Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kultura Gniewu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kultura Gniewu. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 października 2018

Zbierzcie krew i łzy każdego dnia (Tom Tirabosco i Christian Perrissin „Kongo. Józefa Konrada Teodora Korzeniowskiego podróż przez ciemność” )


Paweł Chmielewski
("Projektor" - 3/2018)
W 1908 roku, po publikacji raportu Rogera Casementa o ludobójstwie w Wolnym Państwie Kongo (prywatnej własności belgijskiego króla Leopolda II) i działań Towarzystwa na rzecz Reform w Kongu, władca z Brukseli musiał przekazać swoją afrykańską domenę obywatelom. W trakcie jego dwudziestoletnich rządów zamordowano – według różnych szacunków – od sześciu do dziesięciu milionów tubylców.

Pięć lat wcześniej– jeszcze przed publikacją raportu – Joseph Conrad i Casement spotkali się w Londynie. Pisarz, świeżo po sukcesie najsłynniejszego (jak się potem okazało) ze swych utworów – „Jądra ciemności” – potwierdził wszystkie informacje zebrane przez brytyjskiego urzędnika (skazanego po latach na śmierć za walkę o niepodległość Irlandii). Conrad nie opierał się na plotkach, artykułach prasowych, rozmowach ze znajomymi marynarzami – między czerwcem a grudniem 1890 r., pracował dla jednej z kompanii handlowych w sercu Afryki. Te kilka miesięcy, które zdecydowały o kształcie literatury światowej XX w. relacjonuje komiks „Kongo. Józefa Konrada Teodora Korzeniowskiego podróż przez ciemność” Toma Tirabosco i Christiana Perrissina, zbudowany na „Dzienniku kongijskim” Conrada, listach do Marguerite Poradowskiej, „Placówce postępu” i właśnie „Jądrze ciemności”.

Józef Korzeniowski ma kłopoty finansowe, marynarka brytyjska niezbyt chętnie zatrudnia cudzoziemców, przyszły „odnowiciel literackiej angielszczyzny” jeszcze nie do końca włada językiem dumnych Brytów, ma dość azjatyckich tras, porzucił właśnie rozpoczętą powieść „Szaleństwo Almayera”. Pobyt w belgijskiej kolonii przypłaci utratą zdrowia, atakami depresji, krótką jeszcze służbę na trasach australijskich zakończy odejściem z marynarki, opublikuje dwadzieścia cztery utwory, przyjmie pseudonim Joseph Conrad, zrewolucjonizuje prozę, w latach 60. ubiegłego stulecia stanie się mistrzem dla wszystkich brytyjskich pisarzy, a dziś pisarzem, który przewidział wszystkie plagi następnych stuleci – terror, autorytaryzm, niepewną samotność jednostki, ekologiczną katastrofę i eksterminację narodów.

Forma graficznej opowieści jest w przypadku dzieła Tirabosco i Perrissina absolutnie podporządkowana narracji i fabule opowieści. Oszczędna czarno-biała kreska, rysunek ołówkiem naśladuje zapiski, szkice, które zostawiali w swych zeszytach XIX-wieczni podróżnicy. Niekiedy przypominają drzeworyty, demaskatorskie obrazy z notatników Gustawa Dore. Najbardziej drastyczne (i frenetyczne, związane z majakami schorowanego pisarza) sceny, zapośredniczone zostały poprzez nieme kadry – sugestywne w komiksie, w klasycznym, powieściowym opisie, mogłyby zostać pozbawione ekspresji i oskarżycielskiej wymowy. Uważny czytelnik, poza fragmentami wyraźnie oznaczonymi jako zapisy w dzienniku i urywki z listów, odnajdzie „wszyte” w obrazkową akcję cytaty i sytuacje zaczerpnięte z afrykańskich opowiadań Conrada – „Placówki postępu” i „Jądra ciemności”. Rzeczywiste postaci uległy przekształceniu w tkance powieści – Klein staje się później Kurtzem, ale osobiste doświadczenia pozwolą pisarzowi zbudować ten szalony świat, który pozostaje niedościgłym wzorem dla prozaików już od 119 lat, wielką inspiracją dla twórców filmowych i teatralnych reżyserów.

Jeden z największych zbrodniarzy naszych czasów – Leopold II z dynastii Koburgów – w białych rękawiczkach oddał Kongo w ręce awanturników, sadystów i chciwych handlarzy. Gdy Korzeniowski przybył do „jądra ciemności” kończyła się już kość słoniowa, a zaczynał szaleńczy popyt na kauczuk. Kwitło, potępione kilkadziesiąt lat wcześniej niewolnictwo, nikt w Europie nie zaprzątał sobie głowy faktoriami, które przypominały koncentracyjne obozy. Dopóki płynął towar, głoszono wzniosłe mowy o „wyższości białej rasy”, „cywilizacyjnym oświeceniu” (to wszystko odnajdziemy na kartach komiksu) – nikt się nie zastanawiał nad ceną słoniowych ciosów, tak jak dziś nikt nie myśli o diamentach z Liberii czy kosztach produkcji butów w Bangladeszu.

Współczesność i aktualność prozy Conrada nie polega tylko na wskazaniu na deprawującą siłę i morderczy charakter europejskiego kolonializmu, gdy miał on przed sobą jeszcze pięć dekad rozkwitu. Ten drapieżnej siły niszczącej w najlepsze starożytne, odmienne cywilizacje,. Autor „Nostromo” antycypuje następstwa dwóch wieków kolonialnego wyzysku. Armaggedon uchodźców w krajach Zachodu to nic innego jak odpłata za serca pełne ciemności angielskich, francuskich, niemieckich, belgijskich przodków, dla których rasizm był fundamentem myślenia. Nawet terroryzm – jakkolwiek by to nie zabrzmiało – to w części, niestety, odsetki z nawiązką za lata pogardy.

„Kongo” jest również psychologicznym namysłem nad naturą ludzką. Nie bez powodu ożywa na kartach, aż czterech utworów, Marlowe, alter ego twórcy – najbardziej enigmatyczna postać conradowskiej prozy. Badacz ludzkich emocji, tajny agent wywiadu, detektyw amator, przenikliwy kronikarz chaosu – każde z tych twierdzeń jest prawdziwe i fałszywe zarazem. Joseph Conrad w Wolnym Państwie Kongo otarł się o ciemność. Ujrzał jak pierwotna natura, dzikie instynkty niszczą skórę cywilizacji, a człowiek, poddając się żądzy popada w szaleństwo. Gdyby wypełnił trzyletni kontrakt, zostawił za sobą łzy wrogów i krew przyjaciół, nie narodziłby się jako pisarz. „Kongo” to też opowieść o metamorfozie polskiego, kresowego szlachcica w pełnego goryczy, ale i humanizmu artystę.

niedziela, 30 września 2018

Thénardier przynosi zupę (Guy Delisle, "Zakładnik")

Paweł Chmielewski
("Projektor" 1/2018)
Francuscy telewidzowie wstrzymywali oddech, gdy 2 lipca 2008 r., po sześciu latach niewoli, relacjonowano powrót Íngrid Betancourt, działaczki na rzecz praw człowieka, odbitej z rąk Rewolucyjnych Sił Zbrojnych Kolumbii. 

Pięć dni później Kanadyjkę Amandę Lindhout wraz z australijskim fotoreporterem Nigelem Brennanem uprowadzili, kilkanaście kilometrów od Mogadiszu, somalijscy terroryści. Po piętnastu miesiącach udało im się uciec. Głodzona, bita i gwałcona Amanda, dopiero po latach zapowiedziała wydanie pełnych wspomnień. Inne, kanadyjsko-amerykańskie małżeństwo po pięcioletnim pobycie w obozie talibów na pograniczu afgańsko-pakistańskim zostaje odbite przez wojsko. Los, ściętego w Pakistanie (na rozkaz jednej z komórek Al-Kaidy) Daniela Pearla, dziennikarza „Wall Street Journal”, zostaje ukazany w filmie Michaela Winterbottoma „Cena odwagi” (2007). 

To zaledwie kilka najgłośniejszych przypadków.

Historia uprowadzenia w 1997 r. Christophe’a André, poza kilkunastoma nagłówkami prasowymi i parodniowym szumem we francuskiej telewizji utonęła w powodzi innych newsów. Nie była zbyt długa (sic!) – niecałe cztery miesiące, a wolontariusz organizacji Lekarze Bez Granic przeżył. Nie stały za nim kwestie polityczne, lecz najzwyczajniejsza „tradycja kaukaska”, która z porwań dla pieniędzy stworzyła bardzo dochodowy biznes. Nie zapominajmy wreszcie, że dwadzieścia lat temu, Czeczenia była inaczej postrzegana w całej Europie – jako ofiara rosyjskiej agresji. I nawet postać Szamila Basajewa (który przewija się w jednej z wypowiedzi bohatera jako prawdopodobny mocodawca porywaczy) wzbudzała coś na kształt podziwu. Byłby zatem francuski lekarz tylko jedną z wielu ofiar historii, które znalazły się w złym czasie, w złym miejscu. Byłby, gdyby nie kanadyjski rysownik Guy Delisle. 

Urodzony w Quebecu przez ponad dziesięć lat zajmował się animacją w studiach niemieckich, francuskich, chińskich i… północnokoreańskich. Wydaje dwie powieści graficzne: „Shenzen” (2001) i „Pjongjang” (2003). Sukces pozwala mu skupić się wyłącznie na rysowaniu komiksów. Kreuje „Kroniki birmańskie” (2007) oraz „Kroniki jerozolimskie” (2011), za które rok później otrzymuje „komiksowego Bookera” (licentia poetica) czyli nagrodę za album na festiwalu w Angoulême. Christophe’a André poznaje podczas jednej z podróży. Nagrywa jego wspomnienia i w 2016 roku publikuje ponad czterystustronicową powieść graficzną „Zakładnik. Historia ucieczki”. 

Gatunkiem, który pozwolił zdobyć Delise’owi uznanie jest tzw. „komiksowy travelog” – autobiograficzna, rysunkowa relacja z podróży w rejony mało znane (Myanmar – „Kroniki birmańskie”), odcięte z politycznych względów (Korea Północna – „Pjongjang”) lub pozornie znane, których peryferia i kulturowe smaczki autor, często z inspiracji dorastającego syna, odkrywa („Kroniki jerozolimskie”). Delisle unika przy tym maniery telewizyjnych i internetowych celebrytów, tworzących programy i blogi parapodróżnicze, którzy traktują miejscową ludność wraz z jej obyczajami pobłażliwie, jakby – znany antropologom od przynajmniej stulecia – relatywizm kulturowy był im obcy. Opis i metoda francuskiego rysownika wyrasta oczywiście z tradycji literackiego opisu podróży, gatunku niezwykle popularnego w XVIII i XIX w. (od łzawo sentymentalnych wynurzeń Sterne’a, przez demaskatorskie opisy de Custine’a) i definitywnie pokonanego – jak sądzę – przez egzystencjalną prozę Conrada, który uświadomił czytelnikom, że sam opis, egzotyczny obrazek przestaje być znaczący gdy odrzemy go z metafizycznego, socjologicznego czy politycznego komentarza. Delisle – zgodnie z duchem naszych czasów – relację o porwaniu André przekuwa w formę obrazu.

Popatrzmy zatem na kształt. Przede wszystkim minimalizm opowieści. Kadry ograniczone do czterech barw – bieli, ściszonego granatu za dnia i burej szarość nocą, czerni konturu oraz tekstu. Syntetyczny rysunek koresponduje z dusznym klimatem opowieści. Poza kilkudziesięcioma stronami rozegranymi na ulicach w Inguszetii, potem gdzieś w Czeczenii i Groznym, poruszamy się w obrębie sześcianów, które są więzieniem głównego bohatera – najpierw pokoju, potem szafy. Ciężar i beznadzieja położenia André podkreślone zostają rytmem opowieści – trzy razy dziennie cienka zupa, herbata, toaleta, przykucie do kaloryfera, rozkucie, sto kroków. I nic, nic – nie ma gazet, nie ma książek, radia i telewizji. Kilka tysięcy godzin nudy.

Samotność więźnia podkreślona poprzez brak kontaktu ze światem zewnętrznym, uwydatnia również bariera językowa. Nie mogąc zrozumieć pojęciowego świata swoich porywaczy, jednego z nich chrzci nazwiskiem Thénardier – mrocznej postaci z „Nędzników” Victora Hugo. Ucieczką przed szaleństwem lub „syndromem sztokholmskim” jest historia, mozolne odtwarzanie przebiegu kolejnych kampanii napoleońskich.

Przypadek Christophe’a André ma w sobie pewien rys sytuacji kafkowskiej. Groteskowego absurdu. Gdyby nie groza emanująca z bandytów, moglibyśmy ich przenieść do tragikomicznego, gangsterskiego świata braci Coen. Nie wiemy do końca kto porwał, wiemy jedynie, że dla pieniędzy. Dopiero po tygodniach porywacze żądają telefonu kontaktowego, robią jakieś zdjęcia. Pragną miliona dolarów, by nagle zostawić tyle otwartych furtek więźniowi, jakby pragnęli pozbyć się, nie-pozbyć problemu. Zezwalają na ucieczkę, aby potem ścigać francuskiego jeńca. Finalne sceny spacerów po polu bitwy pod Borodinem czy dopisek o wyjeździe do Francji czeczeńskiej rodziny, która pomogła André, naprawdę trudno uznać za szczęśliwe zakończenie. Morał do „Zakładnika” istnieje w sferze pozatekstowej, rozsadza ramy tej – konstrukcyjnie doskonałej – powieści graficznej. Są nimi medialne doniesienia o kolejnych żądaniach porywaczy.

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Klasyka i klasyka przyszłości („Funky Koval”, „Ekspedycja. Bogowie z kosmosu”, „Wyprawa Shackletona”)




Wybierając utwory do tego krótkiego artykułu, zastanawiałem się, które z nich są esencją kultury popularnej – łączą pierwiastek fantastyki, historii, filmu, sztuki masowej, mitologii. Mając zarazem status utworów klasycznych.
Wybrałem komiks i jako gatunek najbardziej migotliwy i postmodernistyczny. Tylko trzy dzieła – dwa o statusie nieomal kultowym i jedno, które takim niedługo się stanie.

Detektyw i kryształowa czaszka...
...czyli „Funky Koval” i „Ekspedycja” – dwa najsłynniejsze polskie komiksy SF, połączone postacią rysownika Bogusława Polcha. Pierwszy jest często uznawany za najlepszą polską realizację w ogóle, drugi był największym sukcesem eksportowym (tłumaczenie na 12 języków). Teraz Wydawnictwo Komiksowe publikuje edycje kolekcjonerskie wszystkich zeszytów, uzupełnione o przykładowe szkice plansz i wywiady z autorami.
Obydwa albumy są czymś w rodzaju wzorca z Sèvres, dla polskich scenarzystów i rysowników. Tworząc komiks fantastyczno-naukowy nie da się uciec przed porównaniami. Dotyczy to przede wszystkim grafików, bo przecież nikt już dziś tak nie rysuje jak Bogusław Polch, a dowcipna wypowiedź Janusza Christy na łamach „Aqq” o perfekcjonizmie Polcha – Kiedyś pokazywał mi stronę swojego „Funky Kovala”. Był na niej rysunek bohatera trzymającego w ręce monetę. Na tym dolarze były umieszczone wszystkie napisy, jak na prawdziwym. Musiał to chyba pod lupą robić – stała się legendą.
W „Funkym Kovalu” („Bez oddechu” – 1982/83, „Sam przeciw wszystkim” – 1985-86, „Wbrew sobie” – 1991-92, „Wrogie przejęcie” – 2010-11) obserwujemy ewolucję stylu Polcha, od rysunku w stylu pięknych, dawnych komiksów amerykańskich, po kadry z większym oddechem, zapełnione postaciami o twarzach nierzadko ocierających się o groteskę. Pierwsze zeszyty to również fantastyczna lekcja mody, stylu bycia, fryzur i designu lat 70. i 80. Aluzje polityczne do stanu wojennego, parafrazy autentycznych wypowiedzi polskich polityków z początku lat 90. są może nieczytelne dla wielu odbiorców, ale to co w tej pokręconej, mozaikowej opowieści o kosmicznym detektywie pozostaje uniwersalne, to kontekst kulturowy.
Parowski z Rodkiem (scenarzyści) w historię zatrudnionego przez agencję „Universs” Funky’ego Kovala, który wpada na trop spisku i inwigilacji Ziemi przez rasę drolli, wplatają filmowe, serialowe i książkowe tropy – „Gwiezdne wojny”, Dicka, „Metropolis”, „Doktora Who” itd. Tom ostatni, rozgrywający się przede wszystkim w przestrzeni wirtualnej i wyobrażeniach Kovala, jest doskonałym odwzorowaniem internetowego strumienia świadomości, w którym spotykać można (prawie równocześnie) Quasimodo, klony i złotego smoka z prozy Sapkowskiego.
„Ekspedycja” to cykl ośmiu tomów, pierwotnie wydawanych w Niemczech w latach 1978-82, mocno nawiązujących do hipotez Ericha von Dänikena o ingerencji istot pozaziemskich w początki i rozwój ludzkiej cywilizacji. Najsłynniejsze znaki ich bytności – kryształowa czaszka czy ryty na płaskowyżu Nazca stały się toposami popkultury. Komiks o kosmitach z planety Des, dzięki linearnej narracji i nowatorskim – jak na tamte czasy – połączeniom motywów starotestamentowych, z religiami Egiptu, Asyrii, apokryfem Henocha, mitem platońskim, okazała się bardziej uniwersalna i łatwiejsza w odbiorze dla zachodniego czytelnika. Tylko osiem zeszytów trochę dziwi (uzasadnienie znajdujemy w wywiadzie z rysownikiem). „Funky Koval” miał – literacko – lepszy scenariusz, ale jego enigmatyczność (fragmentami) i hermetyczność, decydują, że to „Ekspedycja” mogła stać się produktem międzynarodowym na miarę „Thorgala”. Dziś po sukcesie serialu „Zagubieni” wszystko mogłoby wyglądać inaczej.
Inspirowany Dänikenem cykl, to nie tylko kosmologiczna opowieść o narodzinach człowieka. Scenarzyści stworzyli rozbudowaną intrygę sensacyjną, z nieodłącznymi elementami walki o władzę, ambicji, politycznych rozgrywek. Początki gatunku homo sapiens są ważne, lecz konflikt dobra ze złem (Ais/ Aistar – dobra, przeciw Sathamowi – zły, szalony naukowiec), niejednoznaczność postawy Wielkiego Mózgu (przywódca Des), motyw kuszenia – budują uniwersum tej historii.
Nie czytaliście żadnej z tych klasycznych opowieści? To przeczytajcie. Czytaliście? Przeczytajcie jeszcze raz.

Endurance znaczy wytrwałość

Gdzież są niegdysiejsze marzenia?! – można wykrzyknąć. Gdzie te czasy, gdy jednym kliknięciem myszki jeszcze nie można było przenosić się w odległe krainy. Książka podróżnicza była wtedy artefaktem. W telewizyjnej wersji powieści Adama Bahdaja „Stawiam na Tolka Banana” takim artefaktem jest książka „Przez morza i oceany”, podarowana przez tytułowego bohatera Cyganowi (w pierwowzorze Cegiełce). „Wyprawa Shackletona” Williama Grilla należy właśnie do tego gatunku marzycielsko-romantycznej literatury.
Za kilkanaście lat o utworze Grilla nie będzie się mówiło inaczej niż klasyk. Tylko czy klasyk książki dla dzieci? Klasyk komiksu? Klasyk książki ilustrowanej? Autor przekroczył ramy gatunków.
Opowieść o ostatniej wielkiej wyprawie antarktycznej (1914-1916) Ernesta Shackletona na statku „Endurance” zostaje uznana za najlepszą książkę ilustrowaną roku przez „New York Timesa”, Grill otrzymuje Nagrodę AOI („Oscara ilustracji”) za debiut. Historia rozrysowana jest fantastycznie – artysta operuje kredką w sześciu, może siedmiu kolorach – to obraz tworzy opowieść. Tekst, omawiający dramatyczną podróż statkiem, uwięzienie w lodach Antarktydy, podróż pieszo i saniami, ekspedycję powrotną, wystylizowany zostaje (dzięki zabiegom językowym) na zapiski reporterskie z epoki wiktoriańskiej.
Lecz przede wszystkim rysunek – Williama Grilla charakteryzuje przede wszystkim nieskrępowana wyobraźnia i brak strachu. Jeśli rysunek ma być wielokroć powtórzonym ornamentem, jeśli arabeską, to nią jest. Gdy pragnie osiągnąć wrażenie morskiej podróży – kreśli ciąg okrągłych wizerunków „Endurance” jakby w okularze lunety. Nie boi się uciekać od sztywnego kadru – tworzy rozkładówki jak wielkie freski. Kilkukrotnie powtórzony efekt samotnej, małej łódeczki lub statku zagubionego na prawie białej planszy, pokazuje ogrom antarktycznych przestrzeni, znikomość statku Shackletona.
Obrazki nie przekraczają nigdy granicy dobrego smaku. Dramatyzm sytuacji nie wynika z drastyczności przedstawienia – lecz wyniknąć może z inteligencji i wyobraźni młodego czytelnika. „Wyprawa Shackletona” może stanąć na półce, obok takich arcydzieł polskiej, książkowej ilustracji jak rysunki Jana Marcina Szancera do baśni Brzechwy czy „Pinokia” lub Jerzego Skarżyńskiego do „Trzech muszkieterów”.

Paweł Chmielewski

(recenzja - magazyn "Projektor" 5/2015)

„Funky Koval”, scenariusz – Maciej Parowski i Jacek Rodek, rysunki – Bogusław Polch, s. 212, Prószyński i S-ka – Wydawnictwo Komiksowe, Warszawa 2014.
„Ekspedycja. Bogowie z kosmosu”, scenariusz – Arnold Mostowicz, Alfred Górny, rysunki – Bogusław Polch, s. 392, Prószyński i S-ka – Wydawnictwo Komiksowe, Warszawa 2015.
„Wyprawa Shackletona”, scenariusz i rysunki – William Grill, s. 71, Wydawnictwo Kultura Gniewu, Warszawa 2015.

środa, 23 września 2015

Paradoks szkatułki „Yorgi 3. Komiks, którego nie było”, „Yorgi 4. Sąd ostateczny”, scenariusz Dariusz Rzontkowski, rysunki Jerzy Ozga)


[z tą recenzją jest trochę dziwnie - w stylu samego komiksu - powstała i została wydrukowana we wrześniu 2014 r. - "Yorgiego 3 i 4" Kultura Gniewu publikuje dopiero w sierpniu 2015. Czyli... mamy kolejny dowód na podróże w czasie ;) ]
Chichot historii. Przed PRL-owskim symbolem dostatku – sklepem Pewex – cinkciarz o fizjonomii gwiazdora Estrady z lat 60. i 70. sprzedaje dolary. Chichot – ten sam pieśniarz o aksamitnej barwie głosu i spojrzeniu zmęczonej sarny, powrócił triumfalnym tournee, nie tylko w osiedlowych domach kultury i polonijnych salkach parafialnych, ale na scenach największych festiwali. Zaś przedsiębiorstwo Pewex reaktywowano.
Tak zaczyna się część trzecia „Yorgiego” – scenariusz Dariusz Rzontkowski (grafik, znany m.in. jako twórca reklam z kabaretem Mumio), rysunki Jerzy Ozga (autor kikunastu komiksów i storyboardów dla Lecha Majewskiego). „Yorgi”, którego poprzednie części nosiły tytuły: „Hipnagogiczny stan Yorgiego Adamsa” i „Ucieczka z planety Vanish” nazywany był powrotem polskiego komiksu do SF po 20 latach od serii o Funkym Kovalu. Zaś w trzeciej odsłonie pewexowski zegarek z Myszką Miki (istotny element intrygi) stał się dziś barwnym przedmiotem pożądania, a telewizor marki Neptun, w którym czarno na białym można zobaczyć gest Kozakiewicza stoi dumnie, wśród modnych dekoracji w apartamentowcu stołecznej, korporacyjnej elity.
Świetlnego rycerza Yorgiego pożegnaliśmy (drugi zeszyt wydany na przełomie 2012 r.) w bliżej nieokreślonej przeszłości/ przyszłości, melanżu Metropolis Langa z konsumpcyjnym rajem Philipa Dicka jak z „Trzech stygmatów Palmera Eldritcha”, fabryki wymiennych wątrób, nerek i woreczków żółciowych, „Edenu” zaludnianego przez wyznawców dziwacznej religii, gdzie na plantacjach kolonii karnej hodowane są części zamienne. Świecie przyszłości czy świecie równoległym? Pęknięcie czasoprzestrzeni pokazywało w jednej ze scen wnętrze baru mlecznego z epoki gierkowskiej.
To nie przypadek, że „Rękopis znaleziony w Saragossie” Wojciecha Hasa na podstawie Jana Potockiego to ulubiony film autorów SF. Szkatułkowy świat Potockiego antycypuje Strugackich, Dicka, Żelaznego. Przejście z jednej opowieści w drugą, to jak przeskok portalem łączącym światy równoległe. „Yorgi” jest komiksem filmowym, nie wyłącznie dzięki zabiegom narracyjnym, ale również technice rysunku. Ołówkowe, dopracowane kadry tworzą wrażenie starej, wyblakłej kroniki. Technika, kreska, uległy delikatnej przemianie wraz z kolejnym zeszytem. Tutaj budują klaustrofobiczną strukturę ciasnych plansz. Rozmach i przestrzeń powrócą w części czwartej.
Szkatułkowa struktura „Yorgiego” pozwala na swobodną manipulację czasem. Kto będzie odnosił miejsca, wydarzenia, wypowiedzi postaci do realiów historycznych szybko stanie przed ścianą, którą pokonać może tylko Przechodzimur (jeden z enigmatycznych bohaterów komiksu). Opowieścią w opowieści jest paradokumentalna rejestracja, hipotetycznego spotkania Dicka z Lemem. Rozegrana w formie parodii (wykorzystane zostały stylizacje językowe i dickowski bon mot o autorze „Solaris” jako tajnym zespole pisarzy przy KGB), gdy dwaj mistrzowie piszą nieistniejącą księgę. Opowieścią w opowieści jest również nieistniejący komiks o Yorgim, czytany przez oficera MO w poczekalni szpitala psychiatrycznego. Opowieścią w opowieści są – przede wszystkim – chandlerowskie przypadki porucznika Jana Cieślika, poszukującego zaginionej żony.
Jest tu i pastisz „Facetów w czerni” (o Ewie wzywającej 07 nie wspomnę), rysunkowe żarty Ozgi – Yorgi pojawia się po raz pierwszy niczym Max Schreck, lecz w scenerii nadmorskiej, szpital w Tworkach zaludniają mutanci z „Pamięci absolutnej”, jest Breżniew na transfuzji w Klarysewie, portier o twarzy Lema i drugi jakby wyjęty z „Popiołu i diamentu” Wajdy. Wreszcie okładka ze światłocieniem i postacią w stylu „Stalkera”.
W tym szkatułkowym świecie Cieślika (vel Yorgiego – fizyczne podobieństwo bohaterów mogłoby zmierzać ku następnym paradoksom), Neosowieci budują rewitalizator, odnajdujemy scenę z łyżeczką braci Wachowskich, mamy polskie Roswell i surrealistyczną wykładnię długów ekipy Edwarda Gierka, wspomnienie zakamuflowanego Kongresu Futurologicznego w Krakowie. I oczywiście zakonspirowany Tajny Ośrodek Pozazmysłowy powołany przez radzieckie służby, który steruje prawie wszystkim. Długopisem recenzenta – być może – również.

Paweł Chmielewski
(recenzja - magazyn "Projektor 5/2014)
„Yorgi 3. Komiks, którego nie było”, „Yorgi 4. Sąd ostateczny”, scenariusz Dariusz Rzontkowski, rysunki Jerzy Ozga, Kultura Gniewu, Poznań.

poniedziałek, 21 września 2015

Tożsamość Adamsa ("Hipnagogiczny stan Yorgiego Adamsa", "Ucieczka z planety Vanish", rysunki Jerzy Ozga, scenariusz Dariusz Rzontkowski)

Na Międzynarodowym Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi pokazano po raz pierwszy komiks „Yorgi” z rysunkami Jerzego Ozgi i scenariuszem Dariusza Rzontkowskiego.
Autorzy są absolwentami ASP w Krakowie (wydział grafiki w Katowicach). Ozga mieszka w Kielcach, od ponad dwudziestu lat tworzy komiksy, uprawia malarstwo, jest autorem storyboardów do kilku filmów Lecha Majewskiego. Rzontkowski pracuje w warszawskiej agencji reklamowej, pisze teksty dla kabaretu Mumio.
„Yorgi” jest na polskim rynku komiksem wyjątkowym. Po pierwsze odwołuje się do klasycznej literatury science fiction, która po śmierci Zajdla i Lema przeżywa w Polsce regres. Poza Jackiem Dukajem prawie wszyscy autorzy fantastyki poszli w kierunku fantasy. Po drugie jest nakierowany na czytelnika dobrze poruszającego się nie tylko w kanonie sf, ale również klasyce filmowej, filozofii, historii religii. Jest absolutnym przeciwieństwem trochę surrealistycznych, prowokacyjnych, umieszczonych w polskich realiach najgłośniejszych komiksów ostatnich lat: „Jeża Jerzego” Rafała Skarżyckiego i Tomasza Leśniaka czy „Osiedla Swoboda” Michała Śledzińskiego.
„Yorgi” rozgrywa się w bliżej nieokreślonej przyszłości. Ludzkość, tworząca Ligę Siedmiu Planet, osiągnęła, zdawałoby się poziom szczęścia prawie absolutnego. Na masową skalę produkowane są organy zamienne, nikt zatem nie umiera. Każdy ma swobodny dostęp do narkotyków, które pozwalają trwać w błogostanie i zarazem kontrolować całą populację. Światem rządzą wielkie korporacje nadzorujące produkcję nowych trzustek, serc, nerek, benzedryny i opiatów. Gdzieś na obrzeżach znanego wszechświata egzystuje planeta obcych, wyznających tajemniczy kult i znających narkotyk pozwalający uzyskać jedność z kosmosem. Historia zaczyna się w chwili, gdy po trzystu latach od zakończenia wielkiej wojny wybucha kryzys, giną transporty środków odurzających, potentat Swan Fergusson musi zamykać kolejne fabryki, na Planecie Plantacyjnej (zarządzanej przez złowrogiego Ramsa) robotnicy pozbawieni kolejnego odcinka komiksu „Czarna Pantera” – jedyny przejaw sztuki w przyszłości – podnoszą bunt. Na arenę wkracza tajemniczy Yorgi Adams, ostatni rycerz świetlny i mesjasz nowego porządku.
W obrazie chaosu odczytujemy aluzję do schyłku republiki międzyplanetarnej w cyklu „Gwiezdnych wojen” George’a Lucasa, ale przede wszystkim do twórczości Philipa Dicka. Podobny w tonie traktat historiozoficzny, mający źródło w platońskiej filozofii, zadaje pytania: czy świat, który widzimy, jest realny czy to tylko odbicie idei? Czy istniejemy naprawdę, czy tylko śnimy? A może świat jest tylko snem Boga? Korporacjonizm, samotny bohater poszukujący absolutu, tajemniczy narkotyk to „Trzy stygmaty Palmera Eldritcha” lub „Przypomnimy to panu hurtowo” Dicka. Atrybuty fizyczne i psychiczne Yorgiego sytuują go gdzieś między rycerzem Jedi („Star Wars”) a zgorzkniałą postacią z kryminałów Chandlera (mamy oczywiście kobietę fatalną, która nie jest tym za kogo się podaje), bohaterowie posługują się cytatami, aluzjami do Lema, Lucasa, Roberta Heinleina („Odyseja kosmiczna”). Finałowe, zaskakujące rozstrzygnięcie jest bardzo w duchu rozważań teologicznych Dicka.
Jak w każdym komiksie świat przedstawiony budują również rysunki. Jerzy Ozga stworzył je w charakterystycznym dla siebie, czarno-białym, ascetycznym stylu, z którego jest znany od debiutu w 1989 r. („Księga miecza”). Konstruując kadry nawiązał do wielu znanych ujęć z filmowej klasyki. Na poziomie tekstu i rysunku mamy więc grę z czytelnikiem. Widzimy z innej perspektywy słynne schody z „Pancernika Potiomkina” Sergieja Eisensteina, miasto przyszłości z latającymi samochodami („Metropolis” Fritza Langa), nad barem wiszą obrazki odwołujące się do „Śpiocha” Woody Allena, jest targ jak z pierwszej części sagi Lucasa, wizerunki z filmów Terry’ego Gilliama, trylogii „Matrix”. Mamy kadry nawiązujące do renesansowego malarstwa religijnego.
„Yorgi” to chyba najlepszy polski komiks kilku ostatnich lat, o którym idąc tropem Zygmunta Kałużyńskiego – wielkiego admiratora historii z dymkiem – można napisać, że czyta się w nim również obrazy.

Paweł Chmielewski

(recenzja - miesięcznik "Teraz" nr 94)

"Yorgi", rys. Jerzy Ozga, scen. Dariusz Rzontkowski, s. 95, wyd. Kultura Gniewu, Warszawa 2011/2012.