Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Komiksowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Komiksowe. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 września 2018

Rysunkowe mitologie (Jan Mazur „Tam, gdzie rosły mirabelki”, Brian Wood, "Miejsca", Artur Nowakowski „Fanzin SF. Artyści – wydawcy – fandom”)

Paweł Chmielewski
("Projektor" 2/2018)
Prawdziwy, pełnokrwisty, znany każdemu komiks to Batman, Spiderman, Blade. Interior wielkiego miasta i heros walczący z potworami. Bohater ratuje dziewczynę, relacje są cokolwiek skomplikowane, za chwilę znów musi ocalić ludzkość. W tej asfaltowej dżungli, mrocznych zaułków i zimnych, szklanych drapaczy chmur stłamszonych strachem obywateli chroni tylko detektyw-outsider – jeśli jesteśmy w kinie noir lub superbohater-hybryda – gdy jesteśmy w filmie Marvela.

Dziś zajmiemy się drugą częścią amerykańskiej mitologii, która jak hamburger, Disney, zamach na Kennedy’ego, masło orzechowe, gitara elektryczna, coca cola, Kaczor Donald, Oscary, jak prawie wszystko, co amerykańskie, stała się mitologią naszego świata.

Komiksy wpisane w przestrzeń miejską nie są – rzecz jasna – domeną tylko rynku wydawniczego za oceanem. W Polsce, gdzie ukazuje się – tylko w największych oficynach – pięćset, sześćset tytułów rocznie, wiele z nich rozgrywa się i jest bezpośrednio związanych z tkanką miejską. Nieistotne czy myślimy o przekładach czy krajowym produkcie. Na potrzeby tego artykułu podzieliłem je na trzy kategorie: metropolii – z centrami wieżowców lub osiedlami przedmieść (charakterystyczne dla Stanów Zjednoczonych), blokowisk (europejska i polska specyfika), SF (miast przyszłości).

Tylko drzewa szkoda
Zacznijmy od polskiego komiksu – „Tam, gdzie rosły mirabelki” Jana Mazura (autora m.in. „Przypadku pana Marka” i laureata MFKiG w Łodzi). Tytuł zbudowany na dwojakich skojarzeniach – z egzystencjalnym obrazem przemijania Ingmara Bergmana („Tam, gdzie rosną poziomki”) lub słynnym bon motem jednego z polityków, który narzekającym na biedę, radził zastosować receptę z własnego dzieciństwa czyli dietę opartą na szczawiu i mirabelkach, zbieranych w rowach obok trakcji kolejowych. Ten – w rozumieniu wybrańca narodu – wyrafinowany żart, wrósł już tak głęboko w istotę kultury popularnej, że stał się frazeologizmem, na równi ze stwierdzeniami „biedni, bo głupi, głupi, bo biedni”, „trzeba zmienić pracę i wziąć kredyt” i sądzę, że korzenie filozofii bohaterów Mazura (zarazem tytułu) tkwią w tym obszarze. Prościuteńkie rysunki, przypominające szkice ze szkolnych zeszytów (charakterystyczna stylistyka twórcy) – blok, wzgórze z mirabelkowym drzewem, trzepak, postaci złożone z okręgu, prostokąta i kreseczek odnóży – to zabieg celowy, mający zwrócić uwagę na treściowy przekaz komiksu. Musimy od razu ustalić, że – wbrew pozorom – nie ma tu poetycko-spójnych, zamkniętych historii spod klatki (jakie spotykaliśmy w „Warzywniaku” Krzysztofa Jaworskiego, przeniesionym na grunt animacji przez Edwarda Dwurnika) czy subkultury blokerskiej z potężną dawką ironii (vide cykl „Osiedle Swoboda” Michała Śledzińskiego). Z elementów blokerskich brakuje chociażby hip-hopu (żeby nie mnożyć i nie wskazywać różnic). Bohaterowie to po prostu grupa „spod” klatki/ sklepu/ śmietnika/ trzepaka – niepotrzebne skreślić, w wieku między dwadzieścia a czterdzieści lat, pracująca/ niepracująca, o poglądach, nazwałbym je osiedlowo-plemiennych (w miejsce osiedla można wstawić Polskę). W tej monotonnej historii przeraźliwie nijakich i nudnych bohaterów, konstruowanej z pojedynczych, szarpanych scenek, objawia się językowy słuch autora. Bo kulturową wartością „Tam, gdzie rosną mirabelki” jest odtworzenie rytmicznego bełkotu, tego swoistego żargonu kac-osiedlowego i zespołu poglądów społeczno-politycznych, który reprezentują postaci komiksu. Oto blok, oto Miastko, oto Polska.

