sobota, 28 maja 2016

Jest na wzgórzu dwór Mendoga (Tadeusz Lubelski "Historia kina polskiego")

„Historia kina polskiego”, nie filmu, a właśnie kina – to tytuł obszernej (793 strony drobnym druczkiem) książki Tadeusza Lubelskiego. Nie poruszamy się tylko w zaklętym kręgu ustawień kamery, kreacji aktorskiej, szybkiego montażu, korespondencji muzyki z obrazem. Film jest częścią życia społecznego, zależy od politycznych decyzji i ekonomicznych uwarunkowań. To historia rzucona na tło szerokie, panoramiczne.
Czytając ostatnie fragmenty zastanawiałem się czy lepszym –bezpieczniejszym – pomysłem byłoby doprowadzenie historii do roku 2000, może 2005, zamiast zakończenie jej na produkcjach wyświetlanych kilka miesięcy temu (w książce znajdujemy nawet informację o śmierci Marcina Wrony). Dystans byłby bezpieczniejszy, choć z drugiej strony, zamysł autorski pozwala spojrzeć na najnowsze filmy w prawie szerokoekranowym planie.
Historia kina, to historia technicznego postępu. Zanim poznamy pierwsze polskie filmy, Lubelski dokładnie relacjonuje najstarsze próby, pokazy, rywalizację firm produkujących sprzęt, przytacza relacje z planu najwcześniejszych, króciutkich filmów, kreśli sylwetki producentów, ich opór wobec dźwięku, kreowanie mody, ceny biletów. Dość dużo anegdot (zwłaszcza w rozdziałach poświęconych międzywojniu), cytatów i odsyłaczy do artykułów prasowych, prac naukowych, wywiadów, tworzy bogaty materiał bibliograficzny. Sugestia autorska jest dość jasna – kto chce niech sięga głębiej. Nie wiem czy zaproponowałbym lekturę linearną „Historii polskiego kina”, raczej hasłowo-encyklopedyczną – konkretny film, reżyser, scenarzysta, nurt gatunkowy i zabawę w śledzenie, który z twórców uznawany jest przez Lubelskiego za wybitnego. Nie ma tej egzemplifikacji w tekście, lecz Wojciech Has i Krzysztof Zanussi zdają się najbliżsi wrażliwości krakowskiego filmoznawcy. Również Kieślowski, zmiażdżony przez krytykę oficjalną i opozycyjną za obraz „Bez końca”.
Tadeusz Lubelski proponuje analizę polskiego kina z punktu widzenia strategii i postaw twórczych (tu przypomina się klasyczne dla literaturoznawstwa dzieło o strategiach poetyckich Edwarda Balcerzana), parafrazując tytuły słynnych filmów i utworów literackich. Mamy zatem „Fabulatorów”, „Mikrobiografów”, „Artystów” i „Z punktu widzenia: -wykluczonych, -wchodzących w życie”, zapożyczenia od Brandysa i Hłaski.
Po rozpoznaniu 120 lat historii polskiego kina rozumiemy, co najbardziej szkodzi sztuce – paternalizm i polityczne zamówienie. Służą temu zwłaszcza trzy przypowieści. Dwa przypadki – niemożność, niszczenie scenariuszy (przykładem „Robinson warszawski” o Szpilmanie według pomysłu Czesława Miłosza) i reżyserskiej inwencji w okresie 1945-1956 oraz skazanie na niebyt wielu arcydzieł w stanie wojennym, to czarny scenopis dziejów.
I tylko jedna, najstarsza przypowieść jest zabawna. Pierwszy okres po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. to wysyp filmów patriotycznych, ekranizacji literackiej klasyki. Największym przedsięwzięciem okazał się „Pan Tadeusz”. Obraz współfinansowany przez państwo, reżyserowany przez doskonale „usytuowanego” Ryszarda Ordyńskiego, o budżecie pół miliona złotych (starałem się znaleźć przelicznik równowartości – to prawdopodobnie ponad 20 mln współczesnych złotych). Po premierze marszałek Piłsudski miał powiedzieć Ordyńskiemu: Otóż w dawnych czasach żył na Litwie książę Mendog. Posiadał wielki zamek. Bywało, że zapraszał gości na ucztę... a później ich mordował... No, do widzenia panu, do widzenia.
Pouczające. Nie tylko dla reżyserów.

Paweł Chmielewski

(recenzja "Projektor" - 1/2016)

Tadeusz Lubelski, „Historia kina polskiego”, s. 793, Wydawnictwo Universitas, Kraków 2015.

środa, 25 maja 2016

Noworodek ("Komiks i my")


Zacznijmy od tego, że operator pocztowy pobił jeden z rekordów świata (albo przynajmniej Polski). Z Poznania, przez Jelenią Górę i Tarnobrzeg, po pięciu miesiącach dotarły do redakcji dwudzieste „Zeszyty Komiksowe”, a kilka dni później otrzymałem pierwszy numer nowego magazynu „Komiks i my”. 
To bardzo ciekawe, wręcz genialne, bo mam oto dwie strony komiksowego medalu. Demokracja i wolność słowa są jednak super, jeśli nawet cokolwiek, ktokolwiek i gdziekolwiek wmawiano by czytelnikom pogląd przeciwny. „Zeszytami Komiksowymi” zajmę się trochę później i w innym miejscu. Najpierw noworodek czyli „Komiks i my”.
Magazyn pięknie wydany, przede wszystkim czysty, przemyślany projekt graficzny. Pięciu autorów. To może niewielu jak na magazyn 64-stronicowy, ale zakładam, że tak wyglądają tylko początki i stopniowo, zarówno rysowników jak i publicystów będzie przybywać. Może tylko troszeczkę zabrakło mi artykułu albo chociaż przywołania Macieja Parowskiego, bo przecież tytuł magazynu odwołuje się do jego słynnego eseju z lat 80. Autorem recenzji jest Sławomir Zajączkowski (zarazem redaktor naczelny „Komiksu i nas” – tak chyba powinniśmy odmieniać tytuł periodyku), który w dwóch tekstach: „Komiks frankofoński w służbie Mahometa” i „V jak Vendetta” pokazuje inną, cokolwiek ciemną stronę opowieści graficznych. Można z autorem się nie zgadzać, ale nie można mu odmówić pasji polemicznej – czasem być może zbyt ostrej. Za ciekawszy uznaję tekst o komiksie Alana Moore’a, który proponuje odczytanie albumu jako nihilistycznego manifestu. Nawet nazwałbym, że trochę w duchu turgieniewowskich "Ojców i dzieci". Lubię takie konfrontacje - z jednej strony recenzja, z drugiej strony chociażby filmowa adaptacja. Domykający numer "blogger" Krzysztofa Wyrzykowskiego - wyjaśniający fenomen Thorgala i jego znaczenie dla całego pokolenia rysowników - mieści się w konwencji luźnych wpisów, choć oczywiście nie ma tego ciężaru gatunkowego wcześniejszej publicystyki.
Komiksy – Grzegorz Weigt kompletnie do mnie nie przemówił. Być może miałem problem (klasyczne zmęczenie materiału) przy lekturze ze względu na powód dość prozaiczny – krój czcionki, który jest najzwyczajniej nieczytelny. Podobały mi się króciutkie „stefanki” (nie mylić z imieninami Żeromskiego) czyli „Przygody Stefana” Mieczysława Skalimowskiego. Potem już było coraz lepiej. „Idioci” Krzysztofa Wyrzykowskiego – inteligentna parafraza „Czarnoksiężnika z krainy Oz”, z zakończeniem zrozumiałym tylko w kontekście ekranizacji książki. Metafizyczne sf Piotra Promińskiego „Stacja kontroli dusz” to już ekstraklasa, przede wszystkim graficzna (wycyzelowana czerń i biel), zaś warstwa językowo-scenariuszowa komiksu wymaga niezłej znajomości zagadnień teologicznych. Ale to dobrze. W końcu komiks powinien również zachęcać do myślenia w różnych kategoriach.
I czekam na drugi numer.

środa, 27 kwietnia 2016

Podróż do krainy różowych delfinów (Bolesław Chromry, "Renata")


Nieważne, ważne, że trwałą z każdych włosów za 25 złotych robiła, a za 35 to ścięła babę, chłopa i dziecko w komplecie. Takie miała Duda Renata stawki zaniżone, zaś obok ilustracja, czarno-biała, kilkoma kreskami, rzeczonej baby, chłopa i dziecka oczekujących pod nożem gilotyny.
To kwintesencja powieści (może raczej powiastki) graficznej „Renata” Bolesława Chromrego (pseudonim). Co można napisać o autorze? Zabawny fragment z jednego wywiadów, w którym udając śmiertelną powagę, mówił o swojej miłości i uwielbieniu dla serialu „Klan”. Myślę, że to wystarczy jako rys biograficzny. Coś z „Klanu” i innych telenowel jest w Renacie – ale a’rebours – bohaterką tivi-łzawca nie bywa raczej fryzjerka z klas niższych (tak, tak tasiemce wciąż posługują się tym wzorcem „klasowo nam obcym”, ludzi sortując) z problemami. Lecz powróćmy do Renaty.
Wyjąwszy rysunki – żartobliwe, drwiące, bardziej drapieżne, tworzone kilkoma kreskami – opowieść o bezbarwnym życiu Renaty fryzjerki Dudy, tworzy język. Powiastki – bo jest w tej historii coś z oświeceniowego optymizmu, pogody ducha i marzeń, fryzjerki Dudy z dwojgiem dzieci, co na ludzi wychodzą i mężem, marzeń o morzu i delfinach z Discovery.
Zaś bohaterem jest język – wykoślawiony, potoczny, nieźle podsłuchany, te frazeologizmy z kamienic biedniejszych, autobusów, fryzjerskich zakładów i maglarskich zakładów. Ten język, który Głowacki z Koterskim wprowadzili na salony. Pływaj więc Dudo Renato, fryzjerko w zaświatach z delfinami, nawet gdyby miały być różowe. Ale nie mogą, bo opowieść jest czarno-biała.
Paweł Chmielewski
(recenzja - magazyn "Projektor" 1/2016)
Bolesław Chromry, "Renata", s. 56, Korporacja  Ha!art, Kraków 2015.
 

44 wędrowców do krain dziwacznych („100 wierszy polskich stosownej długości”)

To był ten czas, gdy prawie każdy znał Litwo! Ojczyzno moja! i by język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa czy Czemu, Cieniu, odjeżdżasz, ręce złamawszy na pancerz. Wielu – Mam dwadzieścia cztery lata/ ocalałem/ prowadzony na rzeź. Niektórzy – Żegnaj książę czeka na mnie projekt kanalizacji/ i dekret w sprawie prostytutek i żebraków/ muszę także obmyślić lepszy system więzień.
Dalej pustka. Poeci piszą, wydają, nawet żyją, lecz jakby nie żyli. Nikomu za bardzo nie chce się ich czytać. Bo poezja nie jest narracją, nie jest nawet dramatem. Inaczej – może być i dramatem i narracją. Może być spójną opowieścią – antologią „100 wierszy polskich stosownej długości” – wyborem Artura Burszty 44 poetów współczesnych z kręgu wrocławskiego Biura Literackiego – czyli prawie wszystkich znaczących w Polsce.
Jaka jest narracja złożona z setki tych wierszy? Jak epos... czy raczej rozrzucona mozaika... rwana, sklejona z przypadkowych kawałków? Posłużę się analogią – jak w XVIII i XIX-wiecznej Europie popularnym gatunkiem był „opis podróży” z dziełem Aleksandra Radiszczewa, którego prawie nie przypłacił ćwiartowaniem publicznym („Podróż z Petersburga do Moskwy”) czy zakazanymi w kraju „Wielkiego Brata” Markiza de Custine’a „Listami z Rosji”. Nie tak drastycznie. Raczej jak „Podróż do Włoch, Sycylii i Malty” Michała Wiszniewskiego albo opisy/ leksykony egzotycznych roślin, prowadzące czytelnika do krain dziwacznych. Stworzona z rozdziałów i tematów – nigdy wprost nienazwanych – konsekwentnie konstruowanych.
Więc najpierw wstęp. Ogólna charakterystyka krainy i ludów ją zamieszkujących:... jest tam/ gdzie nikt jej nie szuka/ W telewizyjnych audycjach/ dla wsi/ w których mówi się / o remoncie stada podstawowego (Bohdan Zadura „Gdzie jest poezja”). Z aluzją wyraźnie herbertowską: Zapewne nie jest strategią przetrwania,/ ani sposobem na życie. Twój upór jest śmieszny,/ kiedy wspominasz zaklęte jeziora,/ szumiące bory i głuche jaskinie (Andrzej Sosnowski „Czym jest poezja”). Przyszli żeby zobaczyć poetę/ i co zobaczyli?// zobaczyli człowieka/ siedzącego na krześle/ który zakrył twarz// a po chwili powiedział/ szkoda że nie przyszliście/ do mnie przed dwudziestu laty// (Tadeusz Różewicz „Przyszli żeby zobaczyć poetę”).
Potem ludu tego język. Słowa zostały zużyte/ przeżute jak guma do żucia/ przez młode piękne usta/ zamienione w białą/ bańkę balonik (Tadeusz Różewicz „słowa”). Z podziałem na gwary, dialekty i futurystyczne frazy: staw? nie/ studnia? nie, nie to/ morze? nie, nie to nie to// to nie? nie// tonie? nie// nie tonie/ nie to nie (Krystyna Miłobędzka „Wiersz głęboki”). Dla bardziej zorientowanych języka tego idiom: Wiersz cieknie/ Wiersz zamarza// Wiersz jest zrozumiały/ Wiersz jest niezrozumiały// Wiersz chichocze/ Wiersz ociera łzy// (Marcin Sendecki „Wiersz”).
Potem już opisy krajobrazów, środowiska naturalnego, fauny, większych osad. Rozrasta się temat, rozchodzi, rozpełza forma poetycka. Może stać się serią pięciu łatwych utworów, mikropoematem Jacka Dehnela – „Powiślańska Szkoła Fortepianowa Czernego”, zeznaniem autotematycznym – Foks strzyże Jaworskiego/ a za oknem przeciąga ostatnia przedwyborcza/ parada Unii Wolności Jest piątek// (Bohdan Zadura „Bitwa pod Legnicą”). Jest pięknie, jest fajnie, ale tak jakby fajnie i pięknie jest jednak gdzie indziej. U nas rozmamłanie powszechne, rozkoszne, inteligentne, jesienne, ale rozmamłanie – Dzisiaj w mej głowie zabili mi Kennedy’ego/ Jest 23 listopad/ Pada mi za kołnierz jesieni polskiej glajza/ Wyprzedzają się tiry na autostradach// Żółć się leje mi z wątroby jak tramwaj/ Na Patriarszych Prudach/ Moja poduszka milimetr od szyn, więc/ Mam twarz jak stary Bułgar// (Krzysztof „Grabaż” Grabowski „Chory na wszystko”).
To opis, poemat podróżny, na czterdzieści cztery głosy oratorium współczesnego miasta – osiedlowego sklepu, słów, co już rozlały się, autobusowej pętli w środku nocy, brudnej ściany, westchnień do przejrzałej gwiazdy TV, wieczorów poetyckich, gdzie nic się nie chce poecie i widzowi, a jednak wszystkiego się chce – zamazianej turbiny nawet, krzywo strzygącego fryzjera i miłości się chce i tęsknoty. Ale to już zupełnie inna historia. I ta zdradziecka niejedno-, wieloznaczność: Chciałbym powiedzieć że/ No chciałbym ale i nie/ Raczej nie/ Za dużo znaczeń// Pseudo Dionizy wie/ I Karol przez duże „p” (Lech Janerka „Daj mi”).
Dobry byłby tytuł „antologia na koniec wieku”, lub „-na nowy wiek”, choć jak mi się zdaje już ktoś je zaklepał. I trochę jesteśmy spóźnieni. Zostańmy więc przy tych dziwacznych krainach, przy najważniejszej książce poetyckiej ostatniego roku.

Paweł Chmielewski

(recenzja - magazyn "Projektor" 1/2016)

„100 wierszy polskich stosownej długości”, wybór Artur Burszta, s. 267, Biuro Literackie, Wrocław 2015.

wtorek, 22 marca 2016

Gdzie byłeś, gdy umarła Gwen? („Zeszyty Komiksowe”, nr 18)


Art Spiegelman (Pulitzer za „Mausa”), który byłby pewnie pierwszym kandydatem do Nobla, gdyby członkowie Akademii Szwedzkiej czytali historyjki obrazkowe lub SF – tu noblowski medal odebrałby Stanisław Lem – otóż Spiegelman w jednym z wywiadów stwierdził, że wydając na przełomie wieków magazyn, musiał przekonywać odbiorców, że komiksy mogą czytać również dzieci.
Niby paradoks. Komiksy, to przecież lektura dla czytelnika dziecięcego, a jeśli starszego, to mentalnie zdziecinniałego – powtarzam tu tylko stereotypy wypracowane przez krytykę humanistyczną (już trochę zanikające), dydaktykę szkolną, wielu bibliotekarzy – mającego problemy z zaawansowaniem narracji i światem przedstawionym. W realnej rzeczywistości stereotyp stanął na głowie. Wydawnictwo „Centrala”, którego komiksy recenzujemy dość regularnie, wydrukowało ostatnio „To była wojna okopów” Tardiego (o okropnościach zbrojnego konfliktu lat 1914-18), „Ciemną stronę księżyca” Olgi Wróbel (ciąża), „Na własny koszt” Browna (prostytucja); Biuro Literackie – komiksy inspirowane polską poezją współczesną. Oficyny tworzą serie lub działy „komiksu dla dzieci”, co oznacza, że większość produkcji dedykowana jest czytelnikowi dorosłemu.
Kiedy komiks stracił niewinność? W amerykańskiej kulturze jest kilka pytań istotnych: „Co robiłeś, gdy zginął prezydent Kennedy?”, „Gdzie oglądałeś (i z kim) pierwszy raz Gwiezdne Wojny?” oraz „Gdzie byłeś, gdy umarła Gwen Stacy?”. Lipiec 1973 r. W 122 albumie przygód Spider-Mana ginie jego dziewczyna. Trauma dla tysięcy młodych odbiorców. „Opowieści z dymkiem” już nigdy nie będą takie same.
Lekturę „Zeszytów Komiksowych” nr 18 – poświęconych wydawnictwom dla dzieci – zacząłbym prawie od końca. Od wywiadu z Adamem Ruskiem. To tam znajdziemy „strzelbę Czechowa”, która wypali w innych artykułach. Streszczając –długa rozmowa o relacjach (trudnych czasem) biblioteki z komiksowym wydawcą, o badaniach komiksowego czytelnictwa w Polsce, o katalogowaniu zbiorów, o egzemplarzu obowiązkowym. Nie padają – podkreślone – słowa promocja i rynek, ale do tego się to sprowadza.
Potem, tak powolutku idąc do początku, można zrobić przystanek przy tekście Michała Traczyka „Komiks nie jest dla dzieci”. Dowód na twierdzenie, od którego zacząłem, że gatunek nie jest traktowany poważnie przez wielu badaczy kultury i do tego smaczne cytaty z wypowiedzi zacnych krytyków literatury. Dużo ciekawych komiksów, wywiady z autorami, przyczynek do historii obrazkowych opowieści w Czechach.
Dalej tekst o Davidzie Wiesnerze i „Trzech świnkach” czyli zabawach pokazujących dzieciom różnorodność konwencji – pisze Jerzy Szyłak. Zwieńczeniem jest pierwszy artykuł teoretyczny (w naszym czytaniu ostatni) – Wojciecha Birka „Komiks dla dzieci w Polsce” (fragmenty). Analiza Gapiszona, paralele z postacią profesora Filutka, Koziołek Matołek, Kaczor Donald i Tytus nieśmiertelny Papcia Chmiela.
Komiksy to, z konieczności, takie półpancerze praktyczne przeciw szaleństwu testów, współczesnej, polskiej szkoły.

Paweł Chmielewski

(recenzja - "Projektor" 1/2015)

„Zeszyty Komiksowe”, nr 18, s. 136, Wyd. Centrala, Fundacja Tranzyt, Biblioteka Uniwersytecka w Poznaniu, Poznań 2014.

Inwazja rysowników latających spodków (Artur Nowakowski, „Fantastyczne światy na okładkach i w ilustracjach książek oraz czasopism od wieku XIX do lat 80. XX wieku”)

Rok 1986. Nominacje do „Złotych Meteorów” (odpowiednik „Złotych Malin”). W uzasadnieniu czytamy: Za uporczywe lansowanie swojej twórczości na okładkach serii Fantastyka-Przygoda, co jest pośrednim powodem braku papieru na rynku, gdyż zmusza czytelników serii do wykonywania nieprzezroczystych okładek. Tak na konwencie Polcon-Silcon podsumowano dokonania jednego z najważniejszych autorów okładek polskiej SF Kazimierza Hałajkiewicza.
Twórca większości projektów dla 122 książek z serii wydawnictwa „Iskry” i tak miał szczęście. Gdy na chwilę zastąpił go Jerzy Rozwadowski, ilustrując „Limes inferior” usłyszał: Cóż można powiedzieć, widząc ten infantylny obrazek rodem z debilnej młodzieżówki na książce, która jest najbardziej dojrzałą i najdoroślejszą książką Zajdla. Autor świetnego opracowania o okładkach i ilustracjach SF – Artur Nowakowski – tłumaczy te opinie jurorów i uczestników konwentów faktem, iż pragnęli oni realistycznych rysunków kosmonautów i wydań w stylu amerykańskim. Nie zaś sztuki.
„Fantastyczne światy...” to jednak nie tylko zbiór anegdot, ale przede wszystkim skondensowana historia ilustracji science fiction. Autor zaczyna od Stanów Zjednoczonych i przy okazji prezentuje twórczość krajów Zachodu. Osobną część stanowi twórczość grafików z ZSRR i Europy Wschodniej (z dużym rozdziałem poświęconym Polsce). Artystycznie nasza część świata jest zdecydowanie górą. W zakończeniu krótki dodatek poświęcony zinom.
Książka Nowakowskiego to praca naukowa, ale i popularyzatorska. Zaletą jest sposób narracji: opis zjawiska, przedstawicieli, charakterystyka konkretnej okładki lub ilustracji, anegdota, czasem cytat. W części amerykańskiej obszerne omówienie „pulp art” (kto zna fascynacje Quentina Tarantino lub film „To wyszło z głębin” wie, co mam na myśli) pozwala nam zrozumieć istotę amerykańskiej ilustracji, na styku konsumenta, rynku i pragnień artysty. Omawiając fenomen SF zza oceanu, Nowakowski nie tworzy obszernej encyklopedii, lecz punktuje tematy: kosmonauta, robot, obcy, miasto w fantastyce.
Który z grafików wymyślił latające spodki? Dlaczego CIA zainteresowało się nowelami drukowanymi w radzieckim czasopiśmie dla techników-amatorów? Z czego mogą być dumni rumuńscy autorzy SF? Trzeba sięgnąć po książkę.
Najobszerniejszy rozdział, nadwiślański, ukazuje fenomen ilustracyjny, który od 1965 r. stał się wzorcem dla UNICEF, która rekomenduje polskie okładki i ilustracje. Wraz z autorem śledzimy wybitnych grafików i malarzy zajmujących się tworzeniem „fantastycznych światów” w XIX w. i w dwudziestoleciu, kolejne odsłony powojennych serii wydawniczych. Wspomniana już „Fantastyka-Przygoda” – zmieniała szatę pięciokrotnie.
To wreszcie opowieść o ikonach polskiej ilustracji SF. O Danielu Mrozie i jego drzeworytach, Janie Bokiewiczu, Antonim Boratyńskim. O pisarzach: Lemie, Asimovie, Wellsie, Strugackich. I o tym panu, który wymyślił robota.

Paweł Chmielewski

(recenzja "Projektor" - 1/2015)

Artur Nowakowski, „Fantastyczne światy na okładkach i w ilustracjach książek oraz czasopism od wieku XIX do lat 80. XX wieku”, s. 197+12, Wydawnictwo Universitas, Kraków 2014.

Kawalerka za projekt Lenina (Andrzej Krajewski, „Moje okładki”)


Uczeń Wojciecha Fangora i Henryka Tomaszewskiego. Po prostu Andrzej Krajewski. Jeden z najsłynniejszych reprezentantów Polskiej Szkoły Plakatu, bohater niesamowitych historii i autor projektu graficznego wydawnictwa „Lenin. Katalog dzieł Włodzimierza Iljicza Lenina w Polsce w latach 1945-1969”, za który w 1970 r. – pracując dwa tygodnie – zarobił na mieszkanie w Warszawie.
Andrzeja Krajewskiego znamy przede wszystkim jako autora plakatów. Wymieńmy tylko „Amarcord”, „Zaklęte rewiry”, „Pulp fiction”, „Utraconą cześć Katarzyny Blum”. To tylko część – słynniejsza – jego dorobku. Drugą stanowią obwoluty książek i czasopism. „Moje okładki” wydawnictwa Ha!art, zebrane przez Tytusa Klepacza, są doskonałym wyborem 174 prac artysty – od „Między wolnością a zyskiem” (1961, jeszcze wspólnie z Marią Ihnatowicz) do „Skyliner” (2012).
Obserwujemy Krajewskiego jako projektanta dziewięciu okładek dla Klubu Interesującej Książki oraz przedsięwzięcia nietypowego, charakterystycznego w surrealistycznej rzeczywistości PRL-u: grafik dla Państwowego Wydawnictwa Rolniczego i Leśnego. Artysta jest autorem, sprowadzonych do prostego znaku jak w rysunku inżyniera-konstruktywisty, winiet „Pomp wtryskowych i wtryskiwaczy ciągników” czy „Mechanizacji buraka cukrowego”. Z PWRiL współpracowali również: Jan Młodożeniec, Jan Lenica, Wojciech Freudenreich.
Prawdziwe artystyczne szaleństwo widzimy na okładkach miesięcznika „Polska” (1967-1981). Ujawniają się fascynacje Krajewskiego – pop art, komiks, film amerykański. Groteskowy symbolizm mógłby ilustrować książki Douglasa Adamsa czy Terry’ego Pratchetta. Stąd tylko krok do Stanów Zjednoczonych, gdzie artysta mieszka od 1985 r.
Mam cichą nadzieję, że „Moje okładki” Andrzeja Krajewskiego są prologiem nowego cyklu. Mógłby być Jan Młodożeniec lub Daniel Mróz? Na początek.
Paweł Chmielewski
Andrzej Krajewski, „Moje okładki”, s. 235, Korporacja Ha!art, Kraków 2014.

wtorek, 8 marca 2016

Portret z delfinkiem we wnętrzu (Adam Mazur, „Decydujący moment. Nowe zjawiska w fotografii polskiej po 2000 roku”)


Po zapaści „wieków ciemnych” antyczna Grecja wchodzi w okres klasyczny. Wiek złoty. Dwieście lat później Arystoteles opisując ustrój greckich polis, podał trzy sposoby organizacji państwa – demokrację, oligarchię i politei. Monarchii (i jej wynaturzonej formy tyranii) poświęcił miejsca niewiele, bo Grecy królów nie cenili, uznając ich istnienie za przejaw barbarzyństwa.
Rok 2000 to w dziejach polskiej fotografii cezura ustrojowa. Przed nią wszechwładzę dzierżyła oligarchia. Upraszczając – ten zdjęcia robił i organizował wystawy, kto z racji majątku posiadanego (lub zawodowego statusu) miał dostęp do dobrego sprzętu. W XXI w. nadchodzi demokracja, cyfrowa rewolucja – kupić lustrzankę i fotografować może każdy.
Idealny ustrój Arystotelesa –politei – to ten, w którym prawa mają wszyscy, lecz decydują tylko niektórzy. Do grona decydentów przynależeć można ze względu na majątkowy status lub walory etyczno-intelektualne. Książka Adama Mