Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Literackie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Literackie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Terabitowa bomba liryczna (Ewa Lipska, „Czytnik linii papilarnych”)

...i przemijanie. Gdyby nie esej Stanisława Lema to byłby dobry, odkrywczy tytuł. Stoimy wobec poezji lapidarnej, niejednoznacznej, nie mówiącej wprost, pokazującej zjawiska, mechanizmy, naturę pojęć istotnych. Używającej nikłego śladu, metafory – widocznej, lecz niewidzialnej bez poetyckiego mikroskopu.
„Czytnik linii papilarnych”, najnowszy tom Ewy Lipskiej kreuje kosmos – między optyką Wielkiego Wybuchu, a punktem widzenia mrówki. To jeden, samotny człowiek i miliardowa osobowość komputerowej sieci. Kosmos, który z jednej strony jest malutki jak bit i rozległy jak jego tera-wielokrotność. Kosmos, w którym każdy z czytelników jest uprawniony do własnej interpretacji poetyckich obrazów. Inaczej młoda dziewczyna, przed którą bieży baranek i lata nad nią motylek, inaczej mężczyzna stojący u progu „smugi cienia”, wreszcie starzec spisujący w grubym zeszycie rachunek z życia dla przyszłych pokoleń.
To świat odwiecznych pojęć: miłości, strachu, samotności, zdrady, z powracającym motywem istnienia/nieistnienia między namiętnością a cierpieniem. To zestaw starych jak ludzkość filozoficznych pytań bez odpowiedzi: Zagadka/ nie kończyła się/ na pełni Księżyca./ (...) Świat/ na którym żyliśmy/ nazywał się Rebus/ i gwizdał na nasze pytania.// („Rebus”). O co pytamy wiersz? O co on nas pyta?
Kolejność utraconych uczuć, tęsknota, nostalgiczne przemijanie. Nie mamy kompetencji poznawczych, umiejętności, nie starcza nam czasu biologicznego. Nie tylko w „Czytniku...”, lecz w wielu wcześniejszych tomach Ewy Lipskiej, to czas upływający, podszyty świadomością śmierci. Świadomością wciąż okłamywaną: W klinice tłumu/ czujemy się bezpieczniej./ Niewinne błahostki wspomnień./ Ostrygi. Wino. Śmiech.// Na szczęście/ jest coraz głośniej. („Bankiet”).
To ledwie jedna z płaszczyzn rozmowy z wierszami autorki „Pogłosu”. „Czytnik linii papilarnych” to również atlas świata mediów społecznościowych, gdzie Lubi nas Coca-Cola/ Ronaldo i Papież. (tytułowy utwór). Mogliby to być oczywiście John Nash, Hilary Koprowski czy Francis Crick – cóż z tego, że twórca współczesnej ekonomii, wynalazca szczepionki na polio i odkrywca struktury DNA już nie żyją. To bez znaczenia. Ich „lajkowa” atrakcyjność, w dobie globalnej sieci, jest po prostu znacznie niższa.
Czy to wszechwładne oko, „boski Internet”, to pomysł naszych czasów? Maszyny wiedzą dziś o nas więcej niż my sami. Podczas, gdy ludzka pamięć jest ułomna, komputer nigdy nie zapomina. Najgłupsze zdjęcie, idiotyczny wpis pozostają na zawsze. Powróćmy jednak do pytania czy to pragnienie by wiedzieć o nas wszystko jest cechą współczesności? Gdy Wilhelm Zdobywca nakazał spisać „Domesday Book”, w której znalazła się nota o majątku każdego z angielskich obywateli, ilości drzew, krów i bagien na jego posiadłości, władca dysponował potężną wiedzą, na miarę średniowiecznego Gatesa lub Zuckerberga.
W dawniejszych czasach wymazywanie postaci z ludzkiej pamięci, wyrzucanie poza nawias czasu było stosunkowo proste. W starożytności nakazywano skuć imię „zapomnianego” z posągów i wyskrobać z papirusów. Dziś miliony kopii z kopii na serwerach, prywatnych dyskach, pamięci smartfonów, ominą nakaz nawet najokrutniejszego z dyktatorów.
Odczuwam, że mimo tego „Czytnik...” został przez Ewę Lipską pozbawiony tego bezpośredniego katastrofizmu, który charakteryzował chociażby utwór „Naciśnij Enter” z tomu „Sklepy zoologiczne”. Zautomatyzowany proces śmierci. Jak w eseju astrofizyka Stephena Hawkinga, który procesy życiowe przyrównał do pracy komputera, a ostateczny koniec do awarii procesora.
Sceptycyzm wobec możliwości poznawczych maszyny, abstrakcyjnego myślenia zwojów elektronicznych, budowania i rozumienia metafor przez komputery (unaoczniony np. w „Plamie” z „Pomarańczy Newtona”) przesuwa się w stronę internetowego Wielkiego Brata. Już mniejszą nieufność budzą maszyny, a przerażać zaczyna bezosobowa machina internetowej społeczności.
Bo kto nam zagwarantuje, że piękne wpisy na internetowych forach o miłości, żałosne o zdradach, samotności i chorobach, to nie produkt sprytnego komputerowego programu?
Ludzie maszynowieją, cyfrowieją nawet, zaś komputery, a przede wszystkim programy przechodzą proces uczłowieczania. Pewnie James Cameron stwierdziłby, że Dzień Sądu nadejdzie. To nieuniknione. I tylko kwestia czasu. Tak jak „bunt młodych”. Również obecny w „Czytniku...”. Lecz to już zupełnie inna historia...

