? ;)

czwartek, 8 lutego 2018

Skradzione światło (Mariusz Urbanek "Makuszyński")

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 4/2017)
Nasz bohater, już od początku swojej kariery najpierw dziennikarskiej, a potem pisarskiej miał trzy cechy, które zapewniały mu pracę w najpoczytniejszych magazynach: dostarczał artykuły na zadany temat, w wymaganym czasie i o ustalonej objętości. Jego los, to zarazem historia błyskotliwej kariery, literackich wyżyn oraz niezawinionego upadku i zapomnienia. Polityki, która zniszczyła sztukę.

Oto Kornel Makuszyński, przywołany w błyskotliwej biografii Mariusza Urbanka, autora m.in. książek „Zły Tyrmand”, „Kisiel”, „Wylękniony bluźnierca” (o Julianie Tuwimie), „Miłość, wódka, polityka” (o Władysławie Broniewskim. Stworzona ze wspomnień, artykułów, komentarzy, pamiętników, dokumentów, o wartkiej narracji, pokazuje obraz wiecznego optymisty, postaci utkanej z przeciwieństw. Twórca „Szaleństw panny Ewy”, nie lubił za bardzo dzieci (sic!), wykreował wspaniałe i przepiękne portrety kobiet, a był mizoginem (cytowane fragmenty felietonów przerażają), pisał dla endeckiej prasy, ale był przyjacielem skamandrytów. O charakterze Makuszyńskiego świadczy ciekawy obrazek warszawski – tuż po odzyskaniu niepodległości w jedynej czynnej kawiarni, przy sąsiednich stolikach siedzieli przyszli twórcy grupy Skamander, zaś z drugiej strony pisarze o ciągotach wyraźnie narodowych. Nie przysiadano się, nie rozmawiano. Atmosfera cokolwiek ciężka. I wtedy wkracza „Kornelek” (jak wielu go nazywało), rzuca ploteczkę, chodzi od stolika do stolika, jednoczy, godzi, wszyscy go kochają.

Mówimy Koziołek Matołek, myślimy Makuszyński, mówimy Makuszyński, myślimy Koziołek Matołek. To skojarzenie czytelne nawet dla zagubionych w literackim świecie. Autor „Szatana z siódmej klasy” był już literacką gwiazdą – najlepiej chyba zarabiającym pisarzem i dziennikarzem dwudziestolecia, uwielbiał pomagać i pożyczał pieniądze, nigdy nie prosząc o zwrot długu – gdy przyszedł do niego rysownik Marian Walentynowicz. Historyjki obrazkowe (trochę inaczej konstruowane, bez dymków, lecz z podpisami) były już w Polsce popularne. Niestety, dominowały tłumaczenia, z kiepskim rysunkiem (marnie adaptowanym) i fatalnymi dialogami. Makuszyński się krzywił, owszem pisał dla dzieci, ale był też uznanym recenzentem teatralnym, którego podstawową cechą było omówienie, pochwalenie, rzadko (jak w przypadku Słonimskiego lub Boya) ostra krytyka, nawet dzieł grafomańskich. Ale komiks? Ostatecznie bohaterem uczynił koziołka. Tylko skąd ten Pacanów? Znów anegdota – siedząc w kawiarni zauważyli bardzo zmarniałego bywalca, pogrążonego w smutku. Na pytanie, dlaczego tak smętnie się upija, miał odpowiedzieć, że pochodzi z Pacanowa, o którym nikt nigdy nie słyszał. Makuszyński obiecał, ze rozsławi świętokrzyskie miasteczko na cały świat.

Komiks o Koziołku Matołku sprzedawał się w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy, a krytycy (zwłaszcza spod znaku księdza Pirożyńskiego, twórcy przezabawnego i kuriozalnego spisu „ksiąg zakazanych”) zarzucali autorom, że to nie jest opowieść dla dzieci, bo pochwala czary, pijaństwo, pornografię. Ten rozdział biografii pióra Mariusza Urbanka, to jeśli można użyć takiego określenia, najczystszej wody kabaret.

Kornel Makuszyński wyrósł z biedy, kilka razy był przerzucany z gimnazjum do gimnazjum (m.in. za humorystyczne wierszyki o katechecie), pojedynkował się z kolegami o względy dziewcząt, pisał wiersze miłosne za bułki z kiełbasą. Talentem, ale przede wszystkim olbrzymią pracą zdobył uznanie. Jeśli myślimy o prekursorze polskiej literatury dziecięcej i popularnej, to obok Dołęgi-Mostowicza będzie nim właśnie Makuszyński.


Na tle tych przezabawnych, mądrych wspomnień, ciętych opinii np. o Zakopanem, które w jego publicystyce przypomina skrzyżowanie Disneylandu z hipermarketem, boleśnie wybrzmiewa schyłek życia pisarza, po 1945 roku. Przez „jedynie słuszną krytykę” zaliczony do „pisarzy burżuazyjnych”. Nie staje się jednak, co pewnie przyszłoby mu z łatwością, apologetą ojczyzny proletariatu. Czasopisma przestają zamawiać artykuły, książki stopniowo wycofywane są z bibliotek. Jak okrutny żart brzmi opowieść z połowy lat 50., gdy miłośnicy jego talentu musieli trzecią część pensji wydać, na pokątnie sprzedawane, broszurowe wydania przedwojenne. Polityka bezwzględnie zgasiła słońce wiecznemu optymiście i genialnemu pisarzowi.

środa, 10 sierpnia 2016

Ursus w matrixie (Ryszard Koziołek "Dobrze się myśli literaturą")

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 3/2016)
Dlaczego tur, a nie byk? Jedna z tajemnic „Quo vadis”. Po lekturze „Dobrze się myśli literaturą” Ryszarda Koziołka podzielam fascynację autora pozytywizmem, choć może nie w sposób tak ekstremalny. Literaturoznawca czyta Stanisławę Przybyszewską, Sławomira Mrożka, Filipa Springera, Ignacego Karpowicza, lecz przede wszystkim czyta pozytywizm. I przede wszystkim Sienkiewicza. 

Profesor Uniwersytetu Śląskiego, laureat Nagrody Literackiej Gdyni za „Ciała Sienkiewicza. Studia o symbolice płci i przemocy” (2010), miał zadanie o tyle ułatwione, że z perspektywy historycznej, czytelne, przyswajalne – dla szerszego kręgu – ocalały właściwie tylko dokonania pozytywistów. Klasycyzm stał się językowo zbyt odległy, romantyzm, hermetyczny romantyzm, wymaga czytelnika wyrobionego, modernizm przegrywa z poprzednią epoką zawiłością leksyki, nieczytelnym dla wielu współczesnych symbolem. Ryszard Koziołek czyta przede wszystkim pozytywizm, erudycyjnie i z wdziękiem, obrazowo łącząc skojarzenia z – pozornie różnych – obszarów i tekstów kultury. Zobaczmy próbkę: Proza to pisanie dobrych zdań, jak przepis Małysza na dwa dobre skoki. Kilka dobrych zdań, akapit, pauza. Czasem wystarczy jedno długie, ale na nie mało kto dziś sobie pozwala, tyranizowany oportunizmem redaktorów i korektorów, mierzących wytrzymałość odbiorcy stu czterdziestoma znakami tweeta. 

Dlaczego tur, a nie byk? Po ukończeniu „Trylogii” Sienkiewicz wyjechał do Hiszpanii. Wrażenia z corridy mógł wpisać w mitologiczny kontekst „Quo vadis”. Krwiożerczy tłum w amfiteatrze i byk, jak z mitu o Europie porwanej przez byka (scena zaspokajająca pożądanie sadysty i estety w jednej osobie – Nerona). Zamiast tego pojawia się tur, symbol dość czytelny dla współczesnych pisarza, a Koziołek stawia tezę, że Sienkiewicz byłby w tej interpretacji kryptoendekiem, jego szyfry (…) są tak kłopotliwe do rozwikłania, ponieważ udało mu się stworzyć w nas przeświadczenie, że jego słowa nie kryją żadnej tajemnicy. 

W esejach Koziołka – w rozdziale o Prusie perwersyjnie obmacującym rzeczywistość odnajdujemy porównanie polskich realistów do Morfeusza z „Matrixa”, który w swej obsesji głosi, że rzeczywistość istnieje i jest osiągalna. Efektowne, bo autor nazywa to realizmem schizofrenicznym jakby w Warszawie nie było Rosjan. No tak, ale co w takim razie zrobimy z Cypherem, który poznał rzeczywistość i chce pozostać w „Matrixie”? Koziołek matrixowej metafory użył, by pokazać nierzeczywistość, udawanie prusowskiej (i nie tylko) Polski, zamierającej, nieistniejącej, której literatura nie może dać świadectwa. Myślę jednak, że ten drobny element Cyphera i wielu zresztą jemu podobnych dopełniłby obrazu układanki. Wachowscy pozwalają Koziołkowi pozytywizm uwspółcześnić.