Dwanaście bram świadomości
„Miejsca” Briana Wooda (scenariusz) i Ryana Kelly’ego (rysunek) początkowo ukazały się jako dwanaście osobnych zeszytów – w tłumaczeniu Grzegorza Ciecieląga, stanowią jeden zwarty album, uzupełniony dodatkowymi grafikami, esejami powiązanymi z treścią tomików i okładkami pierwotnych wersji – 376 stron czarno-białej (za wyjątkiem wspomnianych okładek), opowieści o życiu Megan McKeenan. Jeden zeszyt to jeden rok z życia (precyzyjniej jeden epizod), jedno miejsce na mapie Ameryki Północnej. Perfekcyjnie rozrysowane, z ogromną dbałością o szczegóły i szacunkiem dla czytelnika, przygody głównej bohaterki toczą się przede wszystkim w obrębie wielkich metropolii, usianych małymi domkami przedmieść (charakterystycznych dla amerykańskiego krajobrazu) i centrów miast wzniesionych w czasie rewolucji przemysłowej przełomu wieków. Stanowią one doskonałe tło dla opowieści o współczesnej beatniczce. To rodzaj „filmu drogi”. Zestawiając „Miejsca” z komiksem europejskim (zwłaszcza polskim), jesteśmy świadkami opozycji prawie pierwotnej: nomadów i ludności osiadłej.

„Miejsca” wymagają określonej strategii czytelniczej – oczywiście egzemplarza książki J , dostępu do YouTube i słuchawek (w moim przypadku takich najtańszych z hipermarketu z długim kablem, bo zanim skończę czytać album i tak je zepsuję). Otwieramy przypisy do rozdziału, gdzie poza historyjkami o powstaniu komiksu, znajduje się playlista rysownika (później scenarzysty) – od Boba Dylana do The Cure i Soundgarden (tak przy każdym rozdziale). Znajdujemy utwory, ustawiamy kolejność i zaczynamy czytać. Pierwszy rozdział. 17-letnia Megan zostaje zmuszona przez swojego chłopaka do zakupu narkotyków na podstawie sfałszowanej recepty. I tu mamy najlepsze, co w tej awangardowej powieści graficznej – cztery alternatywne warianty rozmowy z farmaceutką (jedna z nich z podkładem „Who Are You” Toma Waitsa). Megan może wybrać oszustwo, aresztowanie, ucieczkę lub pomoc obcej kobiety. Nic nie jest z góry dane, trzeba tylko czytać w rytm muzyki. Przy okazji – apteka w Portland (jak dowiadujemy się z posłowia), w której pracowała kobieta o twarzy Condoleezze Rice już nie istnieje, ale nowi właściciele pozostawili szyld jako ślad kulturowego dziedzictwa miasta. Panna McKeenan wikła się w ryzykowne romanse, usiłuje przeprowadzić wywiad z gwiazdą rocka, chodzi na wernisaże, buduje dom (dojrzewa wraz z każdą wędrówką), z nastolatki przeistacza się w dorosłą 30-latkę, nie zawsze jest bohaterką pierwszoplanową, ale każda z tych historii pozwala na stworzenie obyczajowego obrazu Ameryki lat 90. i początków nowego wieku. Nie bez przyczyny, „Miejsca” uznaję za idealny storyboard do serii długich teledysków, właśnie w stylu starego MTV. 
Fantastyka z podziemnego nurtu
Artur Nowakowski, autor bardzo interesującego opracowania „Fantastyczne światy na okładkach i w ilustracjach książek oraz czasopism od wieku XIX do lat 80. XX wieku” (por. „Projektor” 1/2015) opublikował „Fanzin SF. Artyści – wydawcy – fandom”. Temat nam bliski. Nieodłącznym elementem każdej futurystycznej utopii, postapo, cyberpunku jest miasto przyszłości – technologiczny raj lub elektroniczne piekło. 

