wtorek, 26 stycznia 2016

Gdy upadnie Trzeci Rzym... (Siergiej Łukjanienko, „Nowy Patrol”)


Starszy sierżant Dima Pastuchow jest dobrym policjantem. Łapówki bierze niezbyt często, czasem złodzieja złapie, a raz nawet rozwiązał sprawę morderstwa. Co prawda zabójca nie uciekał i płacząc czekał na mundurowych, ale co morderstwo, to jednak morderstwo. Dzień zapowiadał się jak zwykle...

Na lotnisku Szeremietiewo dziesięcioletni chłopczyk wieszczy katastrofę samolotu, a potem pojawili się Oni – jeden miał wzrok psa, drugi wilka, a trzeci był po prostu tygrysem. Tak zaczyna się „Nowy Patrol” Siergieja Łukjanienki, piąta część cyklu urban fantasy o przygodach jasnego maga Antona Gorodeckiego. W bestiariuszu znajdziemy wiedźmy, wampiry i wilkołaki, bohaterowie rzucają czary ofensywne i defensywne, kryją się w strefie cienia. Pozornie wytarty sztafaż – eksploatowany ponad miarę – serialowo-literacki. Tylko pozornie.

Autor wprowadza do uniwersum fantasy bardzo istotny wątek, z „tajnych akt historii” – organizację sterującą światem. Mogliby to być masoni, iluminaci, kosmici – u Łukjanienki są nimi Inni, podzieleni na Nocny Patrol (magowie jaśni, czarodzieje) i Dzienny Patrol (magowie ciemni, wampiry, wilkołaki). Świat wciąż chwieje się na skraju Apokalipsy, a że jesteśmy w Moskwie, to nad kartkami książki jakby unosiło się proroctwo mnicha Filoteusza – Pierwszy Rzym, drugi, trzecim jest Moskwa, gdy ona upadnie, nadejdzie koniec czasów. Ta mistyczno-diaboliczna mgiełka, umiejętne roztaczana przez autora, nie pozwala nam zapomnieć, że przecież to miasto Bułhakowa.

Patos i nadmierną powagę rozbraja Łukjanienko groteską. Idąc tropami popkultury, można stwierdzić, że to łącznik między autoironicznym „Aniołem ciemności” a mrocznym, wysmakowanym „Penny Dreadful”. Inteligentnych nawiązań jest zresztą więcej (lubiane przez autora parafrazy Puszkina i motywy z braci Strugackich). Tropem do rozwiązania tajemnicy jest w „Nowym Patrolu”, nie tylko wiersz Williama Blake’a „Tygrys”, ale również świadectwo dziadka (!) Karola Darwina, proroka i specjalisty od seksualnych zachowań roślin. Klimatyczne wizerunki Moskwy, gdzie cytując klasyka jeden tam tylko jest porządny człowiek: prokurator; ale i ten, prawdę mówiąc, świnia, splata autor „Nocnego Patrolu” (1998, początek cyklu) z ostrożnym sceptycyzmem wobec Zachodu i odtworzeniem mentalności (również językowej) człowieka postradzieckiego. Spoiwem fabuły stała się – nieistniejąca w poprzednich tomach – rozbudowana refleksja i tęsknota religijna. To nowy rys, cecha kilkunastu ostatnich lat. Wyrazisty i z pasją u Zwiagincewa, u Łukjanienki obciążony ironią. Jesteśmy świadkami, rozpisanego językiem i symbolami współczesnej fantastyki, starego sporu o kształt Rosji. Magia to zaledwie kostium.

Spajająca wszystkie utwory pisarza, teoria o światach równoległych (portale czasu w „Brudnopisie”, przestrzeń wirtualna – „Labirynt odbić”), tu, dzięki nieodgadnionej istocie Zmroku, ma wymiar sakralny.

Oto Rosja przepołowiona, melancholijna, jak policjant, który na pasie ruchu zarezerwowanym dla rządowych limuzyn, wlepia Antonowi mandat, a gdy ten chce go zapłacić, zniechęcony odchodzi.

Paweł Chmielewski

(recenzja - magazyn "Projektor" 3/2015)


Siergiej Łukjanienko, „Nowy Patrol”, s. 349, Wydawnictwo MAG, Warszawa 2014.

Podłącz, czytaj, słuchaj (Simon Reynolds, „Podrzyj, wyrzuć, zacznij jeszcze raz. Postpunk 1978-1984”)

W monumentalnym cyklu Marcela Prousta jest genialne zdanie o hrabinie, która ucząc się kroków foxtrota, nie wiedziała, że tańczy po kolana w grobie. Była jak kolorowi, teatralnie przebrani, podstarzali wyznawcy muzyki punkowej, którzy na londyńskim Soho żądali od turystów pięciu funtów za sfotografowanie. Była jak niektórzy bohaterowie książki Simona Reynoldsa o postpunku.
Jak John Lydon, poszukiwacz, jeden z założycieli ruchu, najpierw wokalista Sex Pistols, potem zaprzeczającego ich ideologii i muzyce zespołu PIL, aby u schyłku wieku stać się własną parodią, reaktywując Pistolsów. „Podrzyj, wyrzuć, zacznij” jest napisana z charakterystyczną dla brytyjskiego dziennikarstwa swobodą, łączącą fakty z anegdotą, encyklopedyzm z popularyzatorstwem i ekscytującą dygresją. Jakby skrzyżowanie Paula Johnsona z „Narodzin nowoczesności” z „Outsiderem” Colina Wilsona. Jeśli jesteśmy przy wariackich i obrazoburczych skojarzeniach, to napiszę, że to Proust dla wyznawców Talking Heads, New Order i Joy Division. Jak w podróży od „strony Swanna” do „Czasu odnalezionego” trzeba wyliczyć tydzień absolutnego poświęcenia. Tylko czytać. Genialne asocjacje Francuza polecam zastąpić tutaj stałym łączem internetowym. Napisana w 2005 r., książka Reynoldsa lepiej smakuje. Kilka kartek lektury i skok do YouTube. Zwichrowane projekty Malcolma McLarena nabierają barw, postrzegamy jak z postpunku wyrasta new romantic, odnowiony zostaje rock dzięki melanżowi gotyku i eposów przedchrześcijańskich, wymyślono sample hip-hopu spod znaku Art of Noise.
Autor, publicysta m.in. „Melody Maker” i „The Wire” stawia tezę – punk w sensie muzycznym nie był niczym ciekawym, punkt zwrotny po hipisowskiej rewolcie lat 60. nastąpił w 1978 r. w robotniczych, zdehumanizowanych dzielnicach Manchesteru, Leeds i Cleveland. To czas dziwny i fascynujący – po obu stronach Atlantyku dojrzewa konserwatywna opresja (thatcheryzm i reaganomika), zaś artyści zakładają wytwórnie, sklepy muzyczne i rozgłośnie działające jak spółdzielnie pracy. Nagrania i wywiady skrzą się od dygresji politycznych, literackich, odwołań do antropologii i historii sztuki. Kto nie jest oczytany ten nie założy zespołu. Tytuł kroniki Reynoldsa to aluzja do – futurystycznej – odnowy po okresie absolutnej władzy punkowych zespołów i do frazy z singla grupy Desperate Bicycles: Wytnij, wytłocz i rozprowadź/ Muza z ksero tu i teraz.
Teatralność, performance, widowiskowe szokowanie mieszczucha nie było niczym nowym – zdawać musieli sobie z tego sprawę artyści – nawiązując w nazwach zespołów do ruchu dada i surrealizmu (Cabaret Voltaire, Pere Ubu), lecz rozegrali partię w postindustrialnym krajobrazie. Reynolds potrafi ironicznie podsumować sceniczny image wokalisty Bauhausu, analizuje dziwaczny, przybierający cechy nacjonalizmu „kwasowy faszyzm” i fascynację Mansonem. Requiem dla postpunkowej rewolty, która trwała kilka lat, stała się niebotyczna liczba sprzedawanych płyt, pączkowanie klubów muzycznych i promująca nurt na całym świecie MTV.

