poniedziałek, 18 lipca 2016

Sturm und Drang X Muzy ("Kino nowofalowe", T. 3 "Historii kina")

W maju ubiegłego roku na MFF w Cannes miał premierę dokument „Orson Welles – blaski i cienie”. Nakręcony w setną rocznicę urodzin reżysera, złożony z wywiadów z autorem „Wspaniałości Ambersonów”, przyjaciółmi i współpracownikami, pokazał pewien paradoks – jeden z największych nowatorów kina nie potrafił odnaleźć się w Hollywood przełomu lat 60. i 70.
Rządziło już następne pokolenie reżyserów i producentów, każdy z nich chciał zjeść z Wellesem lunch, ale nikt nie chciał robić filmów. W Europie, gdzie był uwielbiany, niewiele nakręcił. Tych parę zdań z dokumentu streszcza istotę „Kina epoki nowofalowej”, trzeciego tomu „Historii kina” wydawnictwa Universitas.
To Sturm und Drang X Muzy – francuska i czeska Nowa Fala, polskie Kino Moralnego Niepokoju, nowe kino skandynawskie, brytyjscy Młodzi Gniewni z czasów kiedy obywatele imperium utracili wiktoriańskie przekonanie o swojej wyższości nad innymi nacjami i stanęli przed koniecznością zredefiniowania swojego miejsca w świecie. W ciągu kilkunastu miesięcy zniesiona zostaje kara śmierci, umiera Winston Churchill, powstaje zespół Pink Floyd, Antonioni kręci „Powiększenie”, Kubrick „Dr Strangelove”, Polański „Wstręt”, a Anglicy zdobywają Puchar Rimeta. Londyn jest w latach 60. stolicą popkultury i tutaj powstają jedne z najważniejszych filmów epoki.
„Historia kina”, pod redakcją Tadeusza Lubelskiego, Iwony Sowińskiej i Rafała Syski, została obliczona na cztery tomy (pierwszy okres niemy, drugi – klasyczny), encyklopedycznej, ale i popularyzatorskiej narracji – autorami trzeciej części (liczącej ponad 1500 stron) jest 33 filmoznawców. Od początku było wiadomo, że nie będzie to książka do czytania jednym tchem. To przewodnik, do którego sięgamy chcąc się dowiedzieć czegoś o francuskim kinie awangardowym, poszukać informacji o obrazie z udziałem Włodzimierza Majakowskiego czy „aferze Thorsena” – duńskiego reżysera, przedkładającego scenariusz o Jezusie, prowokujący nawet notę dyplomatyczną papieża, zaś minister kultury – w obawie przed skandalem i małą „wojną domową” – ucieka się do ciekawego zabiegu, podając, że film nie może być zrealizowany, bo narusza prawa autorskie ewangelistów.
Sięgnijmy na chwilę i przypomnijmy dwa pierwsze tomy serii. Początki amerykańskiej kinematografii – która w najnowszej odsłonie lat 60. już przestaje dominować i drugi oddech zyskuje w latach 70. – to czas, gdy film okazał się najdoskonalszą formą komunikacji, elementarzem ubogich osadników oraz promocją amerykańskich mitów, które wyrosły z doświadczeń kosmopolityzmu, idealizmu i przekonania o nieodzownie czekającym za oceanem sukcesie. Obserwowaliśmy w tomie „niemym” powstanie „wielkiej piątki” studiów filmowych, ciekawostki jak paradokumentalne próby z egzekucji Leona Czołgosza (zabójca prezydenta McKinleya). W tomie „klasycznym”, wciąż dyktujący warunki Hollywood idzie na wojnę, a na potrzeby fabryki snów przekuwane są popularne mity. To okres dominacji i upadku kina noir. Wprawdzie za najwybitniejszy amerykański film lat 40. uznali autorzy „Najlepsze lata naszego życia” Williama Wylera. I tu miałem kłopot. Skłaniałbym się raczej ku obrazom „Obywatel Kane” lub „Stracony weekend” czy „Podwójne ubezpieczenie” Wildera. Piąta dekada Hollywood – domykająca tom drugi – z dominującym wpływem westernów i musicali, to była ta kropla skałę drążąca. Już wiemy, dlaczego Fellini, Bergman, Anderson, Godard, Bresson nie zaczynali i nie robili kariery w Mieście Aniołów.
„Historia kina” to nie pierwsza tego rodzaju publikacja w Polsce. Istnieje „Historia sztuki filmowej” Jerzego Toeplitza czy „Kino, wehikuł magiczny” Adama Garbicza i Jacka Klinowskiego. Krakowskie wydawnictwo ujmuje jednak fakty ze współczesnej perspektywy, w szerokim kontekście historycznym i kulturowym. Omawia (w pierwszym tomie) chociażby mało znaną kinematografię duńską czy bodaj najważniejszy niemy film SF „Aelita” Jakowa Protazanowa (pominięty w „wehikule magicznym”).
Kino nowofalowe to jednak nie tylko wielkie nazwiska włoskiej, brytyjskiej czy francuskiej kinematografii. Autorzy przypominają geniuszy (warto użyć tego rzeczownika) „zza żelaznej kurtyny”. Zapomniani trochę i niedoceniani artyści z Węgier, Czechosłowacji i byłego ZSRR – przede wszystkim z Tarkowski i Szepitko – tworzą przejmujące, rozrachunkowe czarno-białe obrazy, nierzadko posługujące się alegorią czy językiem ezopowym, wymagające inteligencji nie tylko od realizatorów, ale i odbiorców.
W kalejdoskopie awangard i eksperymentów formalnych nie gubi się kino dokumentalne i świetne animacje – znów w większości radzieckie, ale i polskie. Gatunkowe przenikanie to znak czasu – Nouvelle Vaque (nowa fala) w chwili narodzin – wraz z ekranizacją powieści Raymonda Quene’au „Zazi w metrze” przez Louisa Malle’a – miała charakter paradokumentalny. Ta nowa fala, która zostaje pokazana na przykładzie kinematografii, tak dla nas egzotycznych, jak brazylijska czy Australii, która – tu odmienność geograficzno-artystyczna – jest „nowofalowym” krajem mężczyzn, buntowników, antysystemowców, zarażonych syndromem – współzawodnictwa – coś jak James Dean, dekadę później (?), malowanych przez operatorów na wzór krajobrazów XIX-wiecznych impresjonistów.
Która z kinematografii nowego otwarcia trawiona jest zestawem paradoksów, umiera, odradza się, zdobywa międzynarodową sławę i uznanie? Irańska. Z początkiem lat 70. zaczyna być kinem autorskim, docenianym przez perskich pisarzy. Jest w opozycji do hollywoodzkiej komercji, jakiej domaga się masowy widz, intelektualnie sprzeciwia się autorytaryzmowi szacha, ale najbardziej atakowana jest przez tzw. „bazar” i ajatollahów, którzy u schyłku dekady przeprowadzą rewolucję, czyniąc z Iranu teokrację. Wybitne kino perskie odrodzi się dopiero po kilkudziesięciu latach, o Kiarostamim, Majidim przeczytamy szerzej pewnie dopiero w tomie czwartym. Jeszcze afrykańskie filmy postkolonialne, fabuły kanadyjskie – pokonujące prymat dokumentu, początki filmografii Cronenberga, Grecy, Rumuni, spektrum kina indyjskiego. Książka z gatunku obowiązkowych.
Ciekawe czy w tomie czwartym autorzy spróbują przekonać czytelników, że „Avatar” Jamesa Camerona to coś więcej niż tylko nadmuchana technologią, lecz płytka w sumie opowiastka. Ta czwarta część powinna być najbardziej nowatorska, komputerowa i odkrywcza. Wkroczymy przecież do epoki filmów z „matrixa”, ekranizacji mrocznych komiksów Millera i skądinąd świetnego, powracającego do epickich korzeni (przynajmniej w części pierwszej) „Hobbita” Petera Jacksona. I seriali, które stają się kinem.
Paweł Chmielewski
(recenzja - magazyn "Projektor" 2/2016)

niedziela, 17 lipca 2016

Imiona wolności, imiona śmierci (Magdalena Grzebałkowska, "Beksińscy. Portret podwójny")

Odwiedzających wita zdjęcie odwróconej kobiety, spiętej – jak baleron – szpagatem. To „Gorset sadysty”, jedna z wcześniejszych prac fotograficznych Zdzisława Beksińskiego. Wystawa w studenckim klubie „Wspak” (współorganizowana przez Fundację Beksiński, Muzeum Historyczne i UJK) trwa cztery dni.
W książce Magdaleny Grzebałkowskiej „Beksińscy. Portret podwójny” – która spowodowała renesans zainteresowania i medialny szum w 2014 r. – czytamy dokładny opis powstania zdjęcia. A rejestrów, relacji, cytatów w biografii Zdzisława i Tomasza Beksińskich jest kilka tysięcy. Może wolałbym powieść narracyjną jak Julii Hartwig o Apollinairze, ale to jest reportaż. Autorce chodziło o zebranie skrawków, zapisów (fonograficznych, potem filmowych, które Beksiński ojciec sporządzał przez kilkadziesiąt lat), rozmów. Ten podwójny portret do doskonały scenariusz (komentarz z offu już jest gotowy) na film dokumentalny. Powieść jeszcze zaczeka.
Zaczyna się opowieść o Beksińskim we „Wspaku” od fotografii i potem mamy grafikę komputerową. To początek i koniec fascynacji artystycznych znanego malarza. Zaczynał jako członek ZPAF (doceniany) i projektant autobusów (przez władzę niedoceniony). Kręcił filmy, pisał, próbował komponować. Tworzył rzeźby, reliefy, malował, w latach 80. zafascynował się techniką grafiki komputerowej i fotomontażu. Tomasz był wrogiem postępu, nie cierpiał komputerów, przebrany w pelerynę udawał wampira z wiktoriańskiej noweli. Pierwszy macintosh Zdzisława kosztował czterdzieści tysięcy dolarów, tworzył grafiki na tablecie i udostępniał za darmo w sieci. Tomasz odbierał tylko e-maile na jego komputerze.
Cichymi bohaterami, drugim tłem tej opowieści są Matka i żona Zofia i marszand Piotr Dmochowski (dziwaczna to relacja). Tomasz kilka razy próbuje się zabić, Zdzisław nie chce wychodzić z domu, boi się wernisaży. Obaj mają obsesję śmierci. Samobójstwo (1999), zabójstwo (2005), tak kończą się te żywoty równoległe. Reportaż Grzebałkowskiej od początku nas na to przygotowuje. Odpowiedzi nie daje – to reportaż. Czekamy na narrację powieściową o Beksińskich.
Nie przystawali, byli odklejeni – od świata, od konwenansów. Tomasz Beksiński nie cierpi ciepłej coli, deszczu, komputerów, jedzenia w kinie, kościoła katolickiego, lektora K,. papierosów, piercingu, Polsatu, podróżowania, rapu, sąsiadów (hałaśliwych) – tu polecam sięgnąć po książkę i sposób na nich, sportu, spóźniania, telefonów przed dwunastą w południe.
Było też na wystawie zdjęcie – usta rozwarte w potwornym krzyku. Co próbował Zdzisław Beksiński nam powiedzieć?
Paweł Chmielewski
(recenzja - magazyn "Projektor" 2/2016)

sobota, 16 lipca 2016

Hobbit nie spadł z nieba ("Beowulf" - tłumaczenie i komentarze J. R. R. Tolkien)

Pewnego razu, dawno, dawno temu, w niewielkiej chatce Bilbo Bagginsa zjawia się Thorin II Dębowa Tarcza, dwunastu krasnoludów i czarodziej Gandalf. Razem z – cokolwiek zaskoczonym hobbitem – piętnaście postaci. Wyruszają odbić górę Erebor i pokonać smoka Smauga. Dlaczego smoka? Dlaczego piętnastu?
Wszystko zaczęło się w latach 30. ubiegłego wieku, podczas wykładów z lingwistyki staroangielskiej na Oxfordzie. Profesor John Ronald Reuel Tolkien dokonał roboczego przekładu średniowiecznego poematu „Beowulf” i opatrzył go rozbudowanym komentarzem objaśniającym konteksty językowe, literackie, historyczne i mitologiczne tekstu. Jeden z najstarszych zabytków angielskiego piśmiennictwa, liczący 3182 wersy, spisany (z podań ustnych) ok. 700 roku. Ocalała kopia rękopiśmienna datowana jest na koniec X w. Notatki z wykładów Tolkiena, przekład „Beowulfa” oraz „Sellic Spell” (prozatorską, apokryficzną – sięgającą do równoległej tradycji ludowej – wersję) zredagował i wydał w 2014 r. syn pisarza, Christopher.
Staroangielski poemat, pisany wysmakowanym językiem, być może hermetyczny dla współczesnego odbiorcy, wraz z erudycyjnym komentarzem Tolkiena, ukazuje nie tylko osmozę kultury średniowiecznej (chrześcijańskiej, celtyckiej, nordyckiej), wspólne mitologiczne toposy, ale pozwala rozpoznać wątki, artefakty (tak istotne dla każdej opowieści baśniowej) i postaci, które tworzą tkankę „Hobbita” i „Władcy pierścieni”.
W warstwie narracyjnej to opowieść o herosie (tytułowym Beowulfie), który przybywa na – pustoszony przez Grendela – dwór duńskiego króla Hrothgara, zabija potwora, jego matkę, toczy zwycięskie bitwy, zasiada na tronie Gaetów, po pięćdziesięciu latach rządów ginie w pojedynku (zwycięskim) ze smokiem. Ciekawszy jest kontekst. Tolkien analizuje postać Grendela w odniesieniu do starotestamentowych wizerunków złego, nordyckich podań, językowe i stylistyczne wpływy saksońsko-skandynawskie – a przy okazji epicko-homeryckie prawie – są aż nadto widoczne. „Beowulf” (w translacji autora „Silmarillion”) zaczyna się słowami: Wej! Słyszeliście o chwale dawnych królów, władców Duńczyków z Włóczniami, i jak książęta owi czynili czyny męstwa. Inwokacja do „Wieszczby Wolwy” ze staroislandzkiej „Eddy poetyckiej” brzmi: Słów mych słuchajcie, potomkowie święci. Lecz skąd tych piętnastu w drużynie Thorina?
Wczytajmy się w przekład i komentarze Tolkiena. Idźmy po śladach. Zaczynamy opowieścią o mężnym Scyldzie (tłumaczonym jako „tarcza”). Już wiemy skąd przydomek Thorina. Kwitnący i upadający dwór Hrothgara – Heorot, to zarazem odbicie arturiańskiego Camelotu, ale i wizja tolkienowskiego Ereboru, Gondoru, wszystkim schyłkowych królestw jego epiki. Beowulf wyprawia się na Grendela z piętnastoma towarzyszami. Unferth (doradca Hrothgara) – zazdrosny, podstępny, zostaje przetrawestowany w postać Grimy (Gadziego Języka), sprawcy upadku króla Rohanu – Theodena we „Władcy pierścieni”. Smok leżący na skarbie budzi się, gdy niewolnik („obcy”/„wykluczony”) kradnie puchar, zaczyna pustoszyć królestwo Beowulfa – figura jak z „Hobbita” – Smaug. Symbolicznym artefaktem, zniszczonym i przekutym jest miecz, w trylogii, to Narsil Aragorna.
Poemat i zebrane komentarze to wstęp do epickiego świata Śródziemia, oplecionego wokół mitologii germańskiej, nordyckiej, eddy Snorriego Sturlusona (islandzki zabytek), „Historii królów Brytanii” Geoffreya z Monmouth, fundament nurtu fantasy.
„Beowulf”, dzięki Tolkienowi, stał się jednym z najważniejszych tekstów budujących (poprzez m.in. komiksy Marvela, dziwaczną animację Zemeckisa z Malkovichem i Hopkinsem, ekranizacje Petera Jacksona) tkankę symboliczną współczesnej popkultury. 
Paweł Chmielewski
(publikacja - magazyn "Projektor" 2/2016)

sobota, 28 maja 2016

Przekonać nieprzemakalnych ("Szwecja czyta. Polska czyta")

W amerykańskich serialach familijnych, kinie obyczajowym, nawet horrorach (tuż przed nadejściem złego) rytuałem jest wspólne czytanie książki przez rodziców i dzieci. Każdy z byłych prezydentów USA funduje bibliotekę swego imienia – zrobili to nawet nielubiany Richard Nixon i fikcyjny Frank Underwood (jeszcze jako kongresman).
Polscy politycy podobno boją się fotografować na tle księgozbiorów, żeby nie stracić wyborców. W zbiorze wywiadów – z tłumaczami, pisarzami, dziennikarzami, bibliotekarzami – zatytułowanym „Szwecja czyta. Polska czyta” jest wiele ekwilibrystycznych porównań, ale najbardziej obrazowe przywołuje dwie postaci literackie – komisarza Kurta Wallandera z powieści Henninga Mankella, który ma w domu dużą bibliotekę i często pojawia się z książką. W zestawieniu z nim prokurator Szacki z cyklu Zygmunta Miłoszewskiego to „ćwierćinteligent”, czytający tylko akta spraw.
Część publikacji dotycząca Polski przygnębia – ponury, bury obraz świata, zdominowanego przez samorządowców, męczących się nad problemami bibliotek, książek i kultury. Nieprzemakalnych, którzy nie za bardzo rozumieją, że społeczeństwo oczytane, to społeczeństwo innowacyjne, kreatywne i bogate. Jak zły sen rozmówcy przywołują projekt ustawy „o stałych i regulowanych cenach”, popieranej przez Polską Izbę Książki – która „przetestowana” chociażby w Norwegii, wywindowała ceny w kosmos i zniszczyła wielu małych wydawców.
Gdy nawet mamy urzędników rozsądnych i pomysły ciekawe, to – tu sięgnę do zbiorowego doświadczenia kilku moich znajomych – nagle słyszymy z ust osoby kierującej placówką kultury, deklarację, iż książek nie trzeba recenzować, nie trzeba ich czytać, ergo literatura jest zbędna. Tak automatyczne i samoistne wykluczenie z kręgu cywilizacji śródziemnomorskiej (bo czymże jest negacja książki?), powinno sprawić, że kamień płakałby krwią na kieleckim bruku. Lecz wszystko jest przecież, tylko – jak pisał poeta – kwestią smaku.
Model szwedzki – który uczynił z literatury i praw do jej ekranizacji, jedną z najważniejszych dziedzin skandynawskiej gospodarki oraz kulturowy fenomen, opiera się na całkiem innych zasadach. Zacznijmy od ekonomii – „karuzeli i huśtawki” – tytuły bestsellerowe pozwalają na finansowanie publikacji ambitnych. VAT na książki został obniżony Czytelnictwo w Szwecji było zawsze egalitarne i demokratyczne, bardzo powszechne w kręgach robotniczych, od kilku wieków wspierane przez kościół protestancki. Każda gmina ma ustawowy obowiązek utrzymywać bibliotekę z działem dziecięcym. W większości dzienników i tygodników minimum dwie strony muszą być przeznaczone na recenzje. Na spotkania z pisarzami (biletowane) przychodzą tłumy. Wreszcie zawód redaktora wydawniczego jest prestiżowy i cieszy się ogromnym szacunkiem.
Literatura kraju Strindberga i Lagerkvista jest w Polsce bardzo popularna. W drugą stronę to nie działa. Stefan Ingvarsson (tłumacz) podsumowuje: Polska ma dobrych poetów, doskonałe książki ambitne i fantastykę oraz reportaż, ale nie ma tradycji pracy nad fabułą. W Polsce właściwie nigdy nie zaistniała powieść środka. Czasem tylko rozmówcy ze Sztokholmu czy Malmö upatrują problemu skandynawskiej literatury w jej sukcesie i dominacji kryminału oraz demokratycznej zasadzie, że można w dyskursie zignorować np. Homera. 
Paweł Chmielewski
(recenzja - "Projektor" 1/2016)
"Szwecja czyta. Polska czyta", s. 317, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2015.

Metamorfoza sybaryty z Zwittau (David M. Crowe, "Oskar Schindler. Prawdziwa historia")

Za kilkanaście miesięcy minie 25. rocznica powstania jednego z najważniejszych filmów końca ubiegłego wieku, a na pewno najlepszego w dorobku reżysera „kina nowej przygody” – Stevena Spielberga. Mowa oczywiście o „Liście Schindlera”.
O Oskarze Schindlerze pierwszy raz dowiedziałem się jeszcze mieszkając w Krakowie, gdy na ścianie kamienicy przy ulicy Gazowej, tuż obok nieistniejącego od paru lat kina „Wisła”, wisiał plakat – producent filmowy poszukiwał statystów, ciemnowłosych, najlepiej całych rodzin oraz wypożyczał przedwojenne rekwizyty – ubrania, obuwie, walizki. Potem na ulicy Szerokiej (w zasadzie placu) zaparkowały ciężarówki, parę ekskluzywnych samochodów, kręcił się niski człowiek w zielonej kurtce z kożuchem, prostokąt ulic otoczono taśmami, obstawiono policją i „coś” montowano. Kilka dni później wracałem wieczorem z centrum. Było ciemno. Przeszedłem przez plac i nagle trafiłem na ciąg bram z dziwnymi napisami, szyldów z gwiazdą Dawida. Planu zdjęciowego nikt nie pilnował. Pobiegłem do domu po aparat i zrobiłem kilka zdjęć. Wciąż jednak nie wiedziałem kim był Oskar Schindler.
Kim w takim razie był Oskar Schindler? Czy naprawdę godnym szacunku wybawcą, jakim jawi się w filmie Stevena Spielberga „Lista Schindlera”? Czy też uganiającym się za kobietami alkoholikiem obdarzonym wątpliwymi umiejętnościami biznesowymi? – tak zaczyna biografię przemysłowca z Zwittau pisarz David M. Crowe, wykładowca, honorowy przewodniczący Stowarzyszenia na Rzecz Studiów nad Nacjonalizmem Uniwersytetu Columbia, członek komitetu Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie. Autor dotarł do niepublikowanych dokumentów, listów rodzinnych, ale przede wszystkim bogatych archiwaliów czeskich (Zwittau, to dzisiejszy Svitavach na Morawach), polskich, niemieckich, argentyńskich (tam po wojnie przez kilka lat mieszkał Schindler), amerykańskich i izraelskich. Są wśród nich stenogramy przesłuchań, raporty policyjne, zeznania świadków przed komisjami badającymi zbrodnie nazistowskie, sentencje wyroków. Spotykał się z „dziećmi Schindlera” (tak nazywał Oskar „swoich” Żydów, których ocalił z zagłady), byłą żoną, wielokrotnie odwiedzał Polskę, Czechy i Izrael, przestudiował korespondencję i notatki prasowe z kilkuletnich, nieudanych prób nakręcenia filmu jeszcze w latach 60. i 70.
To najpełniejsza biografia niemieckiego Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata – tytuł otrzymał dopiero pośmiertnie, za życia posadził tylko drzewko, ale wobec sprzeciwu niektórych członków Yad Vashem nie ujrzał oficjalnego dyplomu – który obok Raoula Wallenberga i Ireny Sendlerowej uratował największą liczbę Żydów podczas II wojny światowej – ok. 1200 osób. Crowe pisząc biografię i przywołując kolejne fakty z życia Schindlera – zwłaszcza te dotyczące prowadzenia fabryki w Krakowie – konfrontuje je z obrazami filmowymi Spielberga.
Reżyser „Szczęk” i „Imperium słońca” nie chciał początkowo ekranizować książki Thomasa Keneally’ego „Arka Schindlera” (na niej oparto scenariusz), proponował ją Romanowi Polańskiemu (odmówił ze względu na bliski związek z obozem w Płaszowie – zginęła tam jego matka) i zatrudnił Martina Scorcese. Hamletyzowanie (świetnie opisane) wielkiego reżysera kończy się po kilku latach i zgoda na zamianę zostaje przehandlowana ze Scorcese za... „Przylądek strachu”. Autor biografii długo analizuje i szuka np. słynnej „dziewczynki w czerwonym płaszczyku” (kilka hipotez) i pokazuje jak w rzeczywistości powstała słynna „lista”. Jej autorem nie był wcale Schindler, który organizował wtedy przeniesienie fabryki do Czech, a przez parę dni, aresztowany przez gestapo, siedział w więzieniu. Listę ułożył – nie bez egoistycznych intencji ktoś całkiem inny (tu odsyłam do książki). Chwytające za gardło sceny nocnego pisania przez Liama Neesona i Bena Kingsleya, ostatniej przemowy Oskara Schindlera (ze złotą odznaką jako symbolem dwójki ocalonych z Holocaustu) nigdy nie miały miejsca. Crowe punktuje je po kolei, ale myślę, że filmowa wersja Spielberga nie byłaby tym, czym jest, czarno-białym arcydziełem o potwornej sile rażenia, gdyby ściśle trzymała się życiorysów.
„Oskar Schindler. Prawdziwa historia” to również rozbudowane tło historyczne. Autor kreśli szeroką perspektywę systemu biurokratycznego Generalnej Guberni, wyjaśnia okoliczności i uwarunkowania ataku III Rzeszy na Czechosłowację i Polskę (pamiętajmy, że odbiorcą jest przede wszystkim czytelnik anglosaski). Duży rozdział traktuje o postaci Amona Götha, komendanta obozu pracy (potem koncentracyjnego) w Płaszowie. Diaboliczna relacja Schindlera usiłującego przekupić i obłaskawić Götha, stanowi jedne z ciekawszych fragmentów książki. Bez nazistowskiego zbrodniarza nie byłoby „anioła” Schindlera. Göth i Schindler stanowią manichejskie odbicie natury świata.
David M. Crowe wciąż stawia pytania, kiedy Oskar Schindler zaczął być dobry. Dlaczego stał się dobry? Jeszcze przed wojną (w jej trakcie i po zakończeniu również) znany był z hazardowych długów, pijaństwa (kilka razy aresztowany) i licznych kochanek. Uwielbiał życie. Był agentem Abwehry, który jeszcze na terenie Czech współtworzył plany dywersji przeciw Polsce. Postawiona zostaje teza, że uczestniczył w operacji „Himmler” (m. in. atak na radiostację w Gliwicach). Do Krakowa przyjechał tylko po to, aby się wzbogacić, słysząc, że za bezcen można tu przejąć pożydowskie fabryki.
Kiedy więc następuje metamorfoza Oskara Schindlera? Nie otrzymujemy bezpośredniej odpowiedzi. Crowe stawia tezę, że dopiero w zetknięciu z Göthem, patrząc na likwidację krakowskiego getta, aresztowany przez gestapo („za prożydowskie i propolskie sympatie”) zaczyna być nie tylko finansistą, ale zaczyna dojrzewać jako człowiek. Ostatecznej odpowiedzi nie otrzymujemy. Wraz z nią biografia przestałaby nas interesować. Życiorys bez tajemnicy, to życiorys mało ciekawy.
Paweł Chmielewski
(recenzja - "Projektor" 1/2016)
David M. Crowe, Oskar Schindler. Prawdziwa historia, s. 862, Prószyński Media, Warszawa 2015. 