Paweł Chmielewski

Ewa Lipska, „Czytnik linii papilarnych”, s. 52, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015.

czwartek, 8 października 2015

Apoteoza Marka Torma (Janusz Anderman "To wszystko")

Co zrobić ma pisarz, niegdyś uwielbiany przez tysiące czytelników, a dziś zapomniany? Jego dzieła leżą tylko na straganach z „tanią książką”. Krótki życiorys usunięto z nowego wydania encyklopedii. Bohater najnowszej powieści Janusza Andermana „To wszystko” – Marek Torm – niegdyś błyskotliwy debiutant, autor jedenastu powieści przestał istnieć.
Co może zrobić pisarz? Siedzi samotnie w ratuszowej wieży, pije od czterech dni wódkę, przyciska włącznik kamery video i rozpoczyna spowiedź – Przyjechałem do tego miasta (...) by się tu zastrzelić. Chcecie wiedzieć, dlaczego postanowiłem to zrobić? Zaraz wam to wyjaśnię... To zdanie kończy powieść i prawie ta sama fraza ją zaczyna. Poprzez ciąg retrospekcji, rozważań, niekończących się monologów poznajemy historię nie tylko narratora, ale coś co nazwać można zbiorowym „modus operandi” większości polskich literatów od początku lat 70. do chwili obecnej.
Torm jest pisarzem zdolnym, już na studiach wydał dwie książki, potem co kilkanaście miesięcy publikował nową powieść. Był autorem dość trudnym w odbiorze, nie angażującym się w tematy polityczne, w stanie wojennym wstawił parę zdań o czołgach i puścił historię w drugim obiegu. Potem wyciął te sceny i został wydany oficjalnie. Krytyka go omawiała, opozycja szanowała za niezależność, studentki pisały listy. Torm popełnił statystyczną liczbę świństw. Ani mniej, ani więcej w stosunku do kolegów po piórze. W każdym razie jest figurą sympatyczniejszą, choć znacznie bardziej ciapowatą, niż literacki hochsztapler z poprzedniej powieści Andermana „Cały czas”.
Aż przyszedł rok 1989 i nie byłem w stanie pisać współczesnej prozy. Migotliwa teraźniejszość wymyka mi się spod pióra. (...) Życie utraciło stałą wartość i było teraz płynne jak język młodzieżowy; modne słowa i zwroty szybko wypadają z obiegu, a nienadążanie za zmianami sprawia, że przestajemy być rozumiani lub stajemy się śmieszni. Torm postanawia się zabić, w nadziei, że nagranie samobójstwa stanie się przebojem internetu, następnie telewizji, jego fotografie i drobne zapiski będą rozchwytywane, książki zostaną wznowione, trafi do szkolnych lektur. Po prostu stanie się bogiem i klasykiem współczesnej literatury.
W swojej spowiedzi, snach o przyszłej chwale zaczyna przypominać pisarza z „Małej apokalipsy” Konwickiego idącego spalić się na stopniach Pałacu Kultury. Tam wszystko też było groteskowe, lecz gest humanistyczny. Czasy się zmieniły. Bohater „To wszystko” jest uosobieniem kompleksów, rozczarowań dużej grupy polskich inteligentów XXI w. Narzekania na telewizję, polityków, młodą prozę, dziennikarzy, kapitalizm, klerykalizm, narodowców i do tego ta tęsknota za PRL-em, gdzie wprawdzie nie było najlepiej, ale na pewno etyczniej. Ten właśnie żałosno-nostalgiczny ton jest największym walorem powieści. Z drobniutkich wspomnień, odprysków dawnej sławy, minionych romansów i marzeń o nadchodzącej boskości buduje narrator, jak napisałaby Susan Sontag swój własny „zestaw do śmierci”.