Paweł Chmielewski

(recenzja - magazyn "Projektor" 3/2015)

Simon Reynolds, „Podrzyj, wyrzuć, zacznij jeszcze raz. Postpunk 1978-1984”, s. 558, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2015.

Po drugiej stronie drzwi (Michael Nyman, „Muzyka eksperymentalna. Cage i po Cage’u”)

Dwa nazwiska – Nyman (Michael) i Eno (Brian) wystarczą za rekomendację. Pierwszy napisał książkę, drugi przedmowę do niej. Michael Nyman skomponował ścieżkę dźwiękową do filmów Petera Greenawaya i „Fortepianu” Jane Campion, Brian Eno wymyślił nurt ambient, był klawiszowcem w Roxy Music.
Niektóre książki otwierają – posłużę się tu kryptocytatem z Aldousa Huxleya – drzwi do świadomości. Drzwi do poznania, drzwi ciekawości i rozumienia sztuki. To „Ruch nowoczesny w architekturze” Charlesa Jencksa, „Dadaizm” Hansa Richtera, „Szekspir współczesny” Jana Kotta. To „Muzyka eksperymentalna” Michaela Nymana. Pierwsze angielskie wydanie w 1974 r., uzupełnione w 1999 r., do polskiego czytelnika trafiło po 37 latach od premiery jako dzieło klasyczne. Coraz starsze i coraz lepsze, intrygujące jak początkowy motyw muzyczny w „Kontrakcie rysownika”.
Podręcznikowy charakter książki Nymana zyskał dzięki rozszerzonym kontekstom. Philip Glass, minimalista, jeden z bohaterów końcowego rozdziału publikacji jest dziś gwiazdą muzyki filmowej, dzięki ścieżce do „Koyaanisqatsi” i motywowi z „Truman Show”. Co jest za tymi drzwiami?
Autor ustala siatkę pojęć – muzyka eksperymentalna nie jest tożsama z muzyką awangardową. Boulez, Xanakis, Stockhausen realizują koncepcje według starych wzorców postrenesansowych. Pierwsze rozróżnienie – partytura, od czasu „4’33” Johna Cage’a przestaje być zapisem sformalizowanych symboli (nuty, półnuty, klucze). Istotny przy komponowaniu zaczyna być proces losowy: tasowanie kart („Theatre Piece” Cage’a), mapa gwiazd, przypadkowy układ komputerowy. Przede wszystkim starożytna księga chińskich przepowiedni „I Ching”, wykładnik wielu dzieł sztuki lat 60. – od prozy Dicka do partytur George’a Brechta. Utwór muzyczny rozwijamy poprzez zastosowanie szeregu rozbudowanych powtórzeń. Nyman nazywa je „procesami repetycyjnymi”. Kompozycja w muzyce eksperymentalnej ma charakter otwarty, zapis „koła” na partyturze może dla wykonawcy oznaczać ciszę jak i rondo (muzyczne). To co awangardziści uznali za osierdzie – tożsamość, eksperymentatorzy pozostawili w obszarze interpretacyjnym.
Konsekwentnie autor ukazuje związki muzyki eksperymentalnej z teorią gier, „triadę Cage’a”, który jawi się niczym Platon, nowatorskie podejście do roli instrumentu, nieśmiałe początki komputerowych brzmień.
Dla zrozumienia fenomenu muzycznej rewolucji lat 50. i 60. – której efekty obserwujemy w gatunkach tak pozornie odległych jak new romantic, rap, elektronika – niezbędne jest poznanie terminu „przestrzeń wpływów”. Wzajemne przenikanie, kontekst – korelacja muzyki z taszyzmem Jacksona Pollocka czy mobilami (rzeźby) Caldera, fabryka Warhola. Wkraczamy tu zarazem w przestrzeń teatru. Plenerowe koncerty Cage’a są happeningami z udziałem tancerzy, recytacjami poety Olsona, pokazem obrazów Roberta Rauschenberga.
„4’33” może trwać nawet dwie minuty dłużej. To kwestia wolności wyboru i rezygnacji z formalnych ograniczeń.

Paweł Chmielewski

(recenzja - magazyn "Projektor" 3/2015)

Michael Nyman, „Muzyka eksperymentalna. Cage i po Cage’u”, s. 248, Wydawnictwo słowo/obraz/terytoria, Gdańsk 2011.

... pewnie oni rację mają (Dominika Węcławek, Marcin Flint, Tomasz Kleyff, Andrzej Cała, Kamil Jaczyński, „Antologia polskiego rapu”)

I dalej: Czy chcesz tego czy nie. Zapamiętaj jedno – dźwięk grzmiał z kilkunastu okien na każdym kieleckim osiedlu. Liroy (Piotr Marzec) śpiewał?/ melorecytował dalej: Że o Kielcach, o Kielcach ta historia/ Mieście pełnym cudów, brudów. Przyjechałem z Krakowa i po kilku dniach nienawidziłem serdecznie „Scyzoryka”. Tak musi wyglądać piekło – pomyślałem, a to rodził się polski rap.
Robert Litzy z Acid Drinkers, stwierdził jeszcze w studio, że taki „utwór o lokalnych sprawach” nigdy nie będzie przebojem. Grzegorz Skawiński dograł gitarowy riff i „Scyzoryk” stał się pierwszym singlem hiphopowym zauważonym poza środowiskiem.
Minęło 19 lat (od nagrania) i Narodowe Centrum Kultury wydaje „Antologię polskiego rapu”. We wstępie – będącym skróconym kompendium historycznym gatunku w Polsce – Tomasz „CNE” Kleyff stawia tezę, że rap był najważniejszym i najpełniej wyartykułowanym nurtem sztuki w Polsce po 1989 r. Znawcy teatru wskazaliby pewnie na realizacje Warlikowskiego, Jarzyny i Klaty, krytycy literaccy na środowisko „BruLionu” i „brutalistów” („pokolenie porno”) w polskim dramacie. Hip-hop ma swoją wagę i nie chcę go klasyfikować przez porównania – czy byłby bliższy autentycznym, ludowym pieśniom dziadowskim z XVII w., anarchii dadaistów, buntowi wykluczonych z gett wielkomiejskich – na pewno stara się być antysystemowy i zignorować go jako zjawisko antropologiczne i kulturowe po prostu się nie da. Antologia powstała w klimacie renesansu nurtu rap, wywołanego powodzeniem filmu „Jesteś Bogiem” i pokazuje, że poważne instytucje kultury (centra, uczelnie) zaczynają tworzyć/ rejestrować obraz nurtów, dotychczas badawczo niedoinwestowanych: rapu, street artu; pewnie niedługo disco polo itd.
Czytanie antologii zaproponowałbym od „Słownika terminów” dołączonego do wydawnictwa. Teksty pisali dziennikarze i twórcy hip-hopu. Dialekt, którym się posługują bywa migotliwy, a rap – tak jak każdy dość zamknięty gatunek – wytworzył terminologię środowiskową. Mamy w obszernym leksykonie interesujący i porządkujący wstęp, kilka wywiadów, domykające publikację rozbudowane sylwetki kilkudziesięciu polskich twórców. Najciekawsza jest jednak część środkowa – kilkaset wyselekcjonowanych utworów. Waham się przed użyciem określenia (w stosunku do wielu) literackich, może o poetyce specyficznej..? Frapujące są przede wszystkim komentarze dodane pod strofami. Dotyczący „Scyzoryka” przywołałem w prologu artykułu. Te komentarze budują tkankę opowieści, charakteryzują antologię.
Dla kieleckiego czytelnika (autorzy podają, że bez mała nad Silnicą narodził się polski rap) ciekawostką mogą być anegdoty o dinozaurach – Liroyu, Wzgórzu Ya-pa-3, Borixonie i innych. Koterie, sojusze, obrazy, oskarżenia o zdradę ideałów. Dopiski lepią świat specyficznego kodeksu i nostalgicznej historii. Odniosłem wrażenie, że raperski świat, którego już nie ma. W większości skanalizowany przez komercję. Lecz przecież: To, co mówią w zazdrości, jest nieważne Włodi,/ tak jak to, że ktoś za klopsy graffiti robi.

Paweł Chmielewski

(recenzja - magazyn "Projektor" 3/2015)

Dominika Węcławek, Marcin Flint, Tomasz Kleyff, Andrzej Cała, Kamil Jaczyński, „Antologia polskiego rapu”, s. 502, Narodowe Centrum Kultury, Warszawa 2014.

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Terabitowa bomba liryczna (Ewa Lipska, „Czytnik linii papilarnych”)

...i przemijanie. Gdyby nie esej Stanisława Lema to byłby dobry, odkrywczy tytuł. Stoimy wobec poezji lapidarnej, niejednoznacznej, nie mówiącej wprost, pokazującej zjawiska, mechanizmy, naturę pojęć istotnych. Używającej nikłego śladu, metafory – widocznej, lecz niewidzialnej bez poetyckiego mikroskopu.
„Czytnik linii papilarnych”, najnowszy tom Ewy Lipskiej kreuje kosmos – między optyką Wielkiego Wybuchu, a punktem widzenia mrówki. To jeden, samotny człowiek i miliardowa osobowość komputerowej sieci. Kosmos, który z jednej strony jest malutki jak bit i rozległy jak jego tera-wielokrotność. Kosmos, w którym każdy z czytelników jest uprawniony do własnej interpretacji poetyckich obrazów. Inaczej młoda dziewczyna, przed którą bieży baranek i lata nad nią motylek, inaczej mężczyzna stojący u progu „smugi cienia”, wreszcie starzec spisujący w grubym zeszycie rachunek z życia dla przyszłych pokoleń.
To świat odwiecznych pojęć: miłości, strachu, samotności, zdrady, z powracającym motywem istnienia/nieistnienia między namiętnością a cierpieniem. To zestaw starych jak ludzkość filozoficznych pytań bez odpowiedzi: Zagadka/ nie kończyła się/ na pełni Księżyca./ (...) Świat/ na którym żyliśmy/ nazywał się Rebus/ i gwizdał na nasze pytania.// („Rebus”). O co pytamy wiersz? O co on nas pyta?
Kolejność utraconych uczuć, tęsknota, nostalgiczne przemijanie. Nie mamy kompetencji poznawczych, umiejętności, nie starcza nam czasu biologicznego. Nie tylko w „Czytniku...”, lecz w wielu wcześniejszych tomach Ewy Lipskiej, to czas upływający, podszyty świadomością śmierci. Świadomością wciąż okłamywaną: W klinice tłumu/ czujemy się bezpieczniej./ Niewinne błahostki wspomnień./ Ostrygi. Wino. Śmiech.// Na szczęście/ jest coraz głośniej. („Bankiet”).
To ledwie jedna z płaszczyzn rozmowy z wierszami autorki „Pogłosu”. „Czytnik linii papilarnych” to również atlas świata mediów społecznościowych, gdzie Lubi nas Coca-Cola/ Ronaldo i Papież. (tytułowy utwór). Mogliby to być oczywiście John Nash, Hilary Koprowski czy Francis Crick – cóż z tego, że twórca współczesnej ekonomii, wynalazca szczepionki na polio i odkrywca struktury DNA już nie żyją. To bez znaczenia. Ich „lajkowa” atrakcyjność, w dobie globalnej sieci, jest po prostu znacznie niższa.
Czy to wszechwładne oko, „boski Internet”, to pomysł naszych czasów? Maszyny wiedzą dziś o nas więcej niż my sami. Podczas, gdy ludzka pamięć jest ułomna, komputer nigdy nie zapomina. Najgłupsze zdjęcie, idiotyczny wpis pozostają na zawsze. Powróćmy jednak do pytania czy to pragnienie by wiedzieć o nas wszystko jest cechą współczesności? Gdy Wilhelm Zdobywca nakazał spisać „Domesday Book”, w której znalazła się nota o majątku każdego z angielskich obywateli, ilości drzew, krów i bagien na jego posiadłości, władca dysponował potężną wiedzą, na miarę średniowiecznego Gatesa lub Zuckerberga.
W dawniejszych czasach wymazywanie postaci z ludzkiej pamięci, wyrzucanie poza nawias czasu było stosunkowo proste. W starożytności nakazywano skuć imię „zapomnianego” z posągów i wyskrobać z papirusów. Dziś miliony kopii z kopii na serwerach, prywatnych dyskach, pamięci smartfonów, ominą nakaz nawet najokrutniejszego z dyktatorów.
Odczuwam, że mimo tego „Czytnik...” został przez Ewę Lipską pozbawiony tego bezpośredniego katastrofizmu, który charakteryzował chociażby utwór „Naciśnij Enter” z tomu „Sklepy zoologiczne”. Zautomatyzowany proces śmierci. Jak w eseju astrofizyka Stephena Hawkinga, który procesy życiowe przyrównał do pracy komputera, a ostateczny koniec do awarii procesora.
Sceptycyzm wobec możliwości poznawczych maszyny, abstrakcyjnego myślenia zwojów elektronicznych, budowania i rozumienia metafor przez komputery (unaoczniony np. w „Plamie” z „Pomarańczy Newtona”) przesuwa się w stronę internetowego Wielkiego Brata. Już mniejszą nieufność budzą maszyny, a przerażać zaczyna bezosobowa machina internetowej społeczności.
Bo kto nam zagwarantuje, że piękne wpisy na internetowych forach o miłości, żałosne o zdradach, samotności i chorobach, to nie produkt sprytnego komputerowego programu?
Ludzie maszynowieją, cyfrowieją nawet, zaś komputery, a przede wszystkim programy przechodzą proces uczłowieczania. Pewnie James Cameron stwierdziłby, że Dzień Sądu nadejdzie. To nieuniknione. I tylko kwestia czasu. Tak jak „bunt młodych”. Również obecny w „Czytniku...”. Lecz to już zupełnie inna historia...

Paweł Chmielewski

Ewa Lipska, „Czytnik linii papilarnych”, s. 52, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015.

Gdy chmury okazują się dymkiem („Komiks i jego konteksty”, red. Izolda Kiec i Michał Traczyk)

Wszystko jest komiksem. To rodzaj klucza, metafory i intelektualne nadużycie z mojej strony, ale pomyślmy przez chwilę... Jeśli świat jest znakiem lub zestawem znaków. Zakodowanych mniej lub bardziej – więc jest obrazem albo tekstem, albo tekstem i obrazem jednocześnie. Znakiem kultury.
To telewizja, film, prasa, grafika, porcelana i okładki płyt. Dochodzimy do pierwszego waloru zbiorowej publikacji „Komiks i jego konteksty” – edukacyjnego, dokumentalnego, ujawniającego to, co pozornie ukryte – komiksowych konotacji współczesnej kultury. Czytanie zbioru referatów przybiera charakter lektury przewodnika po mało znanym kraju – najpierw położenie, podstawowe zwroty, dopiero potem zwiedzamy poszczególne regiony i konkretne miasta (zresztą miejskość to jeden z ważniejszych tematów zbioru, włącznie ze strategią czytelnika/ bohatera – detektywa, turysty, spacerowicza). Wędrówka potwierdza – znaną od dość dawna – prawdę: opisem komiksu zajmują się filolodzy, narzędzia do jego analizy dostarcza literaturoznawstwo, a nie historia sztuki, która zdaje się komiksu nie rozumieć. Być może – to taka propozycja – jeśli magicy od sztuk plastycznych pozostają wobec zestawienia tekstu i obrazu obojętni/ bezradni, to może do trójki rodzajów literackich (choć przy dzisiejszym synkretyzmie ten podział traci na ostrości) dołączyć jako czwarty komiks? To wyraźna wskazówka z lektury książki IKP. Żaden z autorów referatu – jako uczestnik życia akademickiego – nie mógł raczej postawić czytelnie takiej tezy. Mnie wolno. Kto inny mi płaci J.
Pierwszy referat w wydawnictwie – Jerzego Szyłaka jest resume z jego głośnej książki „Komiks w czasach miernoty” i zachęcam każdego, kto chce zrozumieć, na czym polega dyskurs o „historyjkach obrazkowych”, do przejrzenia. Można zacząć od artykułu Wojciecha Birka – polecam akapit o stylistyce komiksu – skrypt dla początkujących twórców i zarazem dla recenzentów. Z postaci ikonicznych dla polskiej krytyki komiksowej, przywołam jeszcze dwie: Adama Ruska i niedawno zmarłego Tomasza Marciniaka. Pierwszy przedstawia historię magazynu „Relax” (1976-1981) i jego upadku. Sprzeczność wersji – brak papieru lub wręcz przeciwnie jego dostatek przy zatrudnieniu w redakcji osób nie pojmujących specyfiki obrazkowego medium – pokazuje jak ulotna jest ludzka pamięć i jak rosną komiksowe mity. Data publikacji poznańskich (w tym „Zeszytów” o latach 90.) to ostatni moment na rejestrację wersji jak najbliższych prawdy. Referat Tomasza Marciniaka jest z kolei zaproszeniem do debaty o zjawisku socjologicznym, jakim stał się komiks historyczny. Na styku ekonomii i polityki rodzi się „trend”. Powstają – czasem dość kuriozalne, głównie ze względu na słabość scenariuszy – utwory propagandowe. To jeden z najbardziej drapieżnych artykułów w tym ciekawym zbiorze.
Auschwitz w komiksie, filipiński gender, piosenka a komiks. Tematy można mnożyć, a książkę trzeba przeczytać.

Paweł Chmielewski

(recenzja - magazyn "Projektor" 4/2015)

„Komiks i jego konteksty”, red. Izolda Kiec i Michał Traczyk, s. 300, Instytut Kultury Popularnej, Poznań 2014.

Skurczony obszar wolności [Sławomir Zajączkowski (scenariusz), Krzysztof Wyrzykowski (rysunki), „W imieniu Polski Walczącej”, zeszyt 2, „Kampinos‘44”]


Zaczynamy od dużego, panoramicznego kadru. To mogłaby być ekranizacja „Cichego Donu”, widok jak z Dzikich Pól lub pochód samurajów z filmu Kurosawy. Czujemy przestrzeń, kresowy oddech czasu i przestrzeni. Tak zaczyna się komiks „Kampinos’44” (z cyklu „W imieniu Polski Walczącej”).

Potem przestrzeń już tylko ulega ściągnięciu – ciasne ulice powstańczej Warszawy, kanały w stolicy, jeśli Puszcza Kampinoska, to w naturalny sposób ograniczona przestrzenią drzew. Przestrzeń w komiksie kurczy się – identycznie jak w rzeczywistości – malała odległość oddziału porucznika Adolfa Pilcha („Góry”, „Doliny”) od cofających się wojsk niemieckich i atakującej Armii Czerwonej. Rysunki Krzysztofa Wyrzykowskiego – przypominają mi trochę starą, dobrą szkołę, chociażby Bogusława Polcha czy Grzegorza Rosińskiego, z dodatkiem nowoczesności – charakteryzują się przede wszystkim dobrym wyczuciem koloru, doskonale rozpoznajemy, jaką porę dnia i roku ukazuje konkretny kadr. Kolorem, ale i dynamiką – nie trzeba dodawać, że najbardziej efektowne są fragmenty ukazujące walki w powstańczej Warszawie – lecz najlepszy (i szkoda, że nie całostronicowy) jest obraz niemieckiego bombardowania.

Wyrzykowski od kilku lat ilustruje serię komiksów wydawanych przez Instytut Pamięci Narodowej, do scenariuszy Sławomira Zajączkowskiego (m.in. „Zamach na Kutscherę”, „Akcja pod Arsenałem”, cykl „Wilcze echa”). Narracja komiksu podporządkowana została wspomnieniom Adolfa Pilcha – stąd zarówno pierwszoosobowa forma kilkunastu dymków, retrospekcje i dialogi z charakterystycznym dla połowy ubiegłego wieku słownictwem.

W tym miejscu ledwie skrót historyczny – obszerne, naukowe omówienie znajdą czytelnicy w komentarzu dołączonym do komiksu. To opowieść o potężnym zgrupowania AK „Doliniacy”, walce z „czerwoną” partyzantką, marszu z Puszczy Nalibockiej na pomoc powstańczej Warszawie, stworzeniu w Puszczy Kampinoskiej, de facto niezależnej republiki, bohaterstwie i niezawinionej klęsce. Scenarzysta nie pominął tu ani chwilowego, taktycznego rozejmu z Wehrmachtem, ani dość instrumentalnego traktowania przez dowództwo AK żołnierzy z Kresów, ani wątpliwej roli majora „Okonia” w klęsce ugrupowania „Doliny”.

Komiksy Zajączkowskiego i Wyrzykowskiego pełnią formę podwójną. Edukacyjną – to rodzaj aksjomatu, iż obrazowa historia będzie przystępniejsza niż podręcznikowy rozdział dla uczniów współczesnej, cyfrowej szkoły. Bez obrazowego ekwiwalentu zagrożoną zatopieniem w nudnej czytance. Drugi element – istotniejszy dla starszych czytelników – to, nie nazwałbym tego nawet odkłamywaniem historii, ale wyrównywaniem szans, które już w 1945 r. równe nie były. Pokazaniem całego pokolenia – nie tylko żołnierzy AK, ale i NSZ, które w historiografii istniało szczątkowo, pół/ ćwierć prawdziwie, bez oddania należnych honorów.

Paweł Chmielewski

(recenzja - magazyn "Projektor" 4/2015)


Sławomir Zajączkowski (scenariusz), Krzysztof Wyrzykowski (rysunki), „W imieniu Polski Walczącej”, zeszyt 2, „Kampinos‘44”, s. 60, Wyd. Instytut Pamięci Narodowej, Warszawa 2014.

niedziela, 24 stycznia 2016

Kilka powodów by zostać fizykiem (Kip Thorne, „Interstellar i nauka”)


Podobno żyjemy w czasach efektu cieplarnianego. Jest 22 czerwca, parę stopni powyżej zera, deszcz, przeraźliwy ziąb, świńska grypa w Malezji, ebola w Ghanie, zakaz sprzedaży margaryny w USA, wymieranie pszczół i epidemia alzheimera wśród czterdziestolatków. Gdyby jednak prawdziwy, światowy kataklizm?
Katastrofa przebiegać może wedle dwojakiego scenariusza. Postapokaliptycznego, z absolutnym rozpadem struktur społecznych, kręconego w malowniczych krajobrazach zrujnowanej cywilizacji. Podwarianty: maszyny przeciw ludziom (seria „Terminator”, „Matrix”), ludzie przeciw ludziom (cykl „Mad Max” lub brawurowa „Droga”). Scenariusz drugi to apokalipsa niespełniona. Planeta ocalała dzięki grupie śmiałków. Wariant (często) niezamierzenie humorystyczny, vide ratowanie Ziemi przed ogromną asteroidą w „Armageddonie” Michaela Baya. Jest również scenariusz trzeci, niekonsekwentnie trzymający się schematów – „Interstellar” Christophera Nolana. Film tak przesiąknięty teoriami fizyki teoretycznej, że rodzący pytania o naukową prawdę.
Kip Thorne, profesor z Politechniki Kalifornijskiej, przyznaje, że na kinie znał się słabo. W 2006 r. – poproszony o konsultację – szedł na spotkanie ze Stevenem Spielbergiem, znając tylko „E.T.”. Dopiero po dziewięciu latach (tyle trwały przygotowania i realizacja) mógł ocenić efekt. Nawet najbardziej zafiksowanym naukowcom polecam przeczytanie rozdziału wstępnego, historii powstania filmu, zmian scenarzystów, fanaberii prezesów wytwórni, uporu Nolana.
„Interstellar” zrzucił klątwę wielkich, nieudanych superprodukcji SF ostatnich lat. „Prometeusz” raził naiwnością i nachalną metafizyką, przede wszystkim w relacji do wcześniejszych filmów Ridleya Scotta („Łowca androidów”, „Obcy, ósmy pasażer Nostromo”), na „Avatarze” można było usnąć z nudów. Obraz Nolana łączy apokaliptyczną wizję umierającej Ziemi (epidemia zarazy niszcząca rośliny jadalne) z podróżami kosmicznymi w poszukiwaniu nowego domu. Stawia też pytanie o sens tych podróży – przede wszystkim dla samych wędrowców.
Wyprawa tunelem czasoprzestrzennym na planety Miller, Manna i Endurance, w pobliżu czarnej dziury Gargantui zostaje bardzo precyzyjnie i – jak na fizyka teoretycznego – przystępnie wyjaśniona przez Thorne’a. Od tego, co możliwe i w filmie prawdziwe do ujawnienia hipotez i idei nieprawdopodobnych dla współczesnego człowieka. Łącznie z rozważaniem na temat wyglądu i sposobów komunikacji zaawansowanej cywilizacji pozaziemskiej.
Podróż Coopera (dla niego chwila, dla bliskich prawie wieczność) nie ma tak skrajnie pesymistycznego wydźwięku jak „Powrót z gwiazd” Lema. Hollywood nawet w apokalipsie odnajduje nadzieję. Metafizyka – chociażby kadry nawiązujące do renesansowego malarstwa – w przypadku Nolana nie razi. Fascynujące są rozmowy – zapisane w książce – grupy naukowców ustalających powód zagłady naszej planety, od patogenu do idealistycznych prób cofnięcia globalnego ocieplenia.
Kip Thorne kroczek po kroczku pokazał symbiozę nauki i sztuki w kinie SF. To jeden z powodów (reszta w druku) dlaczego czasem warto być fizykiem.

Paweł Chmielewski

(recenzja - magazyn "Projektor" 4/2015)

Kip Thorne, „Interstellar i nauka”, s. 366, Prószyński i S-ka, Warszawa 2015.

Jósz umię czytadź (Papcio Chmiel (Henryk Jerzy Chmielewski), „Elemelementarz”)


W Scebzesynie hzonsc bzmi w tcinie – Papcio Chmiel poci się, męczy go mara senna, a to dopiero pierwsze z zarządzeń minister wszechnauk i bezeceństw Pani Hopsasa z Republiki Trapezfiku (oczywiście Afryka Środkowa), w sprawie uproszczenia pisowni polskiej. Po jednym z następnych dekretów, bezradny Tytus de Zoo staje przed drogowskazem i czyta: Varsava, vte i ve vte 100 km.
58-letni (pierwsze odcinki „Tytusa, Romka i A’Tomka” ukazały się w 1957 r. w „Świecie Młodych”), prawie uczłowieczony szympans – bohater chyba najdłużej na świecie rysowanego przez jednego autora komiksu – powinien wreszcie nauczyć się czytać i pisać. Chwila jest idealna, bo w Trapezfiku nie tylko głowa państwa ma kłopoty z ortografią, ale w ramach uszczęśliwiania, każdy (-a) z małych obywateli otrzymał darmowy elementarz. Ala już nie ma w nim kota, bo kot nie tyle jest passe, co kot nie jest „frutti” (albo „dżusi”) – przepraszam trochę jestem nie na czasie. Zresztą – w absurdalnym świecie elementarza papciowego, kot pozostał, ale kot nowoczesny już nie miauczy, on „meowczy”.
Płynna, swobodna narracja i nie tylko język ezopowy, ale ezopowy rysunek – taki jest Tytus coraz bliższy wieku emerytalnego (chciałbym o tym poczytać!). Komiksy Chmielewskiego (Papcia Chmiela) to zawsze był wariacki surrealizm. Pojazdy wielbiciela białych myszek – profesora T’Alenta, szaleńcze podróże – to był surrealizm wykoncypowany. „Elemelementarz” też jest szalony, lecz w tym szaleństwie jest metoda, inteligencja i humor, których oficjalnemu podręcznikowi zabrakło.
Każdy z komiksów o Tytusie i uczłowieczających go harcerzach (nie ma co daleko szukać konotacji to Pat i Patachon) bywał autoironiczny i edukował. „Elemelementarz” uczy przede wszystkim – nie tylko ortografii (wykorzystując podstawową wiedzę o rysunku i barwie), ale odbywamy również krótką podróż do Starożytnego Rzymu, żeby odkryć historię alfabetu, by na koniec, przez kilkanaście stron, poznawać podstawy kaligrafii. Charakterystyczne dla autora przenikanie płaszczyzn historycznych – prawie jak równoległych światów w najlepszej SF – pozwala wystąpić w komiksie Batoremu, Kochanowskiemu, średniowiecznym bakałarzom, przedwojennym uczniom z II b.
Od strony plastycznej nowy album Papcia Chmiela to po prostu malarstwo, czyste, barwne plamy, niezmienne od lat. Elementarz nie jest oczywiście dla szkół. Tytusa nie da się w nich czytać, bo ten rodzaj radosnej wolności, nie wygląda, żeby był zbyt potrzebny. Na pewno nie w nadmiarze. Taki zdrowy anarchizm dla wąskiej grupy. W każdym Domu Wesołych Nieudaczników.

Paweł Chmielewski

(recenzja "Projektor" 4/2015)

Papcio Chmiel (Henryk Jerzy Chmielewski), „Elemelementarz”, s. 48, Prószyński i S-ka – Wydawnictwo Komiksowe, Warszawa 2015.

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Dom o bambusowych ścianach (Krzysztof Loska, „Mistrzowie kina japońskiego”)


Dawno, dawno temu – z mojej perspektywy – gdy telewizja publiczna była mniej cyniczna, zaproponowano widzom cykl „Sto filmów na stulecie kina”. Pamiętam dwie piękne, surowe w swej poezji zimowe sceny, kończące „Ukrzyżowanych kochanków” i „Piętno śmierci”. Obrazy Mizoguchiego i Kurosawy wraz z dziełami Ozu i Kobayashiego to było kilkanaście filmów z całej setki. Chyba tylko Chaplin przebijał (ilością) Japończyków.
„Mistrzowie kina japońskiego” Krzysztofa Loski to książka dla wielbicieli tamtego cyklu, dla zarażonych „japońszczyzną filmową”, którym proponuje się klasyki z Kraju Kwitnącej Wiśni w oficjalnym obiegu TV w dawce aptekarskiej. Autor omawia twórczość – poza dwoma wymienionymi na początku – reżyserów tej miary: Heinosuke Gosho, Yasujirō Ozu, Mikio Naruse, Keisuke Kinoshita, Masaki Kobayashi i Nagisa Ōshima. W kolejnym tomie zapowiada umieścić m.in. sylwetkę Kona Ichikawy („Harfa birmańska”).
Filmoznawca każdemu z mistrzów poświęca kilkadziesiąt stron i o ile w przypadku Kurosawy przytacza fakty i omówienia dzieł dość dobrze znanych – więc w przypadku reżysera „Tronu we krwi” – to jakby skrócone kompendium wiedzy, o tyle w rozdziałach o artystach trochę mniej znanych, jak chociażby Gosho czy Naruse znajdujemy informacje o charakterze niszowym. Sam Loska zaznacza, że dostęp do filmografii przedwojennej (zwłaszcza niemej) jest praktycznie niemożliwy z powodu zniszczenia wszystkich kopii. Stąd opis wczesnej twórczości Mizoguchiego czy Ozu wraz ze streszczeniem ich obrazów jest – chociażby dla studentów filmoznawstwa – niezwykle cenny. Kilka z tych dzieł zostało wprawdzie umieszczonych w pierwszym tomie „Kina wehikułu magicznego” Garbicza i Klinowskiego, lecz tu odnajdziemy o wiele obszerniejszą panoramę początków japońskiej kinematografii.
Publikacja Universitasu ukazuje rozwój filmu na tle historycznym – tu oczywiście lata międzywojenne, propaganda i nacjonalizm lat 40., amerykańska okupacja i „złoty wiek” lat 50. (powódź nagród na europejskich festiwalach) – oraz przemian społecznych, które na przestrzeni dwudziestu lat odmieniły Japonię (kryzys i pesymizm powojenny, rewolta młodzieżowa i lewicowa w szóstej dekadzie ubiegłego wieku).
Czytając streszczenia dostrzegamy, iż kino japońskie to mikrokosmos skrzywdzonych i poniżonych, z kinem polskim dzieli je poetyckość obrazu (poza nielicznymi wyjątkami) i niezrozumiały dla innych ethos straceńczego bohaterstwa. Wspólnym mianownikiem dla Japończyków jest temat samurajski, który pojawił się w dziełach każdego z twórców, najczęściej jako komentarz do współczesności. Loska pokazuje „wielką ósemkę”, punktując najważniejsze cechy indywidualne ich dzieła. U Kurosawy to kontekst literacki wielkiej klasyki, Ōshimy – obyczajowe tabu, Naruse – punkt widzenia i społeczna kondycja kobiety, Kobayashiego – opór wobec społecznych struktur. Zestaw artystów, którzy zbudowali wyjątkową konstelację na mapie kina.

Paweł Chmielewsk

(recenzja - magazyn "Projektor" 5/2015)

Krzysztof Loska, „Mistrzowie kina japońskiego”, s. 296, Wydawnictwo Universitas, Kraków 2015.

Klasyka i klasyka przyszłości („Funky Koval”, „Ekspedycja. Bogowie z kosmosu”, „Wyprawa Shackletona”)




Wybierając utwory do tego krótkiego artykułu, zastanawiałem się, które z nich są esencją kultury popularnej – łączą pierwiastek fantastyki, historii, filmu, sztuki masowej, mitologii. Mając zarazem status utworów klasycznych.
Wybrałem komiks i jako gatunek najbardziej migotliwy i postmodernistyczny. Tylko trzy dzieła – dwa o statusie nieomal kultowym i jedno, które takim niedługo się stanie.

Detektyw i kryształowa czaszka...
...czyli „Funky Koval” i „Ekspedycja” – dwa najsłynniejsze polskie komiksy SF, połączone postacią rysownika Bogusława Polcha. Pierwszy jest często uznawany za najlepszą polską realizację w ogóle, drugi był największym sukcesem eksportowym (tłumaczenie na 12 języków). Teraz Wydawnictwo Komiksowe publikuje edycje kolekcjonerskie wszystkich zeszytów, uzupełnione o przykładowe szkice plansz i wywiady z autorami.
Obydwa albumy są czymś w rodzaju wzorca z Sèvres, dla polskich scenarzystów i rysowników. Tworząc komiks fantastyczno-naukowy nie da się uciec przed porównaniami. Dotyczy to przede wszystkim grafików, bo przecież nikt już dziś tak nie rysuje jak Bogusław Polch, a dowcipna wypowiedź Janusza Christy na łamach „Aqq” o perfekcjonizmie Polcha – Kiedyś pokazywał mi stronę swojego „Funky Kovala”. Był na niej rysunek bohatera trzymającego w ręce monetę. Na tym dolarze były umieszczone wszystkie napisy, jak na prawdziwym. Musiał to chyba pod lupą robić – stała się legendą.
W „Funkym Kovalu” („Bez oddechu” – 1982/83, „Sam przeciw wszystkim” – 1985-86, „Wbrew sobie” – 1991-92, „Wrogie przejęcie” – 2010-11) obserwujemy ewolucję stylu Polcha, od rysunku w stylu pięknych, dawnych komiksów amerykańskich, po kadry z większym oddechem, zapełnione postaciami o twarzach nierzadko ocierających się o groteskę. Pierwsze zeszyty to również fantastyczna lekcja mody, stylu bycia, fryzur i designu lat 70. i 80. Aluzje polityczne do stanu wojennego, parafrazy autentycznych wypowiedzi polskich polityków z początku lat 90. są może nieczytelne dla wielu odbiorców, ale to co w tej pokręconej, mozaikowej opowieści o kosmicznym detektywie pozostaje uniwersalne, to kontekst kulturowy.
Parowski z Rodkiem (scenarzyści) w historię zatrudnionego przez agencję „Universs” Funky’ego Kovala, który wpada na trop spisku i inwigilacji Ziemi przez rasę drolli, wplatają filmowe, serialowe i książkowe tropy – „Gwiezdne wojny”, Dicka, „Metropolis”, „Doktora Who” itd. Tom ostatni, rozgrywający się przede wszystkim w przestrzeni wirtualnej i wyobrażeniach Kovala, jest doskonałym odwzorowaniem internetowego strumienia świadomości, w którym spotykać można (prawie równocześnie) Quasimodo, klony i złotego smoka z prozy Sapkowskiego.
„Ekspedycja” to cykl ośmiu tomów, pierwotnie wydawanych w Niemczech w latach 1978-82, mocno nawiązujących do hipotez Ericha von Dänikena o ingerencji istot pozaziemskich w początki i rozwój ludzkiej cywilizacji. Najsłynniejsze znaki ich bytności – kryształowa czaszka czy ryty na płaskowyżu Nazca stały się toposami popkultury. Komiks o kosmitach z planety Des, dzięki linearnej narracji i nowatorskim – jak na tamte czasy – połączeniom motywów starotestamentowych, z religiami Egiptu, Asyrii, apokryfem Henocha, mitem platońskim, okazała się bardziej uniwersalna i łatwiejsza w odbiorze dla zachodniego czytelnika. Tylko osiem zeszytów trochę dziwi (uzasadnienie znajdujemy w wywiadzie z rysownikiem). „Funky Koval” miał – literacko – lepszy scenariusz, ale jego enigmatyczność (fragmentami) i hermetyczność, decydują, że to „Ekspedycja” mogła stać się produktem międzynarodowym na miarę „Thorgala”. Dziś po sukcesie serialu „Zagubieni” wszystko mogłoby wyglądać inaczej.
Inspirowany Dänikenem cykl, to nie tylko kosmologiczna opowieść o narodzinach człowieka. Scenarzyści stworzyli rozbudowaną intrygę sensacyjną, z nieodłącznymi elementami walki o władzę, ambicji, politycznych rozgrywek. Początki gatunku homo sapiens są ważne, lecz konflikt dobra ze złem (Ais/ Aistar – dobra, przeciw Sathamowi – zły, szalony naukowiec), niejednoznaczność postawy Wielkiego Mózgu (przywódca Des), motyw kuszenia – budują uniwersum tej historii.
Nie czytaliście żadnej z tych klasycznych opowieści? To przeczytajcie. Czytaliście? Przeczytajcie jeszcze raz.

Endurance znaczy wytrwałość

Gdzież są niegdysiejsze marzenia?! – można wykrzyknąć. Gdzie te czasy, gdy jednym kliknięciem myszki jeszcze nie można było przenosić się w odległe krainy. Książka podróżnicza była wtedy artefaktem. W telewizyjnej wersji powieści Adama Bahdaja „Stawiam na Tolka Banana” takim artefaktem jest książka „Przez morza i oceany”, podarowana przez tytułowego bohatera Cyganowi (w pierwowzorze Cegiełce). „Wyprawa Shackletona” Williama Grilla należy właśnie do tego gatunku marzycielsko-romantycznej literatury.
Za kilkanaście lat o utworze Grilla nie będzie się mówiło inaczej niż klasyk. Tylko czy klasyk książki dla dzieci? Klasyk komiksu? Klasyk książki ilustrowanej? Autor przekroczył ramy gatunków.
Opowieść o ostatniej wielkiej wyprawie antarktycznej (1914-1916) Ernesta Shackletona na statku „Endurance” zostaje uznana za najlepszą książkę ilustrowaną roku przez „New York Timesa”, Grill otrzymuje Nagrodę AOI („Oscara ilustracji”) za debiut. Historia rozrysowana jest fantastycznie – artysta operuje kredką w sześciu, może siedmiu kolorach – to obraz tworzy opowieść. Tekst, omawiający dramatyczną podróż statkiem, uwięzienie w lodach Antarktydy, podróż pieszo i saniami, ekspedycję powrotną, wystylizowany zostaje (dzięki zabiegom językowym) na zapiski reporterskie z epoki wiktoriańskiej.
Lecz przede wszystkim rysunek – Williama Grilla charakteryzuje przede wszystkim nieskrępowana wyobraźnia i brak strachu. Jeśli rysunek ma być wielokroć powtórzonym ornamentem, jeśli arabeską, to nią jest. Gdy pragnie osiągnąć wrażenie morskiej podróży – kreśli ciąg okrągłych wizerunków „Endurance” jakby w okularze lunety. Nie boi się uciekać od sztywnego kadru – tworzy rozkładówki jak wielkie freski. Kilkukrotnie powtórzony efekt samotnej, małej łódeczki lub statku zagubionego na prawie białej planszy, pokazuje ogrom antarktycznych przestrzeni, znikomość statku Shackletona.
Obrazki nie przekraczają nigdy granicy dobrego smaku. Dramatyzm sytuacji nie wynika z drastyczności przedstawienia – lecz wyniknąć może z inteligencji i wyobraźni młodego czytelnika. „Wyprawa Shackletona” może stanąć na półce, obok takich arcydzieł polskiej, książkowej ilustracji jak rysunki Jana Marcina Szancera do baśni Brzechwy czy „Pinokia” lub Jerzego Skarżyńskiego do „Trzech muszkieterów”.

Paweł Chmielewski

(recenzja - magazyn "Projektor" 5/2015)

„Funky Koval”, scenariusz – Maciej Parowski i Jacek Rodek, rysunki – Bogusław Polch, s. 212, Prószyński i S-ka – Wydawnictwo Komiksowe, Warszawa 2014.
„Ekspedycja. Bogowie z kosmosu”, scenariusz – Arnold Mostowicz, Alfred Górny, rysunki – Bogusław Polch, s. 392, Prószyński i S-ka – Wydawnictwo Komiksowe, Warszawa 2015.
„Wyprawa Shackletona”, scenariusz i rysunki – William Grill, s. 71, Wydawnictwo Kultura Gniewu, Warszawa 2015.

Biznes zawsze znajdzie rozwiązanie (Marcin Kosman, „Nie tylko wiedźmin. Historia polskich gier komputerowych”)


Całkiem niedawno – w ramach bardzo sympatycznej, telewizyjnej propagandy sukcesu – obejrzałem reportaż o sukcesach młodych absolwentów polskich uczelni. Poza kilkoma migawkami o dziwacznych matematykach, pasjonatach drożdży i nanotechnologii, reżyser skupił się na jednym wydarzeniu – światowym, finansowym sukcesie polskich programistów i grafików, autorów gry komputerowej „Wiedźmin 3. Dziki gon”.
Jeśli budżet produkcji przerastał kilka razy film fabularny, poprzednią część podarowano prezydentowi USA jako dowód gospodarczego cudu nad Wisłą, to zaczyna się tu chyba coś w rodzaju celebrytyzmu. Wielkie pieniądze, wielki sukces, wielki biznes, wielka komercja. Sprawy interesujące, ale znacznie mniej, niż biedne, cokolwiek romantyczne początki polskiego „przemysłu” programistycznego. Mam takie wrażenie, po lekturze „Nie tylko wiedźmin. Historia polskich gier komputerowych” Marcina Kosmana. Autor bardzo szczegółowo relacjonuje powstanie kolejnych odsłon przygód Geralta z Rivii, ale rozdziały poświęcone CD Projectowi – w tej ciekawej publikacji – nie mają nerwu. Dzięki narracji przyczynowo-skutkowej pokazują natomiast skalę technologicznej rewolucji w Polsce.
Dlaczego czasy mamy kosmiczne, ale z punktu widzenia literackiego nudnawe? Zestawmy historię grafika, który pracując nad wielomilionowym projektem przez trzy dni śpi w tym samym ubraniu pod biurkiem, z historią o najsłynniejszym polskim szpiegu generale Zacharskim, który zostaje szefem Pewexu i 30 lat temu wprowadza masowo na nasz rynek komputery. Dlatego pierwsze części książki Kosmana skrzą się anegdotą – opisem dziejów Amigi i Atari w Polsce, giełdy przy Grzybowskiej, wypadających klawiszy, gier komputerowych, które w postaci pisków i trzasków w audycjach jednej z rozgłośni radiowych można było nagrywać na taśmie magnetofonowej.
Polski biznes gier komputerowych powstaje najczęściej jako wariacki projekt paru licealistów lub studentów – lustrzane odbicie początków Microsoftu czy Apple jest tu, aż nadto widoczne. Piractwo, problemy z tłoczeniem, zakupem magnetofonu, listowna sprzedaż wysyłkowa, to tworzy piękny retro klimat, opisywany sprawnie i bez wysiłku przez autora. Brakuje mi w tej – jakby nie było pionierskiej publikacji – indeksu twórców i gier oraz solidniejszej bibliografii. Zakładam bowiem, że książka Marcina Kosmana stanie się wyjściowym materiałem dla późniejszych opracowań, artykułów o charakterze popularyzatorskim i naukowym.
Poza nostalgicznymi obrazkami z dzieciństwa, najbardziej zainteresował mnie w „Historii...” proces przekraczania Rubikonu. Kiedy pasjonat staje się prezesem firmy. Nagle urocze, kolorowe, małe rybki są rekinami. Bankrutują, kłócą się, upadają i podnoszą. Ten mechanizm zostaje odmalowany przy okazji, bo głównymi (wirtualnymi) bohaterami książki są cały czas Franko, Sołtys, Skaut Kwatermistrz, Jack Orlando i wielu, wielu innych.

Paweł Chmielewski

(recenzja - magazyn "Projektor" 5/2015)

Marcin Kosman, „Nie tylko wiedźmin. Historia polskich gier komputerowych”, s. 401, Wydawnictwo Open Beta, Warszawa 2015.

Casus Spielberga (Noël Carroll, „Filozofia sztuki masowej”)


Nakręcił „Szczęki”, „Poszukiwaczy zaginionej arki”, „Bliskie spotkania trzeciego stopnia”, był najbardziej kasowym reżyserem w dziejach kina, ale wciąż marzył o filmach artystycznych, docenianych przez wyrafinowaną krytykę. Nie udało się z „Kolorem purpury” i „Imperium słońca”. Dopiero „Lista Schindlera” pozwoliła spać spokojnie Stevenowi Spielbergowi. Jego przypadek bardzo przypomina sytuację sztuki masowej w Polsce.
Od lat podejście do niej ma charakter cokolwiek manichejski. Rozpatrywana jest tylko w kategoriach dobra lub zła i najczęściej umieszczana po Ciemnej Stronie Mocy. Książka amerykańskiego estetyka i teoretyka filmu, profesora City University of New York – Noëla Carrolla „Filozofia sztuki masowej” (1998) pokazuje, że rozpatrywać ją można poza dobrem i złem. Nie pozwalając, aby nad oceną estetyczną przeważał tylko osąd moralny (choć jest on istotny w dyskursie). Polski przekład jest – nie tyle może – przewartościowaniem wszelkich wartości, ale demistyfikacją paru mitów.
Carroll udowadnia przede wszystkim, dość znany slogan, że cała filozofia jest tylko przypisem do Platona. Jeśli sztukę masową – tymczasowo nazwiemy Imperium Zła – to wszyscy jej przeciwnicy, posługują się argumentami platońskimi, iż sztuka jest szkodliwa o ile wzbudza m.in. niezdrowe emocje i psuje młodzież.
Autor pokazuje nam (tymczasowo tak przyjmijmy) najpierw galerię Rycerzy Dobra, argumentujących przeciw: sztuce konsumowanej przez masową publiczność (Dwight MacDonald), kultywującej bierność (Clement Greenberg) i rozrywkę (R.G. Collingwood), wreszcie manipulację (Theodoe Adorno).
Rycerze Ciemnej Strony Mocy – Walter Benjamin i Marshall McLuhan – sztukę masową traktują jako reprezentację zmian cywilizacyjnych i społecznych, uruchomienie nowych obszarów świadomości – przełamanie monopolu druku przez filmy, seriale, komiksy itd. przenoszące naszą percepcję w całkiem inne obszary. W toku rozważań Carroll pokazuje jak mocno wdrukowany jest w naszej kulturze hierarchiczny, wręcz klasowy, schemat odbioru sztuki – wysoka dla elit, masowa dla, że użyję tu orwellowskiego terminu, „proli”.
W obszarze etycznym, przeciwnicy sztuki masowej, wpadają w wir nieporozumień – używają argumentu (nadmiernej) identyfikacji (zwłaszcza młodego odbiorcy) z bohaterem. Komiksowy Dinozaur Barney jest przez nich lubiany, Wolverine – niekoniecznie.
Pisałem, że uciekamy od kwantyfikacji moralnych? Nic bardziej mylnego. Autor proponuje nam docenić sztukę masową jako tę, która pozwala zreorganizować nasze poglądy (chociażby serial „Korzenie”) czy zrozumieć i docenić system wartości („Na Zachodzie bez zmian”). Otwartość dyskursu Carrolla pozwala czytelnikowi wybrać, po której stanie stronie – Zakonu Jedi czy Zakonu Sithów.

Paweł Chmielewski

(recenzja - magazyn "Projektor" 5/2015)

Noël Carroll, „Filozofia sztuki masowej”, s. 410, słowo/ obraz/ terytoria, Gdańsk 2011.

niedziela, 20 grudnia 2015

Przełamana (Monika Talarczyk-Gubała, "Wanda Jakubowska od nowa")


Zapytana u kresu życia czy wierzy w Boga, odpowiedziała, że wierzy w Orsona Wellesa. W amerykańskim „Historical Dictionary of Holocaust Cinema” czytamy: Hollywood i Polska wyprodukowały pierwsze filmy, które pozwalały przyjrzeć się zbrodniom nazistów w obozach, były to „Intruz” Orsona Wellesa i „Ostatni etap” Wandy Jakubowskiej.
To jedno zdanie wystarczyłoby, ale musimy sobie uświadomić, że – pomimo dyskretnego milczenia wokół jej osoby w Polsce – nie ma ważniejszego opracowania światowego kina bez Wandy Jakubowskiej (1907-1998). Pierwsza polska reżyserka-kobieta, twórczyni przedwojennego START-u, pechowa (fabularne „Nad Niemnem” miało wejść na ekrany we wrześniu 1939 r.). Autorka socrealistycznych koszmarów i kinowego eposu o Ludwiku Waryńskim w latach 70., gdy nikt już nie chciał takich obrazów oglądać, ale twórczyni zespołów filmowych po październikowej odwilży, wypchnięta z łódzkiej uczelni na paroletniej fali antysemityzmu po marcu 68 r., zaś w najczarniejszych latach stalinizmu oglądająca ze studentami „Obywatela Kane” wyganiała z sali wezwanych ubeków. Wreszcie autorka dzieła, które w opinii krytyków zagranicznych jest „matką wszystkich filmów o Holocauście”. Postać niejednoznaczna, przełamana.
Plotka utrwaliła jej obraz jako kogoś – w typie Wandy Wasilewskiej w oficerkach i z nieodłącznym papierosem – kto był postrachem łódzkiej szkoły filmowej. Autorka książki w formie anegdotycznej przytacza wspomnienia uczniów Jakubowskiej. Jako o fantastycznym pedagogu i człowieku, mówią o reżyserce „Żołnierza wolności” (sic!) – Krzysztof Kieślowski, Piotr Szulkin, Kazimierz Kutz, tylko do rangi piramidalnej tragikomedii urasta opowieść Marka Koterskiego, który miał przez nią prawie oblać rok, a swoje traumatyczne przeżycia przekuł w wiele scen z „Nic śmiesznego”.
Talarczyk-Gubała rzetelnie odtwarza życiorys Jakubowskiej – pobyt w Rosji przedrewolucyjnej, przedwojenną działalność lewicową, pobyt w obozie koncentracyjnym, który przetrwała dzięki pracy w laboratorium fotograficznym, przytacza esej Hanno Loewy’ego o „trylogii oświęcimskiej” i ostatni wywiad z reżyserką przeprowadzony przez Barbarę Hollender. Najważniejszy jest jednak „Ostatni etap” – bez niego nie powstałaby ta biografia.
Co mnie zaskoczyło? Sprzeciw – w momencie kręcenia – wobec tematu i rzekomej drastyczności jego ujęcia. Autorka niestety nie tłumaczy, dlaczego – tak naprawdę – władze bały się filmu o nazistowskich obozach koncentracyjnych. Może skojarzenia z sowieckim gułagiem były zbyt świeże? Drobiazgowo przedstawione są problemy ze scenariuszem, o którym jeden z decydentów powiedział, że to temat dla Fritza Langa czy Johna Forda, a nie dla jakiejś Jakubowskiej. Tych wersji i zmian w scenopisie przytacza badaczka kilkanaście. Wiele nieznanych faktów. Kto miał zaśpiewać „Marsyliankę” w jednej ze scen? Sama Juliette Greco. Dużo miejsca zajmuje inspiracja obrazem o Joannie d’Arc Carla Dreyera i ikonologia chrześcijańska w „Ostatnim etapie”. Te opowieści, wspomnienia, fragmenty wywiadów, można mnożyć.
To historia jednej z najbardziej wyrazistych postaci powojennego polskiego kina, historia ważnego filmu w dziejach kinematografii światowej i historia tego, jaką – drogą przez mękę – bywa produkcja filmu w Polsce.

Paweł Chmielewski

(recenzja - magazyn "Projektor" 6/2015)

Monika Talarczyk-Gubała, Wanda Jakubowska od nowa, s. 360, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2015.