Jest na wzgórzu dwór Mendoga (Tadeusz Lubelski "Historia kina polskiego")

„Historia kina polskiego”, nie filmu, a właśnie kina – to tytuł obszernej (793 strony drobnym druczkiem) książki Tadeusza Lubelskiego. Nie poruszamy się tylko w zaklętym kręgu ustawień kamery, kreacji aktorskiej, szybkiego montażu, korespondencji muzyki z obrazem. Film jest częścią życia społecznego, zależy od politycznych decyzji i ekonomicznych uwarunkowań. To historia rzucona na tło szerokie, panoramiczne.
Czytając ostatnie fragmenty zastanawiałem się czy lepszym –bezpieczniejszym – pomysłem byłoby doprowadzenie historii do roku 2000, może 2005, zamiast zakończenie jej na produkcjach wyświetlanych kilka miesięcy temu (w książce znajdujemy nawet informację o śmierci Marcina Wrony). Dystans byłby bezpieczniejszy, choć z drugiej strony, zamysł autorski pozwala spojrzeć na najnowsze filmy w prawie szerokoekranowym planie.
Historia kina, to historia technicznego postępu. Zanim poznamy pierwsze polskie filmy, Lubelski dokładnie relacjonuje najstarsze próby, pokazy, rywalizację firm produkujących sprzęt, przytacza relacje z planu najwcześniejszych, króciutkich filmów, kreśli sylwetki producentów, ich opór wobec dźwięku, kreowanie mody, ceny biletów. Dość dużo anegdot (zwłaszcza w rozdziałach poświęconych międzywojniu), cytatów i odsyłaczy do artykułów prasowych, prac naukowych, wywiadów, tworzy bogaty materiał bibliograficzny. Sugestia autorska jest dość jasna – kto chce niech sięga głębiej. Nie wiem czy zaproponowałbym lekturę linearną „Historii polskiego kina”, raczej hasłowo-encyklopedyczną – konkretny film, reżyser, scenarzysta, nurt gatunkowy i zabawę w śledzenie, który z twórców uznawany jest przez Lubelskiego za wybitnego. Nie ma tej egzemplifikacji w tekście, lecz Wojciech Has i Krzysztof Zanussi zdają się najbliżsi wrażliwości krakowskiego filmoznawcy. Również Kieślowski, zmiażdżony przez krytykę oficjalną i opozycyjną za obraz „Bez końca”.
Tadeusz Lubelski proponuje analizę polskiego kina z punktu widzenia strategii i postaw twórczych (tu przypomina się klasyczne dla literaturoznawstwa dzieło o strategiach poetyckich Edwarda Balcerzana), parafrazując tytuły słynnych filmów i utworów literackich. Mamy zatem „Fabulatorów”, „Mikrobiografów”, „Artystów” i „Z punktu widzenia: -wykluczonych, -wchodzących w życie”, zapożyczenia od Brandysa i Hłaski.
Po rozpoznaniu 120 lat historii polskiego kina rozumiemy, co najbardziej szkodzi sztuce – paternalizm i polityczne zamówienie. Służą temu zwłaszcza trzy przypowieści. Dwa przypadki – niemożność, niszczenie scenariuszy (przykładem „Robinson warszawski” o Szpilmanie według pomysłu Czesława Miłosza) i reżyserskiej inwencji w okresie 1945-1956 oraz skazanie na niebyt wielu arcydzieł w stanie wojennym, to czarny scenopis dziejów.
I tylko jedna, najstarsza przypowieść jest zabawna. Pierwszy okres po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. to wysyp filmów patriotycznych, ekranizacji literackiej klasyki. Największym przedsięwzięciem okazał się „Pan Tadeusz”. Obraz współfinansowany przez państwo, reżyserowany przez doskonale „usytuowanego” Ryszarda Ordyńskiego, o budżecie pół miliona złotych (starałem się znaleźć przelicznik równowartości – to prawdopodobnie ponad 20 mln współczesnych złotych). Po premierze marszałek Piłsudski miał powiedzieć Ordyńskiemu: Otóż w dawnych czasach żył na Litwie książę Mendog. Posiadał wielki zamek. Bywało, że zapraszał gości na ucztę... a później ich mordował... No, do widzenia panu, do widzenia.
Pouczające. Nie tylko dla reżyserów.

Paweł Chmielewski

(recenzja "Projektor" - 1/2016)

Tadeusz Lubelski, „Historia kina polskiego”, s. 793, Wydawnictwo Universitas, Kraków 2015.

środa, 25 maja 2016

Noworodek ("Komiks i my")