W tym doskonałym zbiorze esejów odnajdziemy jeszcze Kalibana – to jedna z masek Sienkiewicza – przyoblekana przez pisarza w korespondencji z żoną. Kaliban, potem skutecznie skolonizowany, poczciwy Kali. To rozdarcie autora „Bez dogmatu” między humanizmem, a europejskim przekonaniem o niesieniu misji cywilizacyjnej. Tam wciąż wybrzmiewa „piętno białego człowieka”. Dylemat niezmienny dla postkolonialnego świata, dziś jeszcze bardziej niejednoznaczny i drażliwy niż w czasach Sienkiewicza.

środa, 9 grudnia 2015

Na wschód od Salinas (Geert Mak, „Śladami Steinbecka”)


„Ulica Nadbrzeżna” i „Cudowny czwartek” Johna Steinbecka rozgrywają się w okolicach fabryki konserw w Monterey w Kaliforni. „Myszy i ludzie”, niedaleko, na zachodnim brzegu rzeki Salinas, „Grona gniewu” i „Na wschód od Edenu” w Salinas Valley. Gdy po prawie 30 latach, w 1960 r. późniejszy noblista powrócił w rodzinne strony, nic już nie było takim jak w okresie Wielkiego Kryzysu.
Żyjące z rybołówstwa miasteczko zaczyna umierać już w latach 40. Zamykane są fabryki, a sardynki widzimy tylko w puszkach. Kiedy Steinbeck w swojej sentymentalnej wędrówce półciężarówką po „prawdziwej” Ameryce (opisanej potem w „Podróży z Charleyem”) dotarł do Kalifornii już nie chciał tam mieszkać. Salinas i Monterey przyciągają turystów, bary i sklepy, a nawet ulice noszą dziś nazwy bohaterów z „Ulicy Nadbrzeżnej”. Gdy Geert Mak w 2010 r. dotarł tam śladami pisarza, miasta „żyły z pamięci Steinbecka”.
Holenderski historyk, prawnik i dziennikarz, równo 50 lat po autorze „Gron gniewu”, wyrusza przez całe Stany z Sag Harbor w stanie Nowy Jork do San Francisco i z powrotem do Nowego Orleanu. Konfrontuje Amerykę z początku prezydentury Kennedy’ego z Ameryką Obamy.
USA lat 50. to kraj prosperity. Bracia Levittovie sprzedali setki tysięcy domów z prefabrykatów, rozrastały się przedmieścia. Telewizja stała się potęgą, kto miał w garażu samochód starszy niż trzy lata był nieudacznikiem, bilety lotnicze tanieją, przybysze z kontynentu porzucają tradycyjną, purytańską skromność. Steinbeck nie znajduje już prawie śladów kryzysu z lat 30., który wyniszczył Ameryką. Obywatele szanują wojsko, ufają politykom i telewizji. W 1959 r. wybucha pierwszy skandal, koniec niewinności – Charles van Doren oszukiwał w telewizyjnym teleturnieju (zainteresowanych odsyłam do filmu „Quiz show” z 1994 r.).
Ameryka Maka już nie jest niewinna – po drodze mijamy setki koczowisk z przyczepami kempingowymi biedaków, a w jednej z ekskluzywnych dzielnic toczy się „wojna” o meksykańskich pracowników sprzątających trawniki za pomocą dmuchaw. W czasach Steinbecka z sąsiadem jeszcze się chodziło do baru, w czasach Maka już się go nienawidzi.
Autor „Tortilli Flat” nie cierpiał wielkich miast. W swej wędrówce ominął Mekkę amerykańskiej motoryzacji – Detroit, jedno z najbogatszych w ówcześnie miast w USA. Podążający jego śladami Holender odwiedza miasto-widmo, scenografię do postapokalitycznego filmu. Stalownie, hurt, montownie General Motors niszczeją.
Geert Mak nie jest tylko rejestratorem. Własna podróż, śladami Johna Steinbecka, staje się pretekstem do opowiedzenia historii odwiedzanych miejsc. Autor jest erudytą, przytacza opisy amerykańskich wędrówki Alexisa de Tocquevilla (1830), monumentalne reportaże Johna Gunthera (1945), fenomen religijności tego kontynentu i zawiłości ekonomii (jako wychowany w niderlandzkim protestantyzmie rozumie je lepiej niż przybysz z naszej części Europy), odwołuje się do artykułów prasowych, pamiętników, naukowych badań, np. antropologicznych opracowań pocałunku i uścisku, innego w Vermont, Ohio i Kalifornii.
To kraj radosnych miliarderów i milionów bezrobotnych nędzarzy, którzy zamiast robić rewolucję, od 150 lat wierzą w mity.

