Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biuro Literackie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biuro Literackie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 grudnia 2018

Skacz, skacz Johnie Berryman („Tańczę boso” Patti Smith, „Pieśń torby na pawia” Nick Cave, "Tarantula" Bob Dylan)

Paweł Chmielewski
("Projektor" 3/2018)
Amerykańska (anglosaska) poezja rockowa – jak trafnie stwierdza Filip Łobodziński w posłowiu do tomiku „Tańczę boso” Patti Smith – w zasadzie nie istnieje w przekładach na język polski. Wyjątkiem jest Leonard Cohen, traktowany pewnie jako pisarz, czyli ktoś „w lepszym gatunku”, niż rockman i w końcu autor ścieżki dźwiękowej do filmów guru niezależnego kina – Roberta Altmana. Całkiem nieźle mają się bardowie francuscy i oczywiście Rosjanie. 

Wyrwę w kulturowej świadomości polskiego czytelnika starają się wypełnić: wydawnictwo Czarne publikujące prozę Smith, wywiady z gwiazdami punk i postpunku oraz – przede wszystkim – Biuro Literackie, które po ubiegłorocznym „Dusznym kraju” Boba Dylana, wydało wspomnianą Patti, „Tarantulę” Dylana i „Pieśń torby na pawia” Nicka Cave’a. Pełne metafor, zaskakujących skojarzeń, zanurzone w kontekstach literatury, malarstwa, filmu, ukazują każdego z autorów w ciągu tradycji – od Chaucera, średniowiecznych minstreli, Blake’a, romantyków znad Jezior, symbolistów, do Audena i Ginsburga. Tradycji, która stawia ich – być może – w ciemnym nurcie, lecz nurcie wciąż żywym, pokazując, że są poetami życia, w nieustannym kontakcie z publicznością, mieszającymi to, co niskie z wysokim, mówiącymi o sprawach trywialnych i wzniosłych – o natchnieniu, ale i burczącym z głodu brzuchu, o boskich nakazach, lecz i rudych lokach mijanej w zaułku dziewczyny. Takim był bard Wielkiego Kryzysu Woody Guthrie, ale również Franciszek Villion i czarujący przy ognisku, strudzonych wędrowców z Attyki, pieśniarz o imieniu Homer.

Tomik Patti Smith, autorki przełomowego albumu „Horses”, czy pieśni, którą odrzucił (i pewnie żałował potem tego przez lata) Bruce Springsteen – „Because the Night”, składa się zaledwie z dziewięciu kompozycji – od parafrazy „Glorii” Vana Morrisona do, inspirowanej „Mistrzem i Małgorzatą”, króciutkiej „Banga”. Uzupełnieniem są zdjęcia wokalistki wykonane przez Franka Stefanko i faksymile rękopisów. Banga – tytułowy bohater płyty, wydanej przez poetkę po kilkuletniej przerwie, to pies, jedyny prawdziwy (poza Jeszuą Ha-Nocri) przyjaciel prokuratora Poncjusza Piłata, chyba najtragiczniejszej postaci wielkiej powieści Michała Bułhakowa. Piosenkę o wierności, bardzo w rytmice, bliskiej rosyjskiemu duchowi, zapełniają obrazy bezpośrednio przywołujące literacki oryginał. Kończąca utwór i książkę fraza, daje wyobrażenie o plastycznej wyobraźni Patti Smith – siedzący w samotności na tronie, pod palącym (to paradoks) promieniem księżyca, nie pozwalającym zasnąć i pozbyć się rozsadzającego czaszkę bólu głowy – skazany przez historię na wieczne potępienie – Piłat, zostaje naszkicowany, poprzez reakcje wiernego psa. Ten element przebaczenia – kończący opus magnum Bułhakowa – ma tu podobny wymiar, lecz odmienny rysunek. Ukazuje autorkę „Autobusu linii M”, jako poetkę trawestującą i szatkującą literacką tradycję – Rimbauda, Kennera i Hendrixa. Więc oto w białym płaszczu z podbiciem koloru krwawnika, prokurator Judei i jego wierny Banga: W noc samotności/ ścieżki złoty pył/ noc to jest kundel/ uwierz albo giń.
„Tarantulę” Boba Dylana można czytać – lecz zdecydowanie tego nie polecam – w oderwaniu od najbardziej znanych utworów „Mr. Tambourine Man”, „Like a Rolling Stone”, „All Along the Watchtower”, bo laureat literackiej Nagrody Nobla z 2016 r., to wprawdzie kameleon – przynajmniej o sześciu twarzach – ale twórczość poetycka, eseistyczna i prozatorska jest dziełem homogenicznym. Nie będę klasyfikował „Tarantuli” gatunkowo – czy to poetycka proza, esej liryczny, przeplatany wstawkami mowy wiązanej. Nieskrępowany strumień słów na wolności – strumień świadomości – przypomina doświadczenia beatników (chociażby „W drodze” Kerouaca) i jest rodzajem małej, amerykańskiej epopei. Przechadzkę w gąszczu słów ułatwiają (troszeczkę) przypisy i komentarze Filipa Łobodzińskiego, tłumacza zarówno Dylana, jak wspomnianej wcześniej Patti Smith, która – to taka mała ciekawostka – pojawiła się na gali noblowskiej w zastępstwie autora „Blowing in the Wind”. 

Oto stylistyczna próbka z „Tarantuli”: syn wampira otacza ramieniem betsy ross – on & jego koledzy z towarzystwa: Bożek Deszczu. Burt Medykament. Prezydent Puc. Kwietna Pani & Pawiańcio… wszyscy razem rzekli „szczęśliwego nowego roku, elmer & jak tam żona, cecile?” & tak udało im się wejść na przyjęcie za darmo… już na przyjęciu Burt stał sobie z wykałaczką wbitą w kark i obserwował doktora… („Konfederacka zgrywa z króla Arrturowego prymitywa”). Ten słowotok, jakby wycięty z monologu postaci późnych dramatów Samuela Becketta, chociażby Winnie ze „Szczęśliwych dni”, to słowotok pozorny. W tak zbudowanej epifanii Dylan ironizuje na temat jednego z przyjęć nowojorskiej (może kalifornijskiej) society, a ta ironia szybko przepływa ku tekstowi czysto poetyckiemu, z bardzo konkretnym przesłaniem, tak charakterystycznym dla lat 60.: proszę mi przetłumaczyć ten fakt, doktorze/ blorgus: a fakt jest taki: musimy/ być skłonni umrzeć za/ wolność (koniec faktu), a ja o tym/ fakcie wiedzieć chcę, co następuje, czy/ mógł to powiedzieć hitler? de gaulle? pinokio? Ten liryczny manifest (nie-manifest) podpisuje Ferdek Ciamajda (w oryginale angielskim komiksowa postać Popeye). Gdzie indziej ważkie pytania stawia Plastuś, Zorba Borba. Dylan ukryty za postacią błazna, dziecinnego bohatera, zabieg dobrze znany czytelnikom jego tekstów poetyckich. Bo błazen, choć niepozorny, może znacznie więcej. Jak tarantula strzykać – prawdą – trucizną dla ludzi najgroźniejszą.