Fandom czyli stowarzyszenie (poza oficjalnymi instytucjami, lecz czasem przez nie sprytnie sterowane) „miłośników” i „fanatyków”, grupuje wokół gatunku, autora lub postaci literackiej. Powstaje w Stanach Zjednoczonych, a członkiem jednego z nich jest późniejszy twórca jednej z najgłośniejszych antyutopii „Fahrenheit 451” – Ray Bradburry. Nowakowski przywołuje bardzo zabawną definicję fandomu, opublikowaną na łamach „Fantastyki”: Żeby założyć klub potrzebnych jest kilku zdecydowanych na wszystko maniaków, którzy nie dośpią, nie dojedzą, wyrzekną się rodziny i kolegów…, śledząc historie zjawiska w USA, Europie, wreszcie w Polsce, przywołując szereg nazwisk, miejsc, tworząc kronikę fandomów (wywodzących się najpewniej z XIX-wiecznych klubów czytelniczych), pokazuje również mechanizm, który – po zmianie etykietek i środowiska – można zastosować do opisu internetowych forów, grup fanowskich i portali społecznościowych. I tak z fandomu narodził się fanzin. 
Fanziny powstały z manii kolekcjonerstwa, gdy fantastyka weszła w obręb kultury masowej (lata 20. i 30. ubiegłego stulecia). Autor książki prezentuje sylwetki najbardziej zasłużonych dla – no właśnie, tu postawię tezę, że dla współczesnej kultury masowej, blockbusterów, George’a Lucasa, fenomenu „Gry o tron” – zbieraczy i fanów. Wśród nich jest ikona – Forrest J. Ackerman, najsłynniejszy kolekcjoner, scenarzysta, autor artykułów, aktor. Bez niego i kilku innych, „Gwiezdne wojny” nie byłyby najbardziej rozpoznawalną marką globalną, a setki tysięcy fanów nie przyjeżdżałyby rokrocznie do San Diego na Comic Con. Za pierwszy fanzin SF – to warto odnotować – uznawany jest „The Comet” z 1930 r., który powstał tylko dlatego, że po kryzysie finansowym, kilku członków klubu SCC uzupełniło braki w kasie z własnych oszczędności. 

Dla czytelników polskich najbardziej interesująca w opracowaniu Nowakowskiego może być historia „trzeciego obiegu” (fanzinowego) w naszym kraju. Kompletnie nieinstytucjonalny, niezwiązany z opozycją, kształtował się w obrębie konwentów. Dziś trudny do zarchiwizowania, trwał przede wszystkim w latach 80. (pierwszym, historycznym był wychodzący w latach 1978-79 w Bytomiu „Somnambul”), choć i dziś możemy kupić wydawnictwa mające charakter zinów. Książkę, która pewnie stanie się jednym z podręczników obowiązkowych dla badaczy kultury popularnej, uzupełnia leksykon polskich fanzinów fantastycznych. To ciekawostka katalogowa dla kolekcjonerów, ale również zaproszenie do przeszukiwania archiwów, w których – być może – odnajdą się nieznane perły polskiej „zinologii”.

niedziela, 24 stycznia 2016

Jósz umię czytadź (Papcio Chmiel (Henryk Jerzy Chmielewski), „Elemelementarz”)