Paweł Chmielewski

(recenzja - miesięcznik "Teraz" nr 62)

Janusz Anderman, "To wszystko", s. 313, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2008.

niedziela, 4 października 2015

Kosmosu niecałkowite opisanie przez Jakuba i Benedykta uczynione (Olga Tokarczuk "Księgi Jakubowe")

Wszystkie cytaty w tekście pochodzą z „Nowych Aten” Benedykta Chmielowskiego 

Przełamuje paradygmat sienkiewiczowski? Tworzy odmienny obraz historii? Zamiast Kmicica i Zagłoby proponuje epicką opowieść o wykluczonych? W takim kontekście komentowane są „Księgi Jakubowe”. Najnowsza powieść Olgi Tokarczuk. Kontekście, który zakłada, że sienkiewiczowskie stereotypy nadal rządzą literaturą i są najważniejsze dla zbiorowej świadomości. 

Mity Pana Henryka już dość dawno zdekonstruował Gombrowicz, bawi się nimi od ponad dwudziestu lat nurt fantasy (Sapkowski, Komuda), mentalność i język sarmacki sparodiowano (chociażby w „Wariacjach pocztowych” Kazimierza Brandysa). W przyszytym – na wyrost – do „Ksiąg Jakubowych” sienkiewiczowskim anty-paradygmacie, dostrzegłbym coś, jakby zdziwienie popularnością seriali z życia wyższych sfer. Czy przypadek Francisa Underwooda lub nawet przeciętnego nauczyciela, który stał się capo narkobiznesu, nie może być cokolwiek bardziej pociągający niż wyrafinowane perypetie bohaterów polskich seriali?