„Pieśń torby na pawia” australijskiego barda Nicka Cave'a to literatura wysokiej próby. W jakimś sensie, inny wariant egzegetyczno-leksykalnej wędrówki Boba Dylana. Szaleńczy, nietypowy i wspaniały dziennik podróży po Stanach Zjednoczonych. Pełen mięsistych obrazów, fantastycznych metafor – jak rozbudowana, tytułowa impresja z wizją lotniska w Detroit, pełnego fruwających torebek foliowych. I spod świątyni masonów w stolicy Michigan, która jest teraz bankiem lub galerią sztuki lub siedzibą agencji ubezpieczeniowej (kiedyś wiedziałem), podąża na most graniczny, gdzie stoi młoda, czarnoskóra dziewczyna szykując się do skoku. Te torebki powracają w Louisville i Minneapolis, powraca gotująca się do skoku dziewczyna, lecz jeśli nie ona, to John Berryman (autor „Pieśni snu”) – Gdzie poeta , stojąc na wysokości, omawiał z przyjemnym trawiastym brzegiem/ Subtelną różnicę między lataniem a spadaniem. Obsesyjne kadry z odciętą głową. Cave śniący o odciętej głowie po nieudanym telefonie do żony (zakamuflowany wątek biograficzny pozostawiam do wyśledzenia czytelnikowi), Cave odcinający własną głowę, przed lustrem przy porannej toalecie. Trupy Indian i krwawe pole, i bizony oskórowane przez „Buffallo Billa” Cody’ego. Stałe punkty i figury (śmierci, samozniszczenia, wstrętu) przeplatają literackie refleksje autora, opisy koncertowych tras, mijanych miejsc. „Pieśń torby na pawia” to pozornie, ledwie pozornie chaotyczna opowieść podróżna (gatunek tak popularny w minionych wiekach, lecz w Europie zanikający) – misternie utkana, jak koronkowa sieć malutkiego pajączka wokół, nawracających metafor i symboli.

Przewrotne obrazy buduje pieśniarz – niby oparte na znanych schematach – opozycji śmierć-sztuka. I w ten schemat wkłada wizerunek Johny’ego Casha, który ślepy prawie, bezwolny jak kukła, z niedowładem rąk i nóg, bierze do ręki instrument, aby zmartwychwstać i dać koncert. I zna kompozytor „Where The Wild Roses” zdrowych, młodych mężczyzn, którym w dłoniach instrument umierał. „Pieśń…” jest i przewodnikiem frenetycznym, i podróżą – wraz z autorem – w głąb świadomości. Pełnym pięknych i ekscytujących obrazów Ameryki. Jak „Tarantula”, jak „Tańczę boso” – hipnotyzuje słuchacza. Pod warunkiem równoległego przeczytania wybranych płyt z dyskografii świętej-przeklętej trójki.

niedziela, 30 września 2018

Pełzają pajęcze struny słów (Péter Nádas "Pamięć")

Paweł Chmielewski
("Projektor" 2/2018)
Przypominam sobie niedawno dialog z „Zazdrosnych” Sándora Máraia między Peterem a Tamasem o jego pobycie w Peru. Lecz Tamas był tylko raz, zupełnie niedługo w Kalifornii. Peru zna z opowieści, choć bez trudu wskazuje je na mapie. Wszystkiemu, całej tej konfabulacji, niespotykanym opowieściom o podróży za ocean winien jest Albert. Zaś Tamas w peruwiańskie góry nigdy nie pojedzie – chociażby z powodu prozaicznego – bo tam, podobno, jedzą pieczone jeże.

Świat najwyżej ceni „Dzienniki” Máraiowskie – te zapiski upływającego czasu, powolnej zgody, akceptacji kosmicznego porządku, ładu, który zaczynamy pojmować dopiero na końcu drogi. Z węgierską prozą zetknąłem się dość późno. Wcześniej był dramat György Spiró „Szalbierz”, jeszcze tylko „Błogosławione piekłowędrowanie…” Gyurkó, trochę mówiące o tej dziwacznej historii lat 40. i 50. I nic. Cisza . Dziesięć lat temu zmusił mnie wywiad z tłumaczką literatury bałkańskiej, Danutą Straszyńską-Cirlic, do sięgnięcia po Danilo Kisza (węgierski Żyd publikujący w Serbii). Ten inny, drugi, lecz równie genialny jak Bruno Schulz, z labiryntu wspomnień i popiołów skierował mnie do Imre Kertésza, potem Petera Esterhazy'ego.

I tak, czytając o monumentalnych dziełach Pétera Nádasa (ostatnie, dwutomowe liczy podobno tysiąc i siedemset stron), myślę o tragedii węgierskich pisarzy. Tak nieprzetłumaczalnych, zawiłych, tworzących w języku, którego prawie nikt nie pojmuje. O węgierskiej tragedii, ale i o szczęściu prozaików z Francji, Niemiec, Hiszpanii, bo gdyby te wielkie, kongenialne powieści znad Dunaju dało się tak łatwo przetłumaczyć, gdyby czytać je zaczęły legiony krytyków, to literacka drabinka Nagrody Nobla, mogłaby wyglądać trochę inaczej.