W Scebzesynie hzonsc bzmi w tcinie – Papcio Chmiel poci się, męczy go mara senna, a to dopiero pierwsze z zarządzeń minister wszechnauk i bezeceństw Pani Hopsasa z Republiki Trapezfiku (oczywiście Afryka Środkowa), w sprawie uproszczenia pisowni polskiej. Po jednym z następnych dekretów, bezradny Tytus de Zoo staje przed drogowskazem i czyta: Varsava, vte i ve vte 100 km.
58-letni (pierwsze odcinki „Tytusa, Romka i A’Tomka” ukazały się w 1957 r. w „Świecie Młodych”), prawie uczłowieczony szympans – bohater chyba najdłużej na świecie rysowanego przez jednego autora komiksu – powinien wreszcie nauczyć się czytać i pisać. Chwila jest idealna, bo w Trapezfiku nie tylko głowa państwa ma kłopoty z ortografią, ale w ramach uszczęśliwiania, każdy (-a) z małych obywateli otrzymał darmowy elementarz. Ala już nie ma w nim kota, bo kot nie tyle jest passe, co kot nie jest „frutti” (albo „dżusi”) – przepraszam trochę jestem nie na czasie. Zresztą – w absurdalnym świecie elementarza papciowego, kot pozostał, ale kot nowoczesny już nie miauczy, on „meowczy”.
Płynna, swobodna narracja i nie tylko język ezopowy, ale ezopowy rysunek – taki jest Tytus coraz bliższy wieku emerytalnego (chciałbym o tym poczytać!). Komiksy Chmielewskiego (Papcia Chmiela) to zawsze był wariacki surrealizm. Pojazdy wielbiciela białych myszek – profesora T’Alenta, szaleńcze podróże – to był surrealizm wykoncypowany. „Elemelementarz” też jest szalony, lecz w tym szaleństwie jest metoda, inteligencja i humor, których oficjalnemu podręcznikowi zabrakło.
Każdy z komiksów o Tytusie i uczłowieczających go harcerzach (nie ma co daleko szukać konotacji to Pat i Patachon) bywał autoironiczny i edukował. „Elemelementarz” uczy przede wszystkim – nie tylko ortografii (wykorzystując podstawową wiedzę o rysunku i barwie), ale odbywamy również krótką podróż do Starożytnego Rzymu, żeby odkryć historię alfabetu, by na koniec, przez kilkanaście stron, poznawać podstawy kaligrafii. Charakterystyczne dla autora przenikanie płaszczyzn historycznych – prawie jak równoległych światów w najlepszej SF – pozwala wystąpić w komiksie Batoremu, Kochanowskiemu, średniowiecznym bakałarzom, przedwojennym uczniom z II b.
Od strony plastycznej nowy album Papcia Chmiela to po prostu malarstwo, czyste, barwne plamy, niezmienne od lat. Elementarz nie jest oczywiście dla szkół. Tytusa nie da się w nich czytać, bo ten rodzaj radosnej wolności, nie wygląda, żeby był zbyt potrzebny. Na pewno nie w nadmiarze. Taki zdrowy anarchizm dla wąskiej grupy. W każdym Domu Wesołych Nieudaczników.

Paweł Chmielewski

(recenzja "Projektor" 4/2015)

Papcio Chmiel (Henryk Jerzy Chmielewski), „Elemelementarz”, s. 48, Prószyński i S-ka – Wydawnictwo Komiksowe, Warszawa 2015.

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Klasyka i klasyka przyszłości („Funky Koval”, „Ekspedycja. Bogowie z kosmosu”, „Wyprawa Shackletona”)




Wybierając utwory do tego krótkiego artykułu, zastanawiałem się, które z nich są esencją kultury popularnej – łączą pierwiastek fantastyki, historii, filmu, sztuki masowej, mitologii. Mając zarazem status utworów klasycznych.
Wybrałem komiks i jako gatunek najbardziej migotliwy i postmodernistyczny. Tylko trzy dzieła – dwa o statusie nieomal kultowym i jedno, które takim niedługo się stanie.