Zacznijmy od tego, że operator pocztowy pobił jeden z rekordów świata (albo przynajmniej Polski). Z Poznania, przez Jelenią Górę i Tarnobrzeg, po pięciu miesiącach dotarły do redakcji dwudzieste „Zeszyty Komiksowe”, a kilka dni później otrzymałem pierwszy numer nowego magazynu „Komiks i my”. 
To bardzo ciekawe, wręcz genialne, bo mam oto dwie strony komiksowego medalu. Demokracja i wolność słowa są jednak super, jeśli nawet cokolwiek, ktokolwiek i gdziekolwiek wmawiano by czytelnikom pogląd przeciwny. „Zeszytami Komiksowymi” zajmę się trochę później i w innym miejscu. Najpierw noworodek czyli „Komiks i my”.
Magazyn pięknie wydany, przede wszystkim czysty, przemyślany projekt graficzny. Pięciu autorów. To może niewielu jak na magazyn 64-stronicowy, ale zakładam, że tak wyglądają tylko początki i stopniowo, zarówno rysowników jak i publicystów będzie przybywać. Może tylko troszeczkę zabrakło mi artykułu albo chociaż przywołania Macieja Parowskiego, bo przecież tytuł magazynu odwołuje się do jego słynnego eseju z lat 80. Autorem recenzji jest Sławomir Zajączkowski (zarazem redaktor naczelny „Komiksu i nas” – tak chyba powinniśmy odmieniać tytuł periodyku), który w dwóch tekstach: „Komiks frankofoński w służbie Mahometa” i „V jak Vendetta” pokazuje inną, cokolwiek ciemną stronę opowieści graficznych. Można z autorem się nie zgadzać, ale nie można mu odmówić pasji polemicznej – czasem być może zbyt ostrej. Za ciekawszy uznaję tekst o komiksie Alana Moore’a, który proponuje odczytanie albumu jako nihilistycznego manifestu. Nawet nazwałbym, że trochę w duchu turgieniewowskich "Ojców i dzieci". Lubię takie konfrontacje - z jednej strony recenzja, z drugiej strony chociażby filmowa adaptacja. Domykający numer "blogger" Krzysztofa Wyrzykowskiego - wyjaśniający fenomen Thorgala i jego znaczenie dla całego pokolenia rysowników - mieści się w konwencji luźnych wpisów, choć oczywiście nie ma tego ciężaru gatunkowego wcześniejszej publicystyki.
Komiksy – Grzegorz Weigt kompletnie do mnie nie przemówił. Być może miałem problem (klasyczne zmęczenie materiału) przy lekturze ze względu na powód dość prozaiczny – krój czcionki, który jest najzwyczajniej nieczytelny. Podobały mi się króciutkie „stefanki” (nie mylić z imieninami Żeromskiego) czyli „Przygody Stefana” Mieczysława Skalimowskiego. Potem już było coraz lepiej. „Idioci” Krzysztofa Wyrzykowskiego – inteligentna parafraza „Czarnoksiężnika z krainy Oz”, z zakończeniem zrozumiałym tylko w kontekście ekranizacji książki. Metafizyczne sf Piotra Promińskiego „Stacja kontroli dusz” to już ekstraklasa, przede wszystkim graficzna (wycyzelowana czerń i biel), zaś warstwa językowo-scenariuszowa komiksu wymaga niezłej znajomości zagadnień teologicznych. Ale to dobrze. W końcu komiks powinien również zachęcać do myślenia w różnych kategoriach.
I czekam na drugi numer.

środa, 27 kwietnia 2016

Podróż do krainy różowych delfinów (Bolesław Chromry, "Renata")


Nieważne, ważne, że trwałą z każdych włosów za 25 złotych robiła, a za 35 to ścięła babę, chłopa i dziecko w komplecie. Takie miała Duda Renata stawki zaniżone, zaś obok ilustracja, czarno-biała, kilkoma kreskami, rzeczonej baby, chłopa i dziecka oczekujących pod nożem gilotyny.
To kwintesencja powieści (może raczej powiastki) graficznej „Renata” Bolesława Chromrego (pseudonim). Co można napisać o autorze? Zabawny fragment z jednego wywiadów, w którym udając śmiertelną powagę, mówił o swojej miłości i uwielbieniu dla serialu „Klan”. Myślę, że to wystarczy jako rys biograficzny. Coś z „Klanu” i innych telenowel jest w Renacie – ale a’rebours – bohaterką tivi-łzawca nie bywa raczej fryzjerka z klas niższych (tak, tak tasiemce wciąż posługują się tym wzorcem „klasowo nam obcym”, ludzi sortując) z problemami. Lecz powróćmy do Renaty.
Wyjąwszy rysunki – żartobliwe, drwiące, bardziej drapieżne, tworzone kilkoma kreskami – opowieść o bezbarwnym życiu Renaty fryzjerki Dudy, tworzy język. Powiastki – bo jest w tej historii coś z oświeceniowego optymizmu, pogody ducha i marzeń, fryzjerki Dudy z dwojgiem dzieci, co na ludzi wychodzą i mężem, marzeń o morzu i delfinach z Discovery.
Zaś bohaterem jest język – wykoślawiony, potoczny, nieźle podsłuchany, te frazeologizmy z kamienic biedniejszych, autobusów, fryzjerskich zakładów i maglarskich zakładów. Ten język, który Głowacki z Koterskim wprowadzili na salony. Pływaj więc Dudo Renato, fryzjerko w zaświatach z delfinami, nawet gdyby miały być różowe. Ale nie mogą, bo opowieść jest czarno-biała.
Paweł Chmielewski
(recenzja - magazyn "Projektor" 1/2016)
Bolesław Chromry, "Renata", s. 56, Korporacja  Ha!art, Kraków 2015.
 

44 wędrowców do krain dziwacznych („100 wierszy polskich stosownej długości”)

To był ten czas, gdy prawie każdy znał Litwo! Ojczyzno moja! i by język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa czy Czemu, Cieniu, odjeżdżasz, ręce złamawszy na pancerz. Wielu – Mam dwadzieścia cztery lata/ ocalałem/ prowadzony na rzeź. Niektórzy – Żegnaj książę czeka na mnie projekt kanalizacji/ i dekret w sprawie prostytutek i żebraków/ muszę także obmyślić lepszy system więzień.
Dalej pustka. Poeci piszą, wydają, nawet żyją, lecz jakby nie żyli. Nikomu za bardzo nie chce się ich czytać. Bo poezja nie jest narracją, nie jest nawet dramatem. Inaczej – może być i dramatem i narracją. Może być spójną opowieścią – antologią „100 wierszy polskich stosownej długości” – wyborem Artura Burszty 44 poetów współczesnych z kręgu wrocławskiego Biura Literackiego – czyli prawie wszystkich znaczących w Polsce.
Jaka jest narracja złożona z setki tych wierszy? Jak epos... czy raczej rozrzucona mozaika... rwana, sklejona z przypadkowych kawałków? Posłużę się analogią – jak w XVIII i XIX-wiecznej Europie popularnym gatunkiem był „opis podróży” z dziełem Aleksandra Radiszczewa, którego prawie nie przypłacił ćwiartowaniem publicznym („Podróż z Petersburga do Moskwy”) czy zakazanymi w kraju „Wielkiego Brata” Markiza de Custine’a „Listami z Rosji”. Nie tak drastycznie. Raczej jak „Podróż do Włoch, Sycylii i Malty” Michała Wiszniewskiego albo opisy/ leksykony egzotycznych roślin, prowadzące czytelnika do krain dziwacznych. Stworzona z rozdziałów i tematów – nigdy wprost nienazwanych – konsekwentnie konstruowanych.
Więc najpierw wstęp. Ogólna charakterystyka krainy i ludów ją zamieszkujących:... jest tam/ gdzie nikt jej nie szuka/ W telewizyjnych audycjach/ dla wsi/ w których mówi się / o remoncie stada podstawowego (Bohdan Zadura „Gdzie jest poezja”). Z aluzją wyraźnie herbertowską: Zapewne nie jest strategią przetrwania,/ ani sposobem na życie. Twój upór jest śmieszny,/ kiedy wspominasz zaklęte jeziora,/ szumiące bory i głuche jaskinie (Andrzej Sosnowski „Czym jest poezja”). Przyszli żeby zobaczyć poetę/ i co zobaczyli?// zobaczyli człowieka/ siedzącego na krześle/ który zakrył twarz// a po chwili powiedział/ szkoda że nie przyszliście/ do mnie przed dwudziestu laty// (Tadeusz Różewicz „Przyszli żeby zobaczyć poetę”).
Potem ludu tego język. Słowa zostały zużyte/ przeżute jak guma do żucia/ przez młode piękne usta/ zamienione w białą/ bańkę balonik (Tadeusz Różewicz „słowa”). Z podziałem na gwary, dialekty i futurystyczne frazy: staw? nie/ studnia? nie, nie to/ morze? nie, nie to nie to// to nie? nie// tonie? nie// nie tonie/ nie to nie (Krystyna Miłobędzka „Wiersz głęboki”). Dla bardziej zorientowanych języka tego idiom: Wiersz cieknie/ Wiersz zamarza// Wiersz jest zrozumiały/ Wiersz jest niezrozumiały// Wiersz chichocze/ Wiersz ociera łzy// (Marcin Sendecki „Wiersz”).
Potem już opisy krajobrazów, środowiska naturalnego, fauny, większych osad. Rozrasta się temat, rozchodzi, rozpełza forma poetycka. Może stać się serią pięciu łatwych utworów, mikropoematem Jacka Dehnela – „Powiślańska Szkoła Fortepianowa Czernego”, zeznaniem autotematycznym – Foks strzyże Jaworskiego/ a za oknem przeciąga ostatnia przedwyborcza/ parada Unii Wolności Jest piątek// (Bohdan Zadura „Bitwa pod Legnicą”). Jest pięknie, jest fajnie, ale tak jakby fajnie i pięknie jest jednak gdzie indziej. U nas rozmamłanie powszechne, rozkoszne, inteligentne, jesienne, ale rozmamłanie – Dzisiaj w mej głowie zabili mi Kennedy’ego/ Jest 23 listopad/ Pada mi za kołnierz jesieni polskiej glajza/ Wyprzedzają się tiry na autostradach// Żółć się leje mi z wątroby jak tramwaj/ Na Patriarszych Prudach/ Moja poduszka milimetr od szyn, więc/ Mam twarz jak stary Bułgar// (Krzysztof „Grabaż” Grabowski „Chory na wszystko”).
To opis, poemat podróżny, na czterdzieści cztery głosy oratorium współczesnego miasta – osiedlowego sklepu, słów, co już rozlały się, autobusowej pętli w środku nocy, brudnej ściany, westchnień do przejrzałej gwiazdy TV, wieczorów poetyckich, gdzie nic się nie chce poecie i widzowi, a jednak wszystkiego się chce – zamazianej turbiny nawet, krzywo strzygącego fryzjera i miłości się chce i tęsknoty. Ale to już zupełnie inna historia. I ta zdradziecka niejedno-, wieloznaczność: Chciałbym powiedzieć że/ No chciałbym ale i nie/ Raczej nie/ Za dużo znaczeń// Pseudo Dionizy wie/ I Karol przez duże „p” (Lech Janerka „Daj mi”).
Dobry byłby tytuł „antologia na koniec wieku”, lub „-na nowy wiek”, choć jak mi się zdaje już ktoś je zaklepał. I trochę jesteśmy spóźnieni. Zostańmy więc przy tych dziwacznych krainach, przy najważniejszej książce poetyckiej ostatniego roku.