Paweł Chmielewski

(recenzja - magazyn "Projektor" 4/2014)

Geert Mak, „Śladami Steinbecka”, s. 581, Wydawnictwa Czarne, Wołowiec 2014.

środa, 28 października 2015

Kociokwik nasz powszedni (Filip Springer "Wanna z kolumnadą")

Zaraza ma swoje odmiany. Najczęstsze to: ropowica pożółkła, pawiak tęczowy, wyprysk falisty, trójkąciak pastelowy (zwany też alfonsiakiem trójkątnym) i jedna z najgroźniejszych: różowe ropnie różowate (w dwóch odmianach – różowej i silnie różowej).
Czy to opis z podręcznika „Małego wirusologa”? Nie. Fragment jednego z reportaży Filipa Springera zawartych w książce „Wanna z kolumnadą”. W posłowiu Andrzeja Stasiuka czytamy: ... zazwyczaj bronię (...) tej histerii człowieczego krajobrazu. Częściowo z przekory, ale bardziej z umiłowania badziewnych cudów ludzkiej, to znaczy polskiej, kreatywności, która mnie wprawia w osłupienie i podziw. Jesteśmy narodem ekstremistów. Jesteśmy rewolucjonistami totalnymi.
Jesteśmy też pewnie narodem sarmackim. O silnie rozwiniętym instynkcie terytorialnym. Ograniczonym do bardzo małego terytorium. To, co poza nim jakieś takie wspólne, to pewnie niczyje albo tego Nowaka spod piątki, którego nie lubię. Poza tym Polacy w czterech piątych (lub nawet więcej) twierdzą, że w Polsce jest ładnie i... bardzo ładnie. Od tego zaczyna Filip Springer. Potem bada medyczny przypadek zwany „pastelozą”.
To dość przewrotna choroba. Dopada bloki, komisariaty, sklepy, przedszkola, domy kultury. Jest bardzo zaraźliwa. Rozpoczynamy śledztwo w sprawie ogniska choroby. Wielu sądzi, że zaczęło się w 1993 r. we Wrocławiu od Domu Handlowego Solpol. Architekt Wojciech Jarząbek dostał sto dwadzieścia godzin na wykonanie projektu. Złośliwi twierdzą, że gdy już wszyscy posnęli ze zmęczenia, to kolory dobrała sprzątaczka. Wrocławianie byli jednak zadowoleni. Po latach szarości PRL-u dostali coś kolorowego. I pasteloza się rozpełzła.
Zaczyna się najczęściej tak: do architekta przychodzi inwestor albo prezes spółdzielni i mówi, że ma być „pastelowo”. Co to znaczy pastelowo? Prezes na kolorach się nie zna, ale wybrała taki jego sekretarka. Kobieta. Jak wiadomo kobiety znają się na kolorach. Albo inaczej – prezes daje się przekonać, żeby jednak nie pastelowo, a lepiej zmówić projekt. Ile kosztuje projekt? Kilkanaście, dwadzieścia tysięcy. Ile?! Prezes wychodzi w przeświadczeniu, że ci artyści i architekci to całkiem powariowali. Przecież to tylko kolorki.
Mój kielecki blok jest pastelowy. Pomalowany jakieś osiem, dziewięć lat temu. Wcześniej był brązowo-ugrowy. Dokoła każdy wieżowiec, czteropiętrowiec jest inny. Takiego kociokwiku mogą nam pozazdrościć spółdzielnie w innych miastach. Dwa lata temu lokalna „Gazeta Wyborcza” ogłosiła konkurs na najładniej i najgorzej pomalowany blok. Jeden z jurorów stwierdził, że w Kielcach trzeba by nominować całe osiedla: Na Stoku, Świętokrzyskie i Słoneczne.