Lektura „Pamięci” Pétera Nádasa (1942-) wymaga adekwatnej oprawy czasu i miejsca – długich zimowych dni (najlepiej z lekką grypą) w ciepłym łóżku lub majowego poranka, tarasu wśród zieleni i dyskretnego brzęku owadzich skrzydeł. Sensualna proza Węgra, o rozbudowanej kadencji i ciągach skojarzeń, mimowolnie przenosi nas w świat cyklu Marcela Prousta: W dniach spędzanych w towarzystwie kataru oczywiście przypomniała mi się także ona, choć dziwnym zbiegiem okoliczności wcale nie z powodu zwracających uwagę charakterystycznych rzeczy, które wyróżniały ją spośród innych: czerwonego sweterka, czerwonego puszystego płaszcza i niesamowitej ilości czerwieni obecnej w jej stroju, ani zmarszczek  na dziewczęcej twarzy… Proustowską, wyrafinowaną „magdalenkę” – możemy sarkać – zastąpił przyziemny, wschodnioeuropejski katar. Wciąż zakotwiczeni jesteśmy, w jednej z odnóg, podróży w głąb czasu. Zapachy i barwy rozpełzają się niczym korzenie dzikiej wierzby, która przycinana, wycinana, spalana, wciąż odrasta – wybuchają szarością stolicy Wschodnich Niemiec, szarością schodów do „ostatniego mieszkania”, czarnym linoleum – wraz z narratorem wkraczamy w pierwszy porządek czasowy, berliński lat 70. 

Zanurzeni, oplecieni pajęczyną szczegółów, zaczynamy pojmować zachwyt Susan Sontag nad prozą Nádasa. „Pamięć” moglibyśmy nazwać węgierskim „Zestawem do śmierci”. Czy strona, po stronie, narrator wspominający pokój na Schöneweide, Theę i Melchiora, wieczorne spacery, nie jest podobny do Dudusia z powieści Sontag? Tak jak Proust, jak Sontag, jak przywołani wcześniej węgierscy mistrzowie, tak autor „Pamięci” eksperymentuje z linearną akcją, bawi się czwartym wymiarem. Nie sprzeniewierzając się formule „podróży w głąb czasu” – drugą perspektywę historyczną stanowi dzieciństwo – stalinizm i powstanie węgierskie 1956 r. Jest wreszcie czas wyśniony – imaginacyjny świat wieku XIX. Przenikające się płaszczyzny, nieoznaczone, o płynnych granicach, które przekraczamy nie dostrzegając nawet ich istnienia – rodzice nigdy nie planowali kierunku naszych spacerów, o tym, w którą stronę się udamy zawsze decydował przypadek – oto kwintesencja nadasowskiego czasu i przestrzeni, kształtu naszej pamięci, która działa punktowo, podróżuje swobodnie, prowadzona impulsem płynącym z barwy, zapachu, dźwięku, kształtu. 

Nádas w bardzo subtelny sposób, nie ukazując ani na moment ściegu, miejsca splotu, łączy sferę prywatną z publiczną. Scena z trzeciego rozdziału, przypadkowe spotkanie narratora (Theodora) w parku z Krystianem jest konsekwentną kontynuacją paraleli, którą buduje pisarz kilkanaście stron wcześniej – dwoistość natury głównego bohatera, zafascynowanego mężczyznami, lecz na swój sposób kochającego narzeczoną, zostaje wyprowadzona z pęknięcia osobowości (słabego charakteru) jego ojca, który w każdej dyskusji potrafił zająć przeciwne i zarazem zgodne stanowisko. Spotkanie w parku jest metaforycznym następstwem tej dwoistości, gdy bohater słyszy oskarżenie (prośbę), aby więcej już nie donosił, pojmujemy – lecz nie natychmiast i nie bezpośrednio – jak rzeczywistość polityczna lat 50. przenika prywatną tkankę historii.

Proustowskich koincydencji, których autor się nie wypiera, obyczajowo-filozoficznych rozważań o naturze ludzkiej osobowości, wiwisekcji miłości, zdrady i pożegnania, jest w „Pamięci” znacznie więcej. Nádasa odbierać można w wielu scenach jak zmysłowe, rozedrgane, a zarazem stonowane, koncentrujące się na urodzie świata włoskie kino. Ekranizacją tej prozy nie zajmie się już niestety Luchino Visconti. Zestawiając jednak 800-stronicową „Pamięć” (która wreszcie po trzydziestu latach, przetłumaczona na wszystkie europejskie języki, trafiła do Polski) ze „Śmiercią w Wenecji”, ujrzymy nie tylko intensywność obrazu. Zaczniemy pojmować, dlaczego Péter Nádas od lat zajmuje pierwsze miejsce wśród węgierskich kandydatów do Nobla.

niedziela, 9 lipca 2017

Kameleon, złota krew (Bob Dylan "Duszny kraj")

Paweł Chmielewski
("Projektor" 3/2017)
Jeden został zbawiony, ale drugi za to potępiony mówi Vladimir do Estragona w „Czekając na Godota” Samuela Becketta. Ta krótka aluzja do przypowieści o Jezusie i łotrze z Ewangelii Jana, rozwija się w jednej z najważniejszych pieśni Boba Dylana „All Along the Watchtower”, wykonywanej przez Hendrixa, Erica Claptona, U2, Grateful Dead i pewnie kilkuset innych muzyków.

Becketta przywołałem nie tylko za przyczyną błazna (u Dylana) i łotra, ale tłumacza tomu „Duszny kraj” Filipa Łobodzińskiego. Jego przypisy, komentujące każdy z publikowanych tekstów autora „Like a Rolling Stone” kojarzą się z tomem „Dzieł dramatycznych” Irlandczyka, w którym objaśnienia Antoniego Libery w podobny sposób budowały kontekst i symbolikę, pozwalając czytelnikowi wniknąć w tkankę utworu.

Większość interpretacji „W oknach całej strażnicy” koncentruje się na trawestacji błazna mającego być figurą Chrystusa i odwołaniach do „Księgi Izajasza” w ostatniej strofie. Istotnych o tyle, że dzieło Dylana jest przefiltrowanym, biograficznym przeżyciem muzyka – tekst powstał niedługo po ciężkim wypadku motocyklowym i religijnym nawróceniu poety. Wskazałbym jednak bardziej na ironiczno-gorzki wydźwięk tych wersów, jakby szekspirowski, przeniesiony z „Makbeta”: pośród nas niejeden czuje/ że życie kpiną jest i grą/ lecz ty i ja już znamy je. Łobodziński (przyznając, że Dylan nie jest w pełni przetłumaczalny, bo tekst wciąż pozostaje integralnym światem z muzyką – być może „Duszny kraj” czytać trzeba równocześnie słuchając piosenek?), ułożył sto trzydzieści przekładów, nie chronologicznie, lecz stworzył dylanowską mozaikę tematów. To – jak każda próba definicji genialnego artysty – jest tylko próbą, intrygującą wędrówką poprzez literackie i kulturowe klisze, archetypy, którymi Dylan bez trudu żongluje.