Paweł Chmielewski

(recenzja - magazyn "Projektor" 1/2016)

„100 wierszy polskich stosownej długości”, wybór Artur Burszta, s. 267, Biuro Literackie, Wrocław 2015.

wtorek, 22 marca 2016

Gdzie byłeś, gdy umarła Gwen? („Zeszyty Komiksowe”, nr 18)


Art Spiegelman (Pulitzer za „Mausa”), który byłby pewnie pierwszym kandydatem do Nobla, gdyby członkowie Akademii Szwedzkiej czytali historyjki obrazkowe lub SF – tu noblowski medal odebrałby Stanisław Lem – otóż Spiegelman w jednym z wywiadów stwierdził, że wydając na przełomie wieków magazyn, musiał przekonywać odbiorców, że komiksy mogą czytać również dzieci.
Niby paradoks. Komiksy, to przecież lektura dla czytelnika dziecięcego, a jeśli starszego, to mentalnie zdziecinniałego – powtarzam tu tylko stereotypy wypracowane przez krytykę humanistyczną (już trochę zanikające), dydaktykę szkolną, wielu bibliotekarzy – mającego problemy z zaawansowaniem narracji i światem przedstawionym. W realnej rzeczywistości stereotyp stanął na głowie. Wydawnictwo „Centrala”, którego komiksy recenzujemy dość regularnie, wydrukowało ostatnio „To była wojna okopów” Tardiego (o okropnościach zbrojnego konfliktu lat 1914-18), „Ciemną stronę księżyca” Olgi Wróbel (ciąża), „Na własny koszt” Browna (prostytucja); Biuro Literackie – komiksy inspirowane polską poezją współczesną. Oficyny tworzą serie lub działy „komiksu dla dzieci”, co oznacza, że większość produkcji dedykowana jest czytelnikowi dorosłemu.
Kiedy komiks stracił niewinność? W amerykańskiej kulturze jest kilka pytań istotnych: „Co robiłeś, gdy zginął prezydent Kennedy?”, „Gdzie oglądałeś (i z kim) pierwszy raz Gwiezdne Wojny?” oraz „Gdzie byłeś, gdy umarła Gwen Stacy?”. Lipiec 1973 r. W 122 albumie przygód Spider-Mana ginie jego dziewczyna. Trauma dla tysięcy młodych odbiorców. „Opowieści z dymkiem” już nigdy nie będą takie same.
Lekturę „Zeszytów Komiksowych” nr 18 – poświęconych wydawnictwom dla dzieci – zacząłbym prawie od końca. Od wywiadu z Adamem Ruskiem. To tam znajdziemy „strzelbę Czechowa”, która wypali w innych artykułach. Streszczając –długa rozmowa o relacjach (trudnych czasem) biblioteki z komiksowym wydawcą, o badaniach komiksowego czytelnictwa w Polsce, o katalogowaniu zbiorów, o egzemplarzu obowiązkowym. Nie padają – podkreślone – słowa promocja i rynek, ale do tego się to sprowadza.
Potem, tak powolutku idąc do początku, można zrobić przystanek przy tekście Michała Traczyka „Komiks nie jest dla dzieci”. Dowód na twierdzenie, od którego zacząłem, że gatunek nie jest traktowany poważnie przez wielu badaczy kultury i do tego smaczne cytaty z wypowiedzi zacnych krytyków literatury. Dużo ciekawych komiksów, wywiady z autorami, przyczynek do historii obrazkowych opowieści w Czechach.
Dalej tekst o Davidzie Wiesnerze i „Trzech świnkach” czyli zabawach pokazujących dzieciom różnorodność konwencji – pisze Jerzy Szyłak. Zwieńczeniem jest pierwszy artykuł teoretyczny (w naszym czytaniu ostatni) – Wojciecha Birka „Komiks dla dzieci w Polsce” (fragmenty). Analiza Gapiszona, paralele z postacią profesora Filutka, Koziołek Matołek, Kaczor Donald i Tytus nieśmiertelny Papcia Chmiela.
Komiksy to, z konieczności, takie półpancerze praktyczne przeciw szaleństwu testów, współczesnej, polskiej szkoły.

Paweł Chmielewski

(recenzja - "Projektor" 1/2015)

„Zeszyty Komiksowe”, nr 18, s. 136, Wyd. Centrala, Fundacja Tranzyt, Biblioteka Uniwersytecka w Poznaniu, Poznań 2014.

Inwazja rysowników latających spodków (Artur Nowakowski, „Fantastyczne światy na okładkach i w ilustracjach książek oraz czasopism od wieku XIX do lat 80. XX wieku”)