O czym jest jeszcze „Wanna z kolumnadą”? O gargamelach, dziwnych piramidach, rzekach w środku miast, które znikają i o grodzeniu. Polaków opanowała mania płotów. Podobno w ogrodzeniach jesteśmy europejską czołówką. Springer chodzi i pyta czy ogrodzenia chronią. Każdy wchodzi, wychodzi, ochroniarze się nudzą, ale mur musi być. Trochę jak w „Zemście”. Tu ujawnia się ten instynkt terytorialny. Zagadnięci najczęściej odpowiadają, że to sąsiedzi z bloku obok podrzucali im śmieci.
Deweloperskie raje to kolejny rozdział. W zbiegu Warszawskiej i Krasickiego (już zdekomunizowanego) stały przez trzy lata dwa dziwaczne domy. Wraz ze ścianami były szerokie może na trzy metry, a długie na kilkanaście. Myśleliśmy, że w takich kiszkach nikt nigdy nie zamieszka. Deweloper w końcu jednak sprzedał mieszkania. Budynki są koszmarne. Autor „Wanny...” rozmawia z mieszkańcami takich edenów, tonie w błocie i ze smutkiem patrzy na dzieci, które taplają się w mokrym piasku. Może poszłybyście na lody? To ponad pół godziny drogi. Nikomu się nie chce. Do centrum miasta jest ponad piętnaście kilometrów. Kilka samotnych, rachitycznych drzewek rośnie na skraju budowy kolejnego osiedla. W folderze było pięknie.
Uczeń w polskiej szkole (podstawówka i gimnazjum) ma przez dziewięć lat 255 godzin plastyki. W Rumunii dwa razy więcej, w Czechach ponad sześćset. Jadąc na południe lub zachód przeżywamy nagle szok. Czegoś nam brakuje. Czego? Reklam.
Zaledwie dziesięć procent (szacunek optymistyczny) banerów i bilboardów jest w Polsce wieszanych legalnie. Z rozbrajającą szczerością pracownica jednej z agencji mówi Springerowi, że dopóki mandaty nie przekraczają kosztem „potencjalnej oglądalności”, to nic się nie zmieni. Autor dzwoni, zaczepia, wypytuje. Odpowiedzi są rozbrajające: to za to trzeba płacić? Inni wieszają, to ja też powiesiłem. Powiesiliśmy, niech wisi i czekamy czy ktoś się do nas zgłosi po pieniądze. Na zdesperowanych przeciwników reklamowego wodospadu patrzy się jak na straceńców lub wariatów.
Świetna książka. Jaki z niej morał? Przytoczę pewną historię. W ostatnim rozdziale Filip Springer opisuje jak zafascynowały go internetowe grupy i fora obywatelskiego sprzeciwu. Założył grupę protestującą przeciw zajmowaniu chodników przez samochody. Robił zdjęcia, zbierał fanów. Po jakimś czasie został wezwany na komisariat. Przesłał zdjęcia więc miał podpisać kilkadziesiąt protokołów i stawić się na wszystkich rozprawach jako świadek. Za nieobecność będzie kara, bo to obrażanie majestatu Rzeczypospolitej. Policjant był wyraźnie uradowany i wrócił do przerzucania papierów.
 Paweł Chmielewski
(recenzja - magazyn "Projektor" 2/2014)
Filip Springer, „Wanna z kolumnadą”, s. 247, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013.

poniedziałek, 12 października 2015

Labirynt cosmopolis (Magdalena Rittenhouse, „Nowy Jork”)