Jest w Internecie fragment nagrania (niecała minuta z sekundami), gdy twórca „Forever Young” wraz z Joan Baez występuję przed wielotysięcznym tłumem obok Białego Domu. To Dylan buntownik, jedna z wersji. Tę zmienność, kameleonowatość usiłował oddać Todd Haynes w filmie „Bob Dylan. I’m Not There”, a w rolę barda wcielali się Christian Bale, Cate Blanchett, Heath Ledger, Richard Gere (jako Dylan paralelny z obrazem „Pat Garrett i Billy Kid” Sama Peckinpaha, do którego pieśniarz nie tylko stworzył ścieżkę dźwiękową, ale w roli Aliasa dorównał Jamesowi Coburnowi), Ben Whishaw i Carl Franklin. Gdy już jesteśmy przy westernie Peckinpaha i mistycznym okresie twórczości ostatniego noblisty, przypomnijmy balladę „Knockin’ on Heaven’s Door”, ilustrującą śmierci starego szeryfa (Slim Pickering). W kinowym obrazie towarzyszy mu zapłakana żona/ kochanka zwana „Mamą”. Dopiero kondensacja filmu, głosu Dylana i przekładu pozwala pojąć przekaz, przejmujący tren, z pobrzmiewającym echem Appolinaire’a: Mamo, otrzyj mi z twarzy krew/ dość mam wojny, łez i kul/ ciężko mówić, wszędzie czerń. 

Pozostając przy filmowo-poetyckich kontekstach tej twórczości i jej wpływie na amerykańską (przede wszystkim) kulturę, popatrzmy na film średni „Młodzi gniewni”, typowy dydaktyk (gdyby nie rola Michelle Pfeiffer i jej przesmaczne flirto-dialogi z George Dzundzą) – biała nauczycielka zatrudniona w szkole w Harlemie (nietolerancja, podskórna rasowa nienawiść, to również dylanowskie, przeklęte tematy) pokonuje wrogość uczniów, interpretując – wręcz rozkładając na czynniki pierwsze – „Mr Tambourine Man”, hymn zmęczonego o wschodzie słońca, który wznosi modły do anonimowego dilera narkotyków. Te filiacje wciąż pączkują, każdy z tekstów zawartych w książce wymagałby analizy osobnej.
 
Czy w tym roku ukaże się ważniejszy poetycki zbiór przekładów niż „Duszny kraj” Boba Dylana. Wątpię. Wydarzenie jak kiedyś, w ubiegłym wieku kompletne „Kwiaty zła” Charlesa Baudelaire’a czy pierwszy (wyrwany z gardła cenzury) tom poezji Osipa Mandelsztama lub „Pieśń o sobie” Whitmana – w dwujęzycznych edycjach Wydawnictwa Literackiego. Tom pokazujący dlaczego artysta mówiący o sobie: Jedyne co potrafię, to być sobą. A mam wiele twarzy. – jest najważniejszym laureatem literackiego Nobla ostatnich lat.

środa, 27 kwietnia 2016

44 wędrowców do krain dziwacznych („100 wierszy polskich stosownej długości”)

To był ten czas, gdy prawie każdy znał Litwo! Ojczyzno moja! i by język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa czy Czemu, Cieniu, odjeżdżasz, ręce złamawszy na pancerz. Wielu – Mam dwadzieścia cztery lata/ ocalałem/ prowadzony na rzeź. Niektórzy – Żegnaj książę czeka na mnie projekt kanalizacji/ i dekret w sprawie prostytutek i żebraków/ muszę także obmyślić lepszy system więzień.
Dalej pustka. Poeci piszą, wydają, nawet żyją, lecz jakby nie żyli. Nikomu za bardzo nie chce się ich czytać. Bo poezja nie jest narracją, nie jest nawet dramatem. Inaczej – może być i dramatem i narracją. Może być spójną opowieścią – antologią „100 wierszy polskich stosownej długości” – wyborem Artura Burszty 44 poetów współczesnych z kręgu wrocławskiego Biura Literackiego – czyli prawie wszystkich znaczących w Polsce.
Jaka jest narracja złożona z setki tych wierszy? Jak epos... czy raczej rozrzucona mozaika... rwana, sklejona z przypadkowych kawałków? Posłużę się analogią – jak w XVIII i XIX-wiecznej Europie popularnym gatunkiem był „opis podróży” z dziełem Aleksandra Radiszczewa, którego prawie nie przypłacił ćwiartowaniem publicznym („Podróż z Petersburga do Moskwy”) czy zakazanymi w kraju „Wielkiego Brata” Markiza de Custine’a „Listami z Rosji”. Nie tak drastycznie. Raczej jak „Podróż do Włoch, Sycylii i Malty” Michała Wiszniewskiego albo opisy/ leksykony egzotycznych roślin, prowadzące czytelnika do krain dziwacznych. Stworzona z rozdziałów i tematów – nigdy wprost nienazwanych – konsekwentnie konstruowanych.
Więc najpierw wstęp. Ogólna charakterystyka krainy i ludów ją zamieszkujących:... jest tam/ gdzie nikt jej nie szuka/ W telewizyjnych audycjach/ dla wsi/ w których mówi się / o remoncie stada podstawowego (Bohdan Zadura „Gdzie jest poezja”). Z aluzją wyraźnie herbertowską: Zapewne nie jest strategią przetrwania,/ ani sposobem na życie. Twój upór jest śmieszny,/ kiedy wspominasz zaklęte jeziora,/ szumiące bory i głuche jaskinie (Andrzej Sosnowski „Czym jest poezja”). Przyszli żeby zobaczyć poetę/ i co zobaczyli?// zobaczyli człowieka/ siedzącego na krześle/ który zakrył twarz// a po chwili powiedział/ szkoda że nie przyszliście/ do mnie przed dwudziestu laty// (Tadeusz Różewicz „Przyszli żeby zobaczyć poetę”).
Potem ludu tego język. Słowa zostały zużyte/ przeżute jak guma do żucia/ przez młode piękne usta/ zamienione w białą/ bańkę balonik (Tadeusz Różewicz „słowa”). Z podziałem na gwary, dialekty i futurystyczne frazy: staw? nie/ studnia? nie, nie to/ morze? nie, nie to nie to// to nie? nie// tonie? nie// nie tonie/ nie to nie (Krystyna Miłobędzka „Wiersz głęboki”). Dla bardziej zorientowanych języka tego idiom: Wiersz cieknie/ Wiersz zamarza// Wiersz jest zrozumiały/ Wiersz jest niezrozumiały// Wiersz chichocze/ Wiersz ociera łzy// (Marcin Sendecki „Wiersz”).
Potem już opisy krajobrazów, środowiska naturalnego, fauny, większych osad. Rozrasta się temat, rozchodzi, rozpełza forma poetycka. Może stać się serią pięciu łatwych utworów, mikropoematem Jacka Dehnela – „Powiślańska Szkoła Fortepianowa Czernego”, zeznaniem autotematycznym – Foks strzyże Jaworskiego/ a za oknem przeciąga ostatnia przedwyborcza/ parada Unii Wolności Jest piątek// (Bohdan Zadura „Bitwa pod Legnicą”). Jest pięknie, jest fajnie, ale tak jakby fajnie i pięknie jest jednak gdzie indziej. U nas rozmamłanie powszechne, rozkoszne, inteligentne, jesienne, ale rozmamłanie – Dzisiaj w mej głowie zabili mi Kennedy’ego/ Jest 23 listopad/ Pada mi za kołnierz jesieni polskiej glajza/ Wyprzedzają się tiry na autostradach// Żółć się leje mi z wątroby jak tramwaj/ Na Patriarszych Prudach/ Moja poduszka milimetr od szyn, więc/ Mam twarz jak stary Bułgar// (Krzysztof „Grabaż” Grabowski „Chory na wszystko”).
To opis, poemat podróżny, na czterdzieści cztery głosy oratorium współczesnego miasta – osiedlowego sklepu, słów, co już rozlały się, autobusowej pętli w środku nocy, brudnej ściany, westchnień do przejrzałej gwiazdy TV, wieczorów poetyckich, gdzie nic się nie chce poecie i widzowi, a jednak wszystkiego się chce – zamazianej turbiny nawet, krzywo strzygącego fryzjera i miłości się chce i tęsknoty. Ale to już zupełnie inna historia. I ta zdradziecka niejedno-, wieloznaczność: Chciałbym powiedzieć że/ No chciałbym ale i nie/ Raczej nie/ Za dużo znaczeń// Pseudo Dionizy wie/ I Karol przez duże „p” (Lech Janerka „Daj mi”).
Dobry byłby tytuł „antologia na koniec wieku”, lub „-na nowy wiek”, choć jak mi się zdaje już ktoś je zaklepał. I trochę jesteśmy spóźnieni. Zostańmy więc przy tych dziwacznych krainach, przy najważniejszej książce poetyckiej ostatniego roku.