Detektyw i kryształowa czaszka...
...czyli „Funky Koval” i „Ekspedycja” – dwa najsłynniejsze polskie komiksy SF, połączone postacią rysownika Bogusława Polcha. Pierwszy jest często uznawany za najlepszą polską realizację w ogóle, drugi był największym sukcesem eksportowym (tłumaczenie na 12 języków). Teraz Wydawnictwo Komiksowe publikuje edycje kolekcjonerskie wszystkich zeszytów, uzupełnione o przykładowe szkice plansz i wywiady z autorami.
Obydwa albumy są czymś w rodzaju wzorca z Sèvres, dla polskich scenarzystów i rysowników. Tworząc komiks fantastyczno-naukowy nie da się uciec przed porównaniami. Dotyczy to przede wszystkim grafików, bo przecież nikt już dziś tak nie rysuje jak Bogusław Polch, a dowcipna wypowiedź Janusza Christy na łamach „Aqq” o perfekcjonizmie Polcha – Kiedyś pokazywał mi stronę swojego „Funky Kovala”. Był na niej rysunek bohatera trzymającego w ręce monetę. Na tym dolarze były umieszczone wszystkie napisy, jak na prawdziwym. Musiał to chyba pod lupą robić – stała się legendą.
W „Funkym Kovalu” („Bez oddechu” – 1982/83, „Sam przeciw wszystkim” – 1985-86, „Wbrew sobie” – 1991-92, „Wrogie przejęcie” – 2010-11) obserwujemy ewolucję stylu Polcha, od rysunku w stylu pięknych, dawnych komiksów amerykańskich, po kadry z większym oddechem, zapełnione postaciami o twarzach nierzadko ocierających się o groteskę. Pierwsze zeszyty to również fantastyczna lekcja mody, stylu bycia, fryzur i designu lat 70. i 80. Aluzje polityczne do stanu wojennego, parafrazy autentycznych wypowiedzi polskich polityków z początku lat 90. są może nieczytelne dla wielu odbiorców, ale to co w tej pokręconej, mozaikowej opowieści o kosmicznym detektywie pozostaje uniwersalne, to kontekst kulturowy.
Parowski z Rodkiem (scenarzyści) w historię zatrudnionego przez agencję „Universs” Funky’ego Kovala, który wpada na trop spisku i inwigilacji Ziemi przez rasę drolli, wplatają filmowe, serialowe i książkowe tropy – „Gwiezdne wojny”, Dicka, „Metropolis”, „Doktora Who” itd. Tom ostatni, rozgrywający się przede wszystkim w przestrzeni wirtualnej i wyobrażeniach Kovala, jest doskonałym odwzorowaniem internetowego strumienia świadomości, w którym spotykać można (prawie równocześnie) Quasimodo, klony i złotego smoka z prozy Sapkowskiego.
„Ekspedycja” to cykl ośmiu tomów, pierwotnie wydawanych w Niemczech w latach 1978-82, mocno nawiązujących do hipotez Ericha von Dänikena o ingerencji istot pozaziemskich w początki i rozwój ludzkiej cywilizacji. Najsłynniejsze znaki ich bytności – kryształowa czaszka czy ryty na płaskowyżu Nazca stały się toposami popkultury. Komiks o kosmitach z planety Des, dzięki linearnej narracji i nowatorskim – jak na tamte czasy – połączeniom motywów starotestamentowych, z religiami Egiptu, Asyrii, apokryfem Henocha, mitem platońskim, okazała się bardziej uniwersalna i łatwiejsza w odbiorze dla zachodniego czytelnika. Tylko osiem zeszytów trochę dziwi (uzasadnienie znajdujemy w wywiadzie z rysownikiem). „Funky Koval” miał – literacko – lepszy scenariusz, ale jego enigmatyczność (fragmentami) i hermetyczność, decydują, że to „Ekspedycja” mogła stać się produktem międzynarodowym na miarę „Thorgala”. Dziś po sukcesie serialu „Zagubieni” wszystko mogłoby wyglądać inaczej.
Inspirowany Dänikenem cykl, to nie tylko kosmologiczna opowieść o narodzinach człowieka. Scenarzyści stworzyli rozbudowaną intrygę sensacyjną, z nieodłącznymi elementami walki o władzę, ambicji, politycznych rozgrywek. Początki gatunku homo sapiens są ważne, lecz konflikt dobra ze złem (Ais/ Aistar – dobra, przeciw Sathamowi – zły, szalony naukowiec), niejednoznaczność postawy Wielkiego Mózgu (przywódca Des), motyw kuszenia – budują uniwersum tej historii.
Nie czytaliście żadnej z tych klasycznych opowieści? To przeczytajcie. Czytaliście? Przeczytajcie jeszcze raz.