Rok 1986. Nominacje do „Złotych Meteorów” (odpowiednik „Złotych Malin”). W uzasadnieniu czytamy: Za uporczywe lansowanie swojej twórczości na okładkach serii Fantastyka-Przygoda, co jest pośrednim powodem braku papieru na rynku, gdyż zmusza czytelników serii do wykonywania nieprzezroczystych okładek. Tak na konwencie Polcon-Silcon podsumowano dokonania jednego z najważniejszych autorów okładek polskiej SF Kazimierza Hałajkiewicza.
Twórca większości projektów dla 122 książek z serii wydawnictwa „Iskry” i tak miał szczęście. Gdy na chwilę zastąpił go Jerzy Rozwadowski, ilustrując „Limes inferior” usłyszał: Cóż można powiedzieć, widząc ten infantylny obrazek rodem z debilnej młodzieżówki na książce, która jest najbardziej dojrzałą i najdoroślejszą książką Zajdla. Autor świetnego opracowania o okładkach i ilustracjach SF – Artur Nowakowski – tłumaczy te opinie jurorów i uczestników konwentów faktem, iż pragnęli oni realistycznych rysunków kosmonautów i wydań w stylu amerykańskim. Nie zaś sztuki.
„Fantastyczne światy...” to jednak nie tylko zbiór anegdot, ale przede wszystkim skondensowana historia ilustracji science fiction. Autor zaczyna od Stanów Zjednoczonych i przy okazji prezentuje twórczość krajów Zachodu. Osobną część stanowi twórczość grafików z ZSRR i Europy Wschodniej (z dużym rozdziałem poświęconym Polsce). Artystycznie nasza część świata jest zdecydowanie górą. W zakończeniu krótki dodatek poświęcony zinom.
Książka Nowakowskiego to praca naukowa, ale i popularyzatorska. Zaletą jest sposób narracji: opis zjawiska, przedstawicieli, charakterystyka konkretnej okładki lub ilustracji, anegdota, czasem cytat. W części amerykańskiej obszerne omówienie „pulp art” (kto zna fascynacje Quentina Tarantino lub film „To wyszło z głębin” wie, co mam na myśli) pozwala nam zrozumieć istotę amerykańskiej ilustracji, na styku konsumenta, rynku i pragnień artysty. Omawiając fenomen SF zza oceanu, Nowakowski nie tworzy obszernej encyklopedii, lecz punktuje tematy: kosmonauta, robot, obcy, miasto w fantastyce.
Który z grafików wymyślił latające spodki? Dlaczego CIA zainteresowało się nowelami drukowanymi w radzieckim czasopiśmie dla techników-amatorów? Z czego mogą być dumni rumuńscy autorzy SF? Trzeba sięgnąć po książkę.
Najobszerniejszy rozdział, nadwiślański, ukazuje fenomen ilustracyjny, który od 1965 r. stał się wzorcem dla UNICEF, która rekomenduje polskie okładki i ilustracje. Wraz z autorem śledzimy wybitnych grafików i malarzy zajmujących się tworzeniem „fantastycznych światów” w XIX w. i w dwudziestoleciu, kolejne odsłony powojennych serii wydawniczych. Wspomniana już „Fantastyka-Przygoda” – zmieniała szatę pięciokrotnie.
To wreszcie opowieść o ikonach polskiej ilustracji SF. O Danielu Mrozie i jego drzeworytach, Janie Bokiewiczu, Antonim Boratyńskim. O pisarzach: Lemie, Asimovie, Wellsie, Strugackich. I o tym panu, który wymyślił robota.

Paweł Chmielewski

(recenzja "Projektor" - 1/2015)

Artur Nowakowski, „Fantastyczne światy na okładkach i w ilustracjach książek oraz czasopism od wieku XIX do lat 80. XX wieku”, s. 197+12, Wydawnictwo Universitas, Kraków 2014.

Kawalerka za projekt Lenina (Andrzej Krajewski, „Moje okładki”)


Uczeń Wojciecha Fangora i Henryka Tomaszewskiego. Po prostu Andrzej Krajewski. Jeden z najsłynniejszych reprezentantów Polskiej Szkoły Plakatu, bohater niesamowitych historii i autor projektu graficznego wydawnictwa „Lenin. Katalog dzieł Włodzimierza Iljicza Lenina w Polsce w latach 1945-1969”, za który w 1970 r. – pracując dwa tygodnie – zarobił na mieszkanie w Warszawie.
Andrzeja Krajewskiego znamy przede wszystkim jako autora plakatów. Wymieńmy tylko „Amarcord”, „Zaklęte rewiry”, „Pulp fiction”, „Utraconą cześć Katarzyny Blum”. To tylko część – słynniejsza – jego dorobku. Drugą stanowią obwoluty książek i czasopism. „Moje okładki” wydawnictwa Ha!art, zebrane przez Tytusa Klepacza, są doskonałym wyborem 174 prac artysty – od „Między wolnością a zyskiem” (1961, jeszcze wspólnie z Marią Ihnatowicz) do „Skyliner” (2012).
Obserwujemy Krajewskiego jako projektanta dziewięciu okładek dla Klubu Interesującej Książki oraz przedsięwzięcia nietypowego, charakterystycznego w surrealistycznej rzeczywistości PRL-u: grafik dla Państwowego Wydawnictwa Rolniczego i Leśnego. Artysta jest autorem, sprowadzonych do prostego znaku jak w rysunku inżyniera-konstruktywisty, winiet „Pomp wtryskowych i wtryskiwaczy ciągników” czy „Mechanizacji buraka cukrowego”. Z PWRiL współpracowali również: Jan Młodożeniec, Jan Lenica, Wojciech Freudenreich.
Prawdziwe artystyczne szaleństwo widzimy na okładkach miesięcznika „Polska” (1967-1981). Ujawniają się fascynacje Krajewskiego – pop art, komiks, film amerykański. Groteskowy symbolizm mógłby ilustrować książki Douglasa Adamsa czy Terry’ego Pratchetta. Stąd tylko krok do Stanów Zjednoczonych, gdzie artysta mieszka od 1985 r.
Mam cichą nadzieję, że „Moje okładki” Andrzeja Krajewskiego są prologiem nowego cyklu. Mógłby być Jan Młodożeniec lub Daniel Mróz? Na początek.
Paweł Chmielewski
Andrzej Krajewski, „Moje okładki”, s. 235, Korporacja Ha!art, Kraków 2014.

wtorek, 8 marca 2016

Portret z delfinkiem we wnętrzu (Adam Mazur, „Decydujący moment. Nowe zjawiska w fotografii polskiej po 2000 roku”)


Po zapaści „wieków ciemnych” antyczna Grecja wchodzi w okres klasyczny. Wiek złoty. Dwieście lat później Arystoteles opisując ustrój greckich polis, podał trzy sposoby organizacji państwa – demokrację, oligarchię i politei. Monarchii (i jej wynaturzonej formy tyranii) poświęcił miejsca niewiele, bo Grecy królów nie cenili, uznając ich istnienie za przejaw barbarzyństwa.
Rok 2000 to w dziejach polskiej fotografii cezura ustrojowa. Przed nią wszechwładzę dzierżyła oligarchia. Upraszczając – ten zdjęcia robił i organizował wystawy, kto z racji majątku posiadanego (lub zawodowego statusu) miał dostęp do dobrego sprzętu. W XXI w. nadchodzi demokracja, cyfrowa rewolucja – kupić lustrzankę i fotografować może każdy.
Idealny ustrój Arystotelesa –politei – to ten, w którym prawa mają wszyscy, lecz decydują tylko niektórzy. Do grona decydentów przynależeć można ze względu na majątkowy status lub walory etyczno-intelektualne. Książka Adama Mazura, kuratora CSW Zamek Ujazdowski – „Decydujący moment” jest pierwszym szerokim ujęciem polskiej, fotograficznej politei. Charakterystyką najważniejszych zjawisk w XXI w. Fotografować może już każdy, lecz o sukcesie decydują szczęście, przychylność krytyków lub talent.
Album zawiera sylwetki 92 współczesnych polskich fotografików (poczynając od starych mistrzów – Tadeusza Rolke i Wojciecha Prażmowskiego) i ponad 500 barwnych zdjęć. Użyję wytartego sloganu – pozycja obowiązkowa dla każdego, kto interesuje się sztuką.
Adam Mazur w sposób syntetyczny wskazuje na kilka najważniejszych zjawisk, które charakteryzują pierwszą dekadę naszego wieku w fotografii. To gwałtowny wzrost sprzedaży aparatów cyfrowych, a pod koniec tego okresu powszechność wystaw i publikacji tworzonych telefonem komórkowym. Ogromna rola fotografii prasowej (później również publikowanej w Internecie), która zostaje doceniona po World Press Photo dla Tomasza Gudzowatego (1999). Powstanie inicjatyw niezależnych, które zastępują tradycyjne instytucje. Najbardziej znaną jest Galeria „Bezdomna” (w 2006 r. wystawa w Kielcach – Baza Zbożowa).
Patrząc na okładkę albumu, widzimy zdjęcie Michała Grochowiaka – dmuchany, kiczowaty, niebieski delfinek we wnętrzu zwyczajnej kuchni. Fotografia charakterystyczna dla naszych czasów. Przeważa portret – wystylizowany, często w kostiumie – jak nowoczesne panoptikum Toda Browninga. Jeśli reporterski to w czerni i bieli. Rzadziej krajobraz – miejski, z dominantą zdegradowanego lub wypaczonego absurdalną działalnością człowieka. Wreszcie wnętrza – dziwacznie urządzone, zaśmiecone. Minimalna obecność martwej natury, brak klasycznego krajobrazu i zdjęć przyrodniczych.
Sięgając do terminologii z dziejów sztuki – oto współczesny „Zapis socjologiczny” trzydziestoletnich, późnych wnuków Zofii Rydet. Oto „Decydujący moment”. Oto najpełniejszy, książkowy obraz najnowszej polskiej fotografii.