O Nowym Jorku wiemy znacznie więcej niż o każdym z innych miast na świecie. Dzięki literaturze (Scott Fitzgerald, Paul Auster), filmowi (Chaplin, Allen, Scorcese), spotom telewizyjnym, serialom. Dublin miał Joyce’a, Moskwa – Bułhakowa, Rzym – Felliniego, ale to Nowy Jork, każda z jego dzielnic, ma kilkuset kronikarzy.
Miasto jest jak labirynt, ale bez Minotaura. Dzięki książce Magdaleny Rittenhouse to metropolis na swój sposób przeklęte, lecz piękne i fascynujące. W Hiszpanii wprowadzono kiedyś ograniczenie wielkości okien, w Amsterdamie rozmiarów fasady, w Nowym Jorku – wysokości budynków i tylko nowojorczycy wpadli na pomysł, że ten, kogo nie było stać na dość wysoki wieżowiec mógł odsprzedać „nadmiar powietrza” bogatszemu sąsiadowi. Historia drapaczy chmur na Manhattanie to historia naznaczona szaleństwem inwestorów i architektów. Opowieść m.in. o tragedii Van Alena, budowniczego wieżowca Chryslera, ikony miasta, który już potem nic więcej nie stworzył. Tylko garaże z blachy.
Nad miastem powinien unosić się baner z napisem „Chciwość jest dobra”. Nowy Jork buduje pieniądz (świetnie czyta się rozdział o początkach i ojcach założycielach giełdy na Wall Street), handel, próżność. Ale to metropolia paradoksów. Kilkanaście lat temu grupa zapaleńców stworzyła na nieczynnym wiadukcie High Line rezerwat chwastów, krzewinek i ptaków. Gdy burmistrz Guliani protestował przeciw tej ekstrawagancji – oazie zieleni wśród betonu i szkła, zmieniono burmistrza. To również Central Park, ziemia warta 528 783 552 000 dolarów. Pozorny absurd w tej Mekce finansjery, ale zarazem świętość, której żaden polityk przy zdrowych zmysłach nigdy nie ruszy.
Nowy Jork „zbudowany” przez Rittenhouse to miasto punktów znaczących, bram do innego świata. Najpierw most Brookliński, arcydzieło architektury, budowany przez sparaliżowanego inżyniera, Siódma Aleja – miasto w mieście, centrum amerykańskiego krawiectwa, gdzie w najlepszych latach pracowało 250 tys. szwaczek, port na Manhattanie, do którego przybijały statki z całego świata lepiąc mozaikę cosmopolis.
Nowy Jork – miasto labirynt. Osiemnastomilowa (długość regałów) księgarnia Strand przy Broadwayu. Labirynt zaułków, gdzie u schyłku XIX w. wędrował duński reporter Jacob Riis, fotografując i dokumentując nędzę emigrantów, aż wywołał niemalże rewolucję socjalną, a przynajmniej zmianę myślenia.
Nowy Jork to też miasto dziennikarzy (fenomenalny sukces „New Yorkera”), bajecznie bogatych kolekcjonerów jak Pierpont Morgan, który miał trzy egzemplarze Biblii Gutenberga i rękopis „Raju utraconego”. Miasto gigantycznych bibliotek i przewodników najdziwniejszych pytań, które tam zadano.
To wreszcie miasto artystów, gdzie w Greenwich Village ojciec Roberta de Niro załatwił pracę strażnika Jacksonowi Pollockowi. Resztę znajdziecie w tym pasjonującym reportażu, przewodniku.
Paweł Chmielewski
(recenzja - magazyn "Projektor" 2/2014)
Magdalena Rittenhouse, „Nowy Jork”, s. 399, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013.

środa, 23 września 2015

Mageripen (Angelika Kuźniak "Papusza")