Paweł Chmielewski

(recenzja - magazyn "Projektor" 1/2016)

„100 wierszy polskich stosownej długości”, wybór Artur Burszta, s. 267, Biuro Literackie, Wrocław 2015.

wtorek, 8 marca 2016

Klisze (Krzysztof Jaworski "byłem")

Nowy tom Krzysztofa Jaworskiego „byłem”. Tom układający się w rolkę filmową. Stworzony z pojedynczych klisz.
Pierwsza: Ja widzę:/ ulicę Planty 7 (miejsce pogromu w 1946),/ szyld restauracji „Czerwona Rzeka” (kuchnia chińska,/ tanio i smacznie), reklamę firmy Technics/ (z niewymuszonym dostojeństwem/ szybującą nad dwupiętrowym budynkiem NOT-u).// („Widok z okna”). Obstawiam – dolary przeciw orzechom jak mawiają Amerykanie w kiepskich filmach – że to górne piętro kamienicy przy ul. Paderewskiego (dawniej Buczka, dawniej, dawniej Focha) albo wieżowiec przy Panoramicznej, obok kina Romantica, gdzie miała być masarnia, teraz jest lumpeks, punkt kredytowy, salon Kolportera. To lokalizacja bardzo w stylu autora „Drażniących przyjemności”. Chociaż sam mieszka w odległej sypialni Ślichowice. Mówimy jednak o poetyckiej kreacji widzenia.
To oko cyklonu, „ziemia prywatna” Jaworskiego. Budynek NOT-u w centrum Kielc, gdzie kiedyś sprzedawano pierwsze w mieście frytki, a obok były placki z pieczarkami zwane dumnie pizzą (czasem z kiełbasą bez kartek). Stare-nowe miejsca w rodzinnym mieście poety, gdzie pozostaje prawie nieznanym. Tu Krzysztof Jaworski jest prywatny, niemedialny.
Klisza druga. „Jesień stulecia”: Błogosławieni, którym Fredric/ Jameson, myli się z Jenną/ Jameson, w Auschwitz/ przerabiali ludzi na/ masło, a Herbert Grudziński/ przemierzył szlak bojowy/ z Armią Andersena.//
Klisza trzecia. Jaworski pisze sutry. Prywatne. O „słodkich latach 90.”: Nic nie było wyjebane w kosmos./ Nic nie było zapisane na pendrivach./ Wszystko było zapisane w gwiazdach.//
Klisza czwarta i piąta. Pan Cogito, Trawestacje. Parodie. Ironia. Scott McKenzie. Nie załamuj się./ Zawsze myśl pozytywnie.// Ta gałąź wytrzyma/ Tabletki zadziałają./ Gaz się nie ulotni.// („Myślenie pozytywne”). Czy jeśli pojadę do San Francisco/ będę miał we włosach kwiat,/ skoro już prawie/ nie mam włosów?// („Przeczucia”).
Małe obrazy. Znane czytelnikowi „Dusz monet”. Klisze ze starego dokumentu. Klisze pamięci, przefiltrowane przez popkulturę, ironiczna obserwacja, świat odchodzący w niepamięć. Mieszanie z plątaniem – bohaterowie jakby z „Warzywniaka” (tom prozy Jaworskiego z 2009 r.). Coś wiedzą, wszystko mylą.
Z tomem „byłem” można podróżować po kieleckiej „terra incognita”, gdzie nieśmiertelny „Bar Planty” oferuje najlepsze nad Silnicą (lokalna rzeczka) „pershingi”, obok ekskluzywnych apartamentowców. Można, wraz z podmiotem lirycznym, odtwarzać klisze pamięci. To jednak ledwie preludium. „byłem” – w części drugiej – staje się poematem, poematem formy rozpoznawalnej, charakterystycznej dla autora „Do szpiku kości”.
„44 lata 33 miesiące”. Kilkaset wersów, strumień świadomości, mozaiki – nie zapominajmy, że Jaworski jest wykładowcą akademickim i znawcą poezji futurystów. Cytaty, zasłyszane dialogi, strawestowana metoda Białoszewskiego. I komunikaty – zbliżeniowo, zbliżeniowa nie działa. To klisza ostatnia. Fabuła.
Od ironiczno-nostalgicznych obrazów po montażową mozaikę teledysku. Przypomina się „Tlen” Iwana Wyrypajewa. I widok z okna na NOT. A może nie?
Paweł Chmielewski
(recenzja - "Projektor" 5/2014)
Krzysztof Jaworski, „byłem”, Biuro Literackie, Wrocław 2014.