Endurance znaczy wytrwałość

Gdzież są niegdysiejsze marzenia?! – można wykrzyknąć. Gdzie te czasy, gdy jednym kliknięciem myszki jeszcze nie można było przenosić się w odległe krainy. Książka podróżnicza była wtedy artefaktem. W telewizyjnej wersji powieści Adama Bahdaja „Stawiam na Tolka Banana” takim artefaktem jest książka „Przez morza i oceany”, podarowana przez tytułowego bohatera Cyganowi (w pierwowzorze Cegiełce). „Wyprawa Shackletona” Williama Grilla należy właśnie do tego gatunku marzycielsko-romantycznej literatury.
Za kilkanaście lat o utworze Grilla nie będzie się mówiło inaczej niż klasyk. Tylko czy klasyk książki dla dzieci? Klasyk komiksu? Klasyk książki ilustrowanej? Autor przekroczył ramy gatunków.
Opowieść o ostatniej wielkiej wyprawie antarktycznej (1914-1916) Ernesta Shackletona na statku „Endurance” zostaje uznana za najlepszą książkę ilustrowaną roku przez „New York Timesa”, Grill otrzymuje Nagrodę AOI („Oscara ilustracji”) za debiut. Historia rozrysowana jest fantastycznie – artysta operuje kredką w sześciu, może siedmiu kolorach – to obraz tworzy opowieść. Tekst, omawiający dramatyczną podróż statkiem, uwięzienie w lodach Antarktydy, podróż pieszo i saniami, ekspedycję powrotną, wystylizowany zostaje (dzięki zabiegom językowym) na zapiski reporterskie z epoki wiktoriańskiej.
Lecz przede wszystkim rysunek – Williama Grilla charakteryzuje przede wszystkim nieskrępowana wyobraźnia i brak strachu. Jeśli rysunek ma być wielokroć powtórzonym ornamentem, jeśli arabeską, to nią jest. Gdy pragnie osiągnąć wrażenie morskiej podróży – kreśli ciąg okrągłych wizerunków „Endurance” jakby w okularze lunety. Nie boi się uciekać od sztywnego kadru – tworzy rozkładówki jak wielkie freski. Kilkukrotnie powtórzony efekt samotnej, małej łódeczki lub statku zagubionego na prawie białej planszy, pokazuje ogrom antarktycznych przestrzeni, znikomość statku Shackletona.
Obrazki nie przekraczają nigdy granicy dobrego smaku. Dramatyzm sytuacji nie wynika z drastyczności przedstawienia – lecz wyniknąć może z inteligencji i wyobraźni młodego czytelnika. „Wyprawa Shackletona” może stanąć na półce, obok takich arcydzieł polskiej, książkowej ilustracji jak rysunki Jana Marcina Szancera do baśni Brzechwy czy „Pinokia” lub Jerzego Skarżyńskiego do „Trzech muszkieterów”.

Paweł Chmielewski

(recenzja - magazyn "Projektor" 5/2015)

„Funky Koval”, scenariusz – Maciej Parowski i Jacek Rodek, rysunki – Bogusław Polch, s. 212, Prószyński i S-ka – Wydawnictwo Komiksowe, Warszawa 2014.
„Ekspedycja. Bogowie z kosmosu”, scenariusz – Arnold Mostowicz, Alfred Górny, rysunki – Bogusław Polch, s. 392, Prószyński i S-ka – Wydawnictwo Komiksowe, Warszawa 2015.
„Wyprawa Shackletona”, scenariusz i rysunki – William Grill, s. 71, Wydawnictwo Kultura Gniewu, Warszawa 2015.