Początek to scena śmierci. Dyźko umiera. Kobiety go myją, ubierają. Na głowie ma chustę z dziurą, którą do ciała powrócić może dusza. Cyganie wkładają mu do każdej z kieszeni pieniądze. Igłę, grzebień, papierosy. Nad trumną nie ma orkiestry, nikt nie śpiewa. Nikt się nie myje, nie czesze, nie goli. Tak umarł Dyźko. Mąż Papuszy.
To preludium do historii Bronisławy Wajs, najsłynniejszej polskiej „poetki przeklętej” (jak napisała Julia Hartwig). „Papusza” czyli „lalka” umarła z dala od swoich, pochowana na uboczu. Wyrzucona poza nawias społeczności. Obca dla Polaków. „Magerdo” (skalana) dla swoich. Literacka biografia Angeliki Kuźniak, stylizowana na reportaż, to historia kilkudziesięciu lat samotności. Historia o złamaniu „mageripen” – niepisanego kodeksu cygańskiej społeczności.
Renesans zainteresowania osobą i twórczością poetki to nie tylko książka Angeliki Kuźniak oraz film Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauze. Oto przejmujący obraz ilustrujący dwa zjawiska – obcości i śmierci rytuału, pewnej formacji kulturowej
Ze wspomnień, przywołanego pamiętnika, listów, gazetowych strzępów wyłania się tajemniczy, obcy polskiemu czytelnikowi świat, który znika w ciągu jednego ludzkiego życia. Ten schyłek tradycyjnych cygańskich rytuałów taboru (celowo, idąc tropem Angeliki Kuźniak, używam słowa „cygański”, które jest według autorki adekwatne, w przeciwieństwie do sztucznego tworu – „romski”) ukazany zostaje przez pryzmat jednostkowego losu. Papusza uczona alfabetu – za kradzione kury – przez starą Żydówkę, wędruje, oddycha, cudem unika śmierci w czasie wojny.
W tej – ułożonej jak antyczna tragedia – biografii jest punkt kulminacyjny, spotkanie z Jerzym Ficowskim. Poezja Papuszy, pierwotna, nieskażona literacką manierą, wpleciona w naturalny kosmos przyrody za pośrednictwem krytyka dociera do czytelników. Równolegle powstaje książka o cygańskiej obyczajowości. Zdrada kodeksu. Bronisława Wajs – wplątana w niezrozumiałe dla niej mechanizmy – namawia współplemieńców do porzucenia taboru. Świat wędrowców umiera do połowy lat 60. Zdradzony mageripen domaga się ofiary. Ofiary idealnej – dziwnej poetki. Później jest już tylko wygnanie, życie wśród obcych, otchłań schizofrenii, szpitale...
„Papusza” to tragiczna biografia i studium strasznego mechanizmu – cygańska poetka jest tu jak bezwolne narzędzie. Podziwiana, drukowana, lecz w tej fascynacji jest coś na kształt zachwytu nad egzotyką, sztuką tych „innych”, „obcych”. Czytając „Papuszę” i patrząc na jej zdjęcia (kolejny walor publikacji) miałem przebłyski skojarzeń z losem rdzennych mieszkańców Syberii czy japońskich Ajnów. Niegdyś dumnych. Dziś „wyrwanych z korzeniami”. My też mamy taki polski wyrzut sumienia – pewną cygańską poetkę.
Paweł Chmielewski
(recenzja - magazyn "Projektor" 1/2014)
Angelika Kuźniak „Papusza”, s. 198, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013.

środa, 16 września 2015

opuszczone.eu, opuszczone.kielce.pl ("Inne przestrzenie, inne miejsca")