sobota, 19 grudnia 2015

Kaskader numer 1 (Rafał Wojaczek, „Wiersze i proza 1964-1971”)

Bazgrał. Jak kura pazurem. Pisał w brulionie w grubą linię. Cienka linia była zarezerwowana dla pierwszoklasistów stawiających pierwsze, koślawe litery. W szkolnym brulionie w zielonej – częściowo oskrobanej – okładce. Pisał piórem. Rafał Wojaczek (1945-1971).
To jest faksymile zeszytu poety z 1964 roku, dołączone do najpełniejszego zbioru jego utworów, zawierającego wydane za życia „Sezon” (1969) oraz „Inną bajkę” (1970), pośmiertne tomy „Nie skończona krucjata” (1972), „Którego nie było” (1972), „Reszta krwi” (1999), liryki zatrzymane przez cenzurę i prozy z „Sanatorium” (1969).
Nie pasuje mi do Wojaczka termin „poeta przeklęty”. „Przeklętą” możemy nazwać Papuszę, późnego Kazimierza Przerwę-Tetmajera, gdy umiera z głodu, a nikt już nie chce czytać jego wierszy, Norwida – odkrytego dwadzieścia lat po śmierci. Wojaczek „wyklęty” lub „przeklęty” nie był. Debiutanckie wiersze przyjęto bardzo dobrze, pierwszy tom zachwycił krytyków. Może był raczej – posługując się cytatem z książki Jana Marxa – „legendarny i tragiczny”. Z legend ocalała ta o kwiatach składanych w toalecie wrocławskiego dworca, gdzie miał się powiesić.
Był raczej „kaskaderem”. W książkowym zestawieniu – obok Hłaski, Stachury, Milczewskiego-Bruno – wyraźnie zaczyna wyrastać ponad nich. Czas dokonał selekcji. Wojaczek, debiutujący równolegle z poetami Nowej Fali, jest coraz lepszy i lepszy. Gdy jego współcześni maleją (może docenieni ponad miarę), on zaczyna być klasykiem.
Tom Biura Literackiego oddaje klimaty epok. Z Wojaczkiem (w sensie metaforycznym) zetknąłem się dwukrotnie. Najpierw, gdzieś trzydzieści lat temu, gdy byłem małym berbeciem, a świętokrzyscy poeci pożyczali od rodziców jego pierwsze wydanie „Utworów zebranych”. Potem pili wódkę, żarli bigos, zasypiali na klatce, a jeszcze później przestawali przychodzić, bo wódki już nie ma, bo ojciec chory, bo im masowe naśladowanie Wojaczka nie wyszło. Wtedy poeta z Mikołowa był na fali. Prawie wszyscy w Kielcach próbowali „pisać Wojaczkiem”.
Drugie spotkanie, to już początek naszego wieku. I film Lecha Majewskiego z Krzysztofem Siwczykiem w roli tytułowej. Zaczynam pracować, a licealiści przynoszą wiersze i pasjonują się dekadencją filmowego obrazu. Pociąga ich u autora „Martwego sezonu” miłość i język odważny, i ta dwoistość. Wojaczek patrzy na Wojaczka. Ironia. I nieuchronność ich pociąga: W trawie śniegu zielone oczy śnieżnych zwierząt,/ o których tylko tyle/ wiemy, że nas już jedzą („Chichot”). Piszą wiersze pod Wojaczka. Wtedy zrozumiałem, czemu poeta klasycznieje.
Można ten gruby tom przeczytać jak metafizyczny traktat. W części utworów rozproszonych i zatrzymanych przez cenzurę są obrazy przeczące (potocznemu, szkolnemu) wyobrażeniu autora „Innej bajki” jako liryka „mięsa, przekleństwa i krwi”, przejść skrócony kurs tworzenia poetyckiego obrazu: Teraz/ wisimy obaj/ na jednej belce/ pod zaciągniętym niebem// strażnik może zaświadczyć/ między nami jest nic („Wiem kto to jest”). Na tym polega uniwersalizm tej twórczości. To Jezus i łotr. Sam Wojaczek i Ośniałowski, poprzez tożsamość losu. To dwa kurczaki w rzeźni.

Paweł Chmielewski

(recenzja - magazyn "Projektor" 4/2014)

Rafał Wojaczek, „Wiersze i proza 1964-1971”, s. 554, Biuro Literackie, Wrocław 2014.

czwartek, 3 grudnia 2015

Wierszodymkowe ilustracje („Komiks wierszem w trybie żeńskim”)



Nie uwierzysz, księżyc/ sam zajrzał mi w okno;/ był z plasteliny i miał czerwone włosy. Zacytowałem fragment wiersza Julii Fiedorczuk „Czekając na telefon”. Zilustrowany przez Gretę Samuel, jest moim zdaniem najlepszą pracą w antologii „Komiks wierszem w trybie żeńskim”.

Niecały rok po publikacji „Powrotu Barbarzyńców i nie” (recenzja w „Projektorze” 3/2013), antologii poetyckiej przełożonej na komiks w „trybie męskim” (autorami liryków byli wyłącznie mężczyźni, m.in. Świetlicki, Baran, Jaworski, Sendecki, Foks) Biuro Literackie ogłasza kolejny konkurs. Tym razem w książce znalazło się dwanaście utworów, wyłącznie kobiet: Justyny Bargielskiej, Julii Fiedorczuk, Zuzanny Ginczanki, Kamili Pawluś, Kornelii Pieli, Anny Podczaszy, Marty Podgórnik i Agnieszki Wolny-Hamkało. Autorkami komiksów też są wyłącznie kobiety. Nawet Karol Król, to w rzeczywistości Karolina Zalewska. Obok dwóch, już wymienionych ilustratorek, w „Komiksie w trybie żeńskim” znalazły się obrazkowe historie Liwii Dzierżawy, Marty Kubiczek, Agnieszki Świętek, Judyty Mierczak (najwyżej ocenionej w plebiscycie publiczności), Katarzyny Balickiej, Anny Krztoń, Joanny Łańcuckiej, Oktawii Ogniew, Moniki Nowak.