Bez względu na literacką rangę nowej książki Olgi Tokarczuk, nie wyrzuci ona Sienkiewicza ze świadomości Polaków. To nie jest wybór zerojedynkowy. Jakub Frank nie zastąpi Bohuna. Nie o to w fenomenie „Ksiąg Jakubowych” chodzi.
Chameleon kolor na sobie odmienia często, taki na siebie biorąc, do jakiego się zbliża
Można zaproponować lekturę tej potężnej powieści jako powrót do zapomnianych czasów wielkich narracji. Narracji, które próbuje w kosmicznych światach podtrzymywać Jacek Dukaj, a parabolicznych traktatach Wiesław Myśliwski. Popatrzeć jak na utwór ciekawy formalnie, bo ukazujący głównego bohatera z perspektywy wielkich realistów XIX w. – poprzez plotki, zapiski, relacje, pamiętniki, epistolografię – kreujący postać, która nie jest jednoznaczna, pozostawia w finale ciekawego i trochę bezradnego czytelnika. Jako powieść zachowując przy tym polifonię narracyjną, gdyż słuchamy tej historii za pośrednictwem uczonego rabina, polskiego szlachcica, zbiegłego chłopa, biskupa, nawiedzonej i duchy czującej zmarłej-niezmarłej starej Żydówki i wielu, wielu innych.
Można czytać to jak teologiczny traktat, relację z narodzin, rozkwitu i powolnego upadku nowej religii – frankizmu, który narodził się wśród polskich Żydów w połowie XVIII w. i spowodował konwersję wielu tysięcy wyznawców judaizmu na katolicyzm.
Zaproponowałbym jednak lekturę „Ksiąg Jakubowych” jako powieści pokazującej rewolucję społeczną i narodziny „polskiej nowoczesności”.
Gdyby ziemia się obracała, tedyby rzuciwszy kto kamień do góry, albo strzałę prościusieńko puściwszy, niżeliby ten, albo ta na dół padły, powinienby Człek z Ziemią odlecić od nich na kilka tysięcy mil
Stwierdzenie o narodzinach nowoczesności – w perspektywie Rohatyna, Buska, Podola, poddaństwa chłopów, epoki saskiej – wydaje się konceptem dziwacznym. Ekscentrycznym – jak być może określiłaby go – autorka. To przecież czas wydania „Nowych Aten” księdza Benedykta Chmielowskiego (drugiego, równoważnego bohatera księgi), która w historiografii pozostaje – na podobieństwo sarmackich „kalendarzy” – dowodem na umysłową ciasnotę. Czasy schyłkowego, rozpasanego baroku, lecz przecież zarazem czasy koloru, orientu, przesady. Bombastycznego ekstremum – działającej jeszcze inkwizycji, która „bada” sprawę wyznawców Jakuba Franka, procesów o rytualne mordy i zarazem obraz schyłku tego świata, gdzie poddany Rzeczypospolitej mógł jechać do Smyrny.
Koniec epoki. Nadchodzi oświecony wiek rozumu. Wiek nauki i paszportów.
Popatrzmy z innej perspektywy. Zza kadrów zapomnianego i przemilczanego filmu Adriana Panka „Daas”. Tam opowiedziany zostaje epizod schyłkowy, gdy w Wiedniu toczy się śledztwo przeciw frankistom, a do Austrii przybywa pokrzywdzony wyznawca Jakuba, niejaki Goliński. Fantasta, ale i entuzjasta nowych czasów, marzący o produkcji gumy z tajemniczego drzewa (kauczuku), o którym ledwie słyszał.
To nie tylko nowoczesny świat religijnych konwersji (Jakub trzy razy zmienia wyznanie, próbując zbudować wiedzę na filarach chrześcijaństwa, judaizmu i islamu), to czas upadku wielowiekowych fortun – Lubomirski w niemieckim zamku jest stangretem Jakuba Franka – i początków intelektualnej emancypacji kobiet – ważny, rozbudowany wątek epistolarnej sympatii księdza Chmielowskiego do poetki Elżbiety Drużbackiej.
Ptak Rayski [jest] bardzo szczupłego ciałka, wielu pierzem przybrany, z długim Ogonem, małym pyseczkiem
Są oczywiście „Księgi Jakubowe” bardzo czytelną rekonstrukcją powstawania religijnej sekty. Jakub Frank z nawiedzonego i pragnącego wiedzy idealisty, dość szybko przeistacza się w seksualnego maniaka, autokratę, manipulatora. Interpretacje znaków, powołanie apostołów (zmiana imion i nazwisk wyznawców), ewangelista Nechman spisujący cuda. To ujawnienie mechanizmu, lecz zarazem świadectwo narodzin nowoczesności. Frankizm przepadł w pomroce dziejów, ale rodzący się równolegle chasydyzm pozostaje stałym elementem nowoczesnego świata. Mesjanizmu i kosmosu, który Jakub Frank może, aż za bardzo starał się zbudować.
Wielka narracja Olgi Tokarczuk ma za bohaterów ludzi księgi i ludzi języka. Stojąca na środku rohatyńskiego rynku kasztelanowa Kossakowska – domaga się, aby ktoś przemówił wreszcie po polsku – to metafora tygla narodów. Nowego Jorku połowy XVIII stulecia. Gdyby koło Rohatyna startowały rakiety kosmiczne, ksiądz Chmielowski chciałby poznać życie Marsjan. Głód słowa, pragnienie opisania całej dostępnej ludziom wiedzy, legły u podstaw powstania „Nowych Aten”. Nie ma ksiądz Benedykt wykształcenia francuskich encyklopedystów, jest przerażony, gdy pada oskarżenie, że w księgozbiorze magnata Łabędzkiego coś przeczytał i wstawił do swego dzieła. Nie pojmuje jak Arystoteles może być ludziom niedostępny, jak zakazana może im być wiedza. Dziś byłby pasjonatem Internetu i wikipedii.
Pisze dziekan firlejowski po łacinie, bo nauka wymaga wywyższenia. Jest też staroświecki, gdy z przerażeniem dowiaduje się, że u braci Załuskich można księgi wypożyczyć, a niektórzy biorą je nawet bez rewersu. Jest pęknięty, pełen sprzeczności. Jak świat pogranicza kultur i wieków. Jak Jakub Frank, który polskiego uczył się z „Nowych Aten”.