Paweł Chmielewski

(recenzja - "Projektor" 6/2014)

Adam Mazur, „Decydujący moment. Nowe zjawiska w fotografii polskiej po 2000 roku”, s. 383, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2012.

Aleje szczurów i kolczastego drutu (Jacques Tardi, „To była wojna okopów”)

W jednej ze scen „ Krzyża żelaznego” Sama Peckinpaha niemiecki generał odwiedza szpital. Wygłasza frazesy o honorze, bohaterstwie, ojczyźnie. Wychodząc chce pożegnać jednego z rannych. Ten wyciąga ku niemu dwa kikuty amputowanych rąk. Groteskowa i makabryczna scena mogłaby znaleźć się w komiksie Jacquesa Tardiego „To była wojna okopów”.

Nie rozumiemy lub nie akceptujemy konferencji monachijskiej, postawy Chamberlaina i Deladiera, „dziwnej wojny” 1939/40 na froncie zachodnim. U źródeł leży odmienna optyka i myślenie historyczne. I wojna światowa nie była w Polsce traumatycznym doświadczeniem pokoleniowym. Miasta i autostrady okopów z lat 1914-18 to element francuskiej, brytyjskiej i niemieckiej pamięci. Jak zbiorową świadomość Żydów buduje Holocaust, Rosjan – Wielka Wojna Ojczyźniana, Polaków – Powstanie Warszawskie, tak Francuzów – okopy na Marną. O tym jest komiks Tardiego.
W epilogu autor podaje obszerną listę książek (od „Ognia” Henri Barbusse’a do „Bardzo długich zaręczyn” Sebastiena Japrisota), filmów (przez „Oskarżam” Abla Gance’a do „Życie i nic więcej” Bertranda Taverniera), które wykorzystał jako inspirację, wplatając odniesienia, fragmenty w tkankę fabularną. Zabrakło na tej liście – bo być nie mogło – „Cienkiej czerwonej linii” Terrence’a Malicka. By przybliżyć zabieg formalny Tardiego muszę odwołać się do tego – znacznie lepiej znanego odbiorcom – obrazu. Narratorami jest kilkunastu żołnierzy (u Malicka ośmiu), każdy z nich snuje krótką opowieść, w którą wplecione są elementy retrospekcji. Podobny jest absurd teatru wojny i przeciwnik, którego nie widzimy, strzelający gdzieś z oddali. Ta mozaikowa struktura ukazuje bohatera zbiorowego. To podobieństwo artystyczne komiksu Tardiego do filmu Malicka, jednak bez mistycznej aury twórcy „Badlands”.
Francuz jest przede wszystkim ekspresjonistą. Wpisuje się w długą tradycję ukazywania okropności wojny. Od Francisca de Goi do George’a Grosza i Otto Dixa. Czarno-białe turpistyczne rysunki operują makabrą – w jednej historii bardzo dokładnie, z każdej strony, ukazane jest studium końskiego szkieletu na uschniętym drzewie. Na jednym z dużych kadrów kościotrup w okopie czyta książkę spasionym, uradowanym szczurom. W miarę trwania historii Tardi ustala kompozycję strony – poziomy tryptyk. Szerokie kadry sprawiają wrażenie uczestnictwa w szerokoekranowej projekcji. Opartej na bardzo dobrze i długo analizowanej dokumentacji fotograficznej.
Artystycznym chwytem są powracające motywy – element budowania zbiorowej świadomości – krzyczący, wręcz wyjący z bólu kolega, który kona niedaleko okopu na drutach kolczastych. Scena sądu nad rzekomymi tchórzami i egzekucja – przeniesiona ze „Ścieżek chwały” Humpreya Cobba, powtarza się czterokrotnie. Kadry szpitalne przywołują echa „Johnny poszedł na wojnę” Daltona Trumbo.
Jaki może mieć finał pacyfistyczna opowieść narracyjna? Tardi kończy podobnie jak Remarque „Na Zachodzie bez zmian”. Bezsensowną śmiercią w chwili ogłoszenia rozejmu. 
Paweł Chmielewski

(recenzja - "Projektor" 5/2014)

Jacques Tardi, „To była wojna okopów”, s. 130, Wyd. Centrala – Mądre komiksy, Poznań 2014.

Klisze (Krzysztof Jaworski "byłem")

Nowy tom Krzysztofa Jaworskiego „byłem”. Tom układający się w rolkę filmową. Stworzony z pojedynczych klisz.
Pierwsza: Ja widzę:/ ulicę Planty 7 (miejsce pogromu w 1946),/ szyld restauracji „Czerwona Rzeka” (kuchnia chińska,/ tanio i smacznie), reklamę firmy Technics/ (z niewymuszonym dostojeństwem/ szybującą nad dwupiętrowym budynkiem NOT-u).// („Widok z okna”). Obstawiam – dolary przeciw orzechom jak mawiają Amerykanie w kiepskich filmach – że to górne piętro kamienicy przy ul. Paderewskiego (dawniej Buczka, dawniej, dawniej Focha) albo wieżowiec przy Panoramicznej, obok kina Romantica, gdzie miała być masarnia, teraz jest lumpeks, punkt kredytowy, salon Kolportera. To lokalizacja bardzo w stylu autora „Drażniących przyjemności”. Chociaż sam mieszka w odległej sypialni Ślichowice. Mówimy jednak o poetyckiej kreacji widzenia.
To oko cyklonu, „ziemia prywatna” Jaworskiego. Budynek NOT-u w centrum Kielc, gdzie kiedyś sprzedawano pierwsze w mieście frytki, a obok były placki z pieczarkami zwane dumnie pizzą (czasem z kiełbasą bez kartek). Stare-nowe miejsca w rodzinnym mieście poety, gdzie pozostaje prawie nieznanym. Tu Krzysztof Jaworski jest prywatny, niemedialny.
Klisza druga. „Jesień stulecia”: Błogosławieni, którym Fredric/ Jameson, myli się z Jenną/ Jameson, w Auschwitz/ przerabiali ludzi na/ masło, a Herbert Grudziński/ przemierzył szlak bojowy/ z Armią Andersena.//
Klisza trzecia. Jaworski pisze sutry. Prywatne. O „słodkich latach 90.”: Nic nie było wyjebane w kosmos./ Nic nie było zapisane na pendrivach./ Wszystko było zapisane w gwiazdach.//
Klisza czwarta i piąta. Pan Cogito, Trawestacje. Parodie. Ironia. Scott McKenzie. Nie załamuj się./ Zawsze myśl pozytywnie.// Ta gałąź wytrzyma/ Tabletki zadziałają./ Gaz się nie ulotni.// („Myślenie pozytywne”). Czy jeśli pojadę do San Francisco/ będę miał we włosach kwiat,/ skoro już prawie/ nie mam włosów?// („Przeczucia”).
Małe obrazy. Znane czytelnikowi „Dusz monet”. Klisze ze starego dokumentu. Klisze pamięci, przefiltrowane przez popkulturę, ironiczna obserwacja, świat odchodzący w niepamięć. Mieszanie z plątaniem – bohaterowie jakby z „Warzywniaka” (tom prozy Jaworskiego z 2009 r.). Coś wiedzą, wszystko mylą.
Z tomem „byłem” można podróżować po kieleckiej „terra incognita”, gdzie nieśmiertelny „Bar Planty” oferuje najlepsze nad Silnicą (lokalna rzeczka) „pershingi”, obok ekskluzywnych apartamentowców. Można, wraz z podmiotem lirycznym, odtwarzać klisze pamięci. To jednak ledwie preludium. „byłem” – w części drugiej – staje się poematem, poematem formy rozpoznawalnej, charakterystycznej dla autora „Do szpiku kości”.
„44 lata 33 miesiące”. Kilkaset wersów, strumień świadomości, mozaiki – nie zapominajmy, że Jaworski jest wykładowcą akademickim i znawcą poezji futurystów. Cytaty, zasłyszane dialogi, strawestowana metoda Białoszewskiego. I komunikaty – zbliżeniowo, zbliżeniowa nie działa. To klisza ostatnia. Fabuła.
Od ironiczno-nostalgicznych obrazów po montażową mozaikę teledysku. Przypomina się „Tlen” Iwana Wyrypajewa. I widok z okna na NOT. A może nie?
Paweł Chmielewski
(recenzja - "Projektor" 5/2014)
Krzysztof Jaworski, „byłem”, Biuro Literackie, Wrocław 2014.