Refleksja, którą podjęliśmy w tym numerze – rejony opuszczone, na peryferiach, ale zarazem tętniące życiem, inspirujące – nad obszarami postindustrialnymi i tworzoną w nich sztuką (Baza Zbożowa w Kielcach), doskonale koresponduje z cyklem esejów „Inne przestrzenie, inne miejsca” wydawnictwa Czarne.
Punktem wyjścia dla tych wyjątkowych na gruncie polskim rozważań antropologicznych (mam na myśli zróżnicowanie tematyczne publikacji) jest zaistnienie w ubiegłym wieku dwóch traktatów: „O innych przestrzeniach. Heterotopie” Michaela Foucaulta i „Nie-miejsca. Wprowadzenie do antropologii hipernowoczesności” Marca Augė. Oto światy bez pamięci i bez historii, ziemie niczyje, punkty tranzytowe, które definiują chwile i zmienność. Przewrotność tego wydawnictwa polega na fakcie, że ta efektowna, przytoczona definicja jest nicowana prawie na każdej z kart książki. Autorzy biorąc za początek myśli Foucaulta i Augė oraz miejsca przez nich definiowane (dworce, poczekalnie, tranzytowe porty) odnajdują przestrzenie nieopisane.
Zaczynamy od topografii podróżnych – podróży śladem kastylijskiego kawalera walczącego z wiatrakami autorstwa Magdaleny Barbaruk („El lugar de la Mancha. O cervantesowej geografii”), prototypu pielgrzymowania literackiego. Dziś dublińskie podróże śladami Leopolda Blooma czy moskiewskie tropem Wolanda nie są niczym dziwnym. Ta jednakże odsyła nas w rejony surowych krajobrazów, korespondujących z artystycznym natchnieniem. W tej scenografii sytuuje swój esej o relacjach muzyki i przestrzeni – lub raczej wpływu miejsca na strukturę kompozycji – Szymon Uliasz. Wreszcie toposy miejsca. W Polsce to Zakopane (miasto mit dla naszej kultury). Tutaj, obok refleksji historycznej, przyczynek do rozważań nad istotą miejsc wypoczynku i jego istoty (Janusz Bohdziewicz „TopoS/Zakopane. Spojrzenie z oddali”).
Następne eseje ukazują jak badacze przenoszą na grunt antropologii miejsc literackie pojęcie palimpsestu. Jego istotą jest – w skrócie – nakładanie i wymazywanie kolejnych tekstów. Artykuł Pawła Próchniaka o Lublinie jest takim właśnie poszukiwaniem zapomnianych, opuszczonych, „nadpisanych” miejsc związanych z kulturą żydowską w tkance miasta. Tematowi zamazywania/ zapomnienia poświęcona zostaje czwarta część książki „Ślady (nie)obecności”. Wątek żydowski to zarówno prywatna historia Moniki Sznajderman zaklęta na kliszy („Przerwy w pamięci. Historia rodzinna”) jak i głośny projekt fotograficzny Łukasza Baksika „Macewy codziennego użytku” o wtapianiu się (niszczeniu) nagrobków w tkance naszego otoczenia, teksty Aleksandry Janus i Romy Sendyki o miejscach pamięci i ich paradoksie. Ten aspekt zarysowany został – w innej perspektywie – w poprzednim numerze magazynu („Pomniki nas nie uratują”).
Zapomnienie i odnalezienie żydowskiej tradycji zyskuje w publikacji rys antropologiczny. Dla czytelnika ta część może okazać się najbliższa. Przeszłość Kielc i regionu w kontekście kultury żydowskiej jest dość dobrze znana dzięki publikacjom chociażby Krzysztofa Urbańskiego i Marka Maciągowskiego (w numerze 3/2013 prezentowaliśmy książkę Joanny Tokarskiej-Bakir zawierającą wiele oryginalnych dokumentów pogromowych i antysemickich z regionu). Kirkuty w Kielcach, Bodzentynie, Ożarowie, Chmielniku, Szydłowcu są dobrze udokumentowane, zdewastowane i zmienione synagogi uwiecznił w swoim albumie „Niewinne oko nie istnieje” Wojciech Wilczyk.
Formę literackiego eseju dla opisu „Śmierci przedmieść” wybrała Agnieszka Wolny-Hamkało. Rejony niegdyś peryferyjne, kojarzone z rumowiskiem zaczynają się upodabniać do centrów miast. Wzrastać wraz z degradacją tych drugich. Magdalena Zych pisząc artykuł „Działki, obrzeża krajobrazu”, analizując rzeczywistość działkową na modelu z Marsylii, Londynu, Krakowa, Wrocławia i Katowic dochodzi do konkluzji – ...trudno się tym zachwycać, trudno po tym chodzić, nie ma powodu, żeby tam jechać. (...) w działki jest także wpisana krańcowość egzystencji. Tu zmysł obserwacyjny przywołuje mickiewiczowskie „szkiełko i oko”. Fascynująca do zwiedzania przestrzeń (por. „W interiorze panuje spokój”, „Projektor” 3/2013) zostaje odarta ze swego uroku. „Opuszczone.com” to tytuł tekstu Doroty Majkowskiej-Szajer oraz strony internetowej, której właściciele dokumentują zapomniane fabryki, osiedla. Te „biedne miejsca” ukazuje autorka w perspektywie teatru Tadeusza Kantora. Autorzy ukrywają lokalizacje, lecz uważny czytelnik ich serwisu odkryje m.in. nieistniejące ruiny odlewni żeliwa w Stąporkowie lub (prawie na pewno) nieczynną cegielnię w Sołtykowie.
Wielbiciel biednych przedmiotów nie może po prostu na nie popatrzeć i pójść dalej. Chce je jakoś podnieść, ująć, pokazać komuś ich zgrzebną urodę, która nie jest przecież oczywista, zatrzymać jakoś tę formę, która nieuchronnie się rozpada.
Paweł  Chmielewski
(recenzja - magazyn "Projektor" 1/2014)
„Inne przestrzenie, inne miejsca”, red. Dariusz Czaja, s. 353, Wyd. Czarne, Wołowiec 2013.