Paweł Chmielewski

(recenzja - magazyn "Projektor" 2/2015)

Olga Tokarczuk, „Księgi Jakubowe”, s. 906, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014.


poniedziałek, 28 września 2015

Przypadki hochsztaplera (Janusz Anderman, "Cały czas")


Na szosie z Gdańska do Warszawy za moment dojdzie do czołowego zderzenia ogromnego tira i samochodu osobowego. Znana stołeczna aktorka i pisarz A.Z. za chwilę zginą. Jaki będzie mój nekrolog? – zastanawia się literat. W ciągu tych kilku sekund wspomina całe życie, „cały czas miniony”.
Autorem groteskowej opowieści o losach A.Z. – jednej z najlepszych książek prozatorskich minionego roku jest Janusz Anderman, laureat m.in. Nagrody Fundacji Kościelskich (1981), stały współpracownik „Gazety Wyborczej”, na której łamach publikuje mikroopowiadania z cyklu „Fotografie”.
Świat przedstawiony w „Całym czasie” najlepiej ilustruje anegdota (często przywoływana przez autora) o diable, który zamknął w celi Francuza, Rosjanina i Polaka dając im po dwie kulki, i polecenie, aby zadziwili go swoją pomysłowością. Polak jedną kulkę zepsuł, drugą zgubił. Absurdalne, prawda? Świat andermanowski unosi się w obszarach absurdu.
A.Z. wspomina najpierw pogrzeb ojca – AK-owca, który za zasługi „w utrwalaniu władzy ludowej” zostaje dyrektorem stoczni, zakłada w niej „Solidarność”, namawia wszystkich do wstąpienia do związku, który ma zresztą inwigilować. A.Z. debiutuje w końcu lat 70. cyklem „poezji konkretnej” (zestawieniem „robaczków” i znaków przestankowych), które zyskują mu miano twórcy awangardowego.
I pojawia się problem – pisarz powinien pisać, ale naszemu bohaterowi brakuje twórczych pomysłów. Od czego jednak spryt? W szpitalu psychiatrycznym przywłaszcza sobie rękopis jednego z pacjentów i wydaje w drugim obiegu jako swoją powieść „Co z tego”, kradnie jednej z kochanek tekst słuchowiska i sprzedaje do szwedzkiej rozgłośni. Nie może tylko dostać się do obozu dla internowanych, ale rozpuszcza plotki o prześladowaniu przez system. W III RP nimb gwiazdy literatury podziemnej już nie działa. A.Z. pisze przemówienia dla posłanki partii narodowo-chłopskiej, felietony do kolorowych czasopism i scenariusz widowiska plenerowego z okazji 5-lecia wielkiej powodzi.
Bohater „Całego czasu” przypomina malarza-cwaniaka z „Imitatora” rosyjskiego prozaika Siergieja Jesina, który przy miernym talencie zdobył nawet godność ministerialną. Poszczególne epizody w powieści Andermana śmieszą. Całość przytłacza – ukazaniem cynizmu i miałkości życia kulturalnego, politycznego i towarzyskiego.
I jeszcze paradoks – A.Z., (anty)bohater, jest niesympatyczny i odrażający. A jednak w miarę lektury czytelnik kibicuje jego poczynaniom. Może dlatego, że w każdym momencie czuje się od niego moralnie lepszy?
Paweł Chmielewski
(recenzja - miesięcznik "Teraz" nr 40)
Janusz Anderman, "Cały czas", s. 309, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2006.