Jaki jest ten tom? Nierówny. Czy słabszy od „Powrotu...”? Niestety tak. Nie piszę tu o jakości utworów poetyckich, ale ich zderzeniu z elementem graficznym, z którym stworzyć powinien komiks. Nie zawsze jest to komiks. Czasem tylko ilustracja obok tekstu. Przy okazji paru prac autorkom jakby zabrakło odwagi. Popatrzmy na Karolinę Zalewską – do „Pól bawełny” Justyny Bargielskiej wybiera styl, nazwijmy go „makatkowy”. Niestety nie jest w tym konsekwentna. Niby jest ostro, ale tak jakoś cukierkowo i fajnie, a powinno być odjechanie. To jeden z kilku przykładów.

Na drugim biegunie są prace bardzo dobre. Wspomniana już Grety Samuel. Konsekwentna, w stylistyce nawiązująca do opakowań po zapałkach z lat 50. i 60., starych etykiet, znaczków pocztowych. Rozwiązania nie dziwią, gdy przeczytamy w biogramie, że autorka zbiera dawne reklamy. Komiks Magdaleny Chojnowskiej (do wiersza Kornelii Pieli „Mała i dinozaury”) to naśladownictwo rysunków małego dziecka, koślawe napisy, błędy, przekreślenia. Pozorne niedbalstwo, ale bardzo trudne w realizacji. Jak w „Gapiszonie”. Ciekawe są również, jako ilustracje (ale już nie do końca jako spójny komiks) prace Agnieszki Świętek. Po prostu potwierdza się stara prawda – w dzieciństwie chłopcy są bardziej komiksowi, a dziewczynki bardziej ilustracyjne. I to jest wspaniałe.

Poza tymi dywagacjami o spójności tekstu i grafiki, pozostaje jeden, bezdyskusyjny fakt: wydawca wybierając jako narzędzie promocji poezji właśnie komiks, ma siłę rażenia kilkudziesięciu krytyków i kilkuset nauczycieli.

Paweł Chmielewski
(recenzja - magazyn "Projektor" 3/2014)

„Komiks wierszem w trybie żeńskim”, s. 59, Biuro Literackie, Wrocław 2014.

środa, 23 września 2015

Połów numer osiem ("Połów. Poetyckie debiuty 2012")

Biuro Literackie od dziewięciu lat realizuje projekt skierowany do poetów przed debiutem książkowym w Polsce. Co roku, spośród setki, wybieranych jest kilkoro najzdolniejszych/najciekawszych/najoryginalniejszych. Wraz z krytykami przygotowują zestaw wierszy publikowanych w almanachu. 

W 2012 r. wybrańcami okazali się: Oliwia Betcher (Wrocław), Patryk Czarkowski (Biała Podlaska), Dawid J. Kujawa (Bytom), Maciej Kulis (Szczecin), Piotr Nita (Częstochowa), Szymon Słomczyński (Kraków), Seweryn Gorczak i Maciej Papierski (Warszawa).

Czy tak jak ich poprzednicy zaczną kształtować obraz najnowszej poezji polskiej? Na razie zacytujmy dwie opinie krytyków: Zatrzymała mnie ta istota, niewiadomego pochodzenia, wynurzająca się ze swojej przestrzeni i zaglądająca tam, gdzie przedmioty, zjawiska i uczucia mają nazwy, porządek i oddziaływanie. (Roman Honet o poezji Macieja Kulisa). Jak widać, niektórym młodym poetom w zwyczajowych opowieściach o używkach, muzyce i miłości udaje się przemycić dużo więcej. (Karol Maliszewski o Dawidzie J. Kujawie).
 Paweł Chmielewski
(recenzja - magazyn "Projektor" 1/2014)
„Połów. Poetyckie debiuty 2012”, s. 153, Biuro Literackie, Wrocław 2013.

czwartek, 17 września 2015

Dlaczego? (Krzysztof Jaworski "Do szpiku kości")

To obrazoburstwo pozorne. Prowokacja wynikająca z sytuacji granicznej. Pełna ironii, rozpaczy. To echo sanatorium w Davos, ostatnich chwil Gustawa von Aschenbacha, „Zawału” Mirona Białoszewskiego, uczty w Kannie Galilejskiej. Nowy tom Krzysztofa Jaworskiego „Do szpiku kości”.
O chorobie Jaworskiego dowiedziałem się przypadkiem. Po raz pierwszy sześć lat temu. Pisząc relację z „Brunonaliów” w Klimontowie, gdzie – nie jako poeta (m.in. „Hiperrealizm świętokrzyski”, „Czas triumfu gołębi”, „Jesień na Marsie”), ale specjalista w dziedzinie twórczości Bruno Jasieńskiego – miał wygłosić wykład. Organizatorzy stwierdzili lakonicznie, że referent nie przyjedzie, bo ma raka. O chorobie Jaworskiego dowiedziałem się przypadkiem. Po raz drugi trzy miesiące temu, gdy dostałem egzemplarz „Do szpiku kości”. To krótki kontekst. Niezbędny.
Poezja Jaworskiego miała dla mnie zawsze jakiś wymiar barokowy. Nie tylko dlatego, że najnowszy tom umieścić można w nurcie „ars moriendi”. Była pomieszaniem ironii i wzniosłości, patosu i brzydoty, wysokiego z niskim, wyrafinowanego z wulgarnie trywialnym. Ostatni zbiór przypomina operę – ulubiony gatunek barokowych muzyków – lub miejscami raczej operetkę. Ten swoisty, ironiczny dystans pozwala obłaskawić potworne demony. Nie bez powodu w wielu poprzednich tomach poety pojawia się sztafaż z kultury narodowego socjalizmu i socjalizmu realnego – operetkowy, śmiechem niszczący grozę.
Klimat przywołujący małe prozy Białoszewskiego (również wcześniejszy tom Jaworskiego „Dusze monet”) z plotkami korytarzowymi i z sali szpitalnej. Trochę w tle lekarze jak inżynierowie i logistycy wielkich korporacji. Realni, nie łzawi w stylu telenoweli czy „podziękowań za wspaniałą opiekę” drukowanych w nekrologach.
„Do szpiku kości” jak traktat – rozpoczynający każdy z rozdziałów od ontologicznego pytania „dlaczego” – zanurzony w kulturze. Odnajdujemy sny bohaterów „Anny Kareniny”, wiersz „Dlaczego klasyka kina” z odniesieniem do najważniejszego filmu Leni Riefenstahl (przypomina najbardziej znany liryk poety „Nieodwracalne skutki rusyfikacji”), parafrazę dialogu platońskiego z rozważaniami o naturze rzeczywistości („Dlaczego niemoc jakaś przypadkowa”). Jest trawestacja „Księgi Genesis” („Dlaczego studium utraty”), Andrzeja Bursy („Dlaczego nie potrafię się uwolnić”).
Krzysztof Jaworski stosuje kryptocytaty („Dlaczego o słodka chwilo” – Tuż po lekturze albumu fotograficznego/ „Aryjskie piękno” udałem się do „Świata Herbat”/ I nie mogłem się zdecydować: spowolnić sklerozę/ czy poprawić krążenie, opóźnić pojawienie się zmarszczek/ czy wpłynąć kojąco na pracę dwunastnicy). Gra z językiem i jego frazeologią w lakonicznej odmianie: – Chłoniaki piętro wyżej („Dlaczego uzdrawiająca moc słowa”). Autor „Dandysa” eksperymentuje z formą modlitewną, dramatu scenicznego, prozy, epitafium.
Lecz na koniec pozostajemy z pytaniem. Dlaczego ludzie umierają?
Dlatego.
Paweł Chmielewski
(recenzja - magazyn "Projektor" 1/2014)
Krzysztof Jaworski, „Do szpiku kości”, s. 138, Biuro Literackie, Wrocław 2013.

wtorek, 15 września 2015

Barbarzyńcy i polska szkoła plakatu ("Powrót barbarzyńców i nie")



Oglądając „Kongres” Ariego Folmana – obraz zbudowany z animacyjnych fajerwerków, rozgrywający się na pograniczu realności i cyfrowego kosmosu, filozofujący – zacząłem stawiać sobie pytanie jak bardzo potoczna znajomość literatury odkleiła się od współczesności, od najważniejszych nurtów, zjawisk, autorów i trendów. Ta nieprzystawalność dotyczy przede wszystkim poezji.
Tak jakby – kiedyś w przeszłości – stworzono idealną kopię poety, szalonego wieszcza, piszącego w sposób cokolwiek niezrozumiały, oczywiście o honorze, bolesnej doli naszej ojczyzny, ewentualnie o miłości, a czasem o kwiatkach. Tysiące sklonowanych Robin Wright szamocą się w tym kokonie.
Skąd Lem i problem tożsamości? Dochodzimy do zagadnienia kanonu. Zestaw nazwisk pojawiający się w każdym rankingu na znanych/rozpoznawalnych polskich poetów byłby pewnie następujący: Kochanowski, Mickiewicz, Słowacki, Tuwim, Norwid. Kanon poezji współczesnej? Miłosz, Herbert, Szymborska, Różewicz. To jest właśnie ten kokon – z poetów żyjących, poniżej sześćdziesiątki nikt nie przebił się do zbiorowej świadomości. Może poza Świetlickim, ale jemu pomogło prowadzenie „Pegazu”, koncerty i autorstwo kryminałów. Choć kierownik impresariatu jednej z ważniejszych kieleckich instytucji nie miał bladego pojęcia o kim mówię (!).
Dlaczego „Powrót Barbarzyńców i nie”? W latach 90. Biuro Literackie organizowało m.in. w Legnicy spotkania i opublikowało czternaście zbiorów poetyckich autorów urodzonych w latach 60. „Barbarzyńcy” znów nadchodzą. Ich utwory to właśnie kanon współczesnej poezji polskiej. Należą do niego i zarazem – przez nieistnienie w szerszej świadomości – nie należą. Dlatego wracają w formie antologii pokonkursowej komiksu – inspirowanego wierszami – jako gatunku, który pozwala czytelnikowi czującemu wstręt do liryki uchwycić teksty: Marcina Barana, Miłosza Biedrzyckiego, Darka Foksa, Mariusza Grzebalskiego, Krzysztofa Jaworskiego, Macieja Meleckiego, Marcina Sendeckiego, Andrzeja Sosnowskiego, Dariusza Sośnickiego, Marcina Świetlickiego, Adama Wiedemana, Grzegorza Wróblewskiego.
Oglądając kolejne plansze miałem nieodparte skojarzenie z polską szkołą plakatu. W „Powrocie...” niewiele jest komiksów do jakich przywykli odbiorcy – tzw. środka. Tak naprawdę tylko dwa: Bereniki Kołomyckiej („M – morderstwo” Świetlickiego, II nagroda) i Wojciecha Pawlińskiego („Morze” Grzebalskiego, nagroda publiczności).
Kadry są swobodną interpretacją, nie są dosłowną narracją tekstów, eksperymentują z typografią, technikami graficznymi. Stąd skojarzenie z polską szkołą plakatu. Ewidentnie do tej tradycji nawiązał Jakub Kołodziejak („Urbi et orbi” Świetlickiego, kolejna II nagroda ex aequo), echa Kiwerskiego odnajdziemy w komiksie Agnieszki Piksy do „Przestrzelonego kolana” Foksa, poetyka szablonu to „Mat” Meleckiego według Magdaleny Chojnowskiej, wydawnictw podziemnych – „Latem 1987” Sosnowskiego zilustrowany przez Macieja Kotłowskiego (II nagroda). Malarstwo, kolaż, rysunek komiksowy – Bruno Althamer (wiersz „Pożegnania” Wiedemanna) przypomina trochę świetne prace Igora Baranki, Helena Siemińska (kolejna II nagroda ex aequo) interpretując „Massachusetts” Biedrzyskiego poszła w stronę rozwiązań Krzysztofa Gawronkiewicza.
Pierwsze miejsce dla Macieja Jasińskiego z Bydgoszczy za ilustrację „Nieodwracalnych skutków rusyfikacji” Krzysztofa Jaworskiego (pracownik UJK w Kielcach, autor m.in. zbiorów „Kameraden”, „Czas triumfu gołębi”, „Dusze monet”, badacz życia i twórczości Brunona Jasieńskiego) to hołd dla starej dobrej grafiki, może trochę w stylu Romana Cieślewicza. Kilkuwarstwowe kolaże złożone z liter wyciętych z gazety, archiwalnych zdjęć prywatnych i prasowych opatrzonych typowymi dla „sztuki zeszytowej” dorysowaniami (wąsy, okulary) tekstem wiersza i komentarzami autora rysunków tworzą spójny obraz, groteskowy, ale i nostalgiczny komentarz do schyłku PRL-u, gdy każdy marzył o długopisie „Zenith 5”, chińskim piórniku, a idolami mogli być agenci KGB.
 Paweł Chmielewski
„Powrót Barbarzyńców i nie”, s. 70, Biuro Literackie, Wrocław 2013.
Recenzja opublikowana - "Projektor" 3/2013