środa, 16 września 2015

Mityczny świat prowincji (Sławomir Rogowski "Zima stulecia")



 Literatura karmi się mitem, nie jest nigdy wiernym odwzorowaniem rzeczywistości, to już zadanie historii. Pisarz filtrować musi świat otaczający poprzez sito własnej wyobraźni i wciąż stwarzać nową realność, niby podobną do prawdziwej, a jednak inną; nawet pełni wiary w siłę mimesis starożytni Grecy uwielbiali mieszaninę fantazji z półprawdą, której nigdy nie śmieli  nazwać kłamstwem.    
„Zimy stulecia” Sławomira Rogowskiego nie można czytać jako apoteozy, czy kroniki lat minionych, to tyleż wspomnienie, co autofikcja, kreacja świata, który odchodzi w otchłań zapomnienia i śladów jego poszukiwać będziemy niedługo tylko i właśnie z książką autora. To pisarstwo świadomie prowincjonalne, lecz próby najwyższej, prowincjonalne jak Bohumil Hrabal z „Takiej pięknej żałoby”, którego stylistyczne tropy odnajdujemy w wielu opowiadaniach cyklu.  Urodziłem się w moim mieście jako dziecko odwilży. Na południe od Warszawy, na północ od Krakowa, gdzieś między Jasną Górą, a Bieszczadami, w zakątku zapomnianym przez szczęście, dobrobyt i ostatnio literaturę, skąd wszyscy uciekają, z tej przeklętej i nudnej prowincji, która stać się może zarówno  przekleństwem jak i  natchnieniem. Najlepsze dzieła o naszym regionie wychodziły spod pióra „emigrantów”, ten swoisty klimat warszawskich opowiadań Żeromskiego i neapolitańskich Herlinga wyśledzić można na kartach debiutanckiego tomu gdańszczanina z wyboru Sławomira Rogowskiego. Z zazdrością i żalem odczytywaliśmy cudowną i tajemniczą przestrzeń Warszawy, Krakowa, Łodzi, o Gdańsku i Wrocławiu nie wspominając, i oto z nostalgicznej, sennej, zabawnej prozy „Zimy stulecia” wyłania się kolejna przestrzeń mityczna – Kielce. Ten rodzimy, hrabalowski opis przywołał skojarzenia z „Portugalią” Zoltana Egressy, podobne twarze, miejsca i przedmioty, gdzieś zawieszone poza czasem.
Świat bohaterów „Armstronga”, czy „Sióstr Sztolf” jest świadomie apolityczny, jeśli „duch historii” wkracza w życie postaci, to nie udrapowany w konradowski płaszcz kombatanctwa, lecz groteskowe przygody pewnego wytwórcy gazowanej oranżady („Etykieta zastępcza” – prywatnie uznaję za najlepszy utwór zbioru) lub humorystyczne uwagi wymieniane przez sędziego Holę z restauratorem Łapką. 
Tom uzupełniają, pisane w stylu wczesnych opowiadań Głowackiego „Gołoborze” szkic do zbiorowego portretu rówieśników autora i symboliczny obrazek „Ostatnie golenie” w nastroju bliskim magicznemu realizmowi prozy polskiej przełomu lat 60 – tych i 70 - tych. Czy wraz z tomem ośmiu opowiadań przeżyjemy renesans regionalnej literatury. Nie wyrokuję, lecz czytałem, bez zniecierpliwienia i niesmaku, który często towarzyszy lekturze współczesnej prozy.
Paweł Chmielewski
(recenzja - miesięcznik "Teraz" nr 5)
Sławomir Rogowski, "Zima stulecia", s. 100Wydawnictwo Literackie, Kraków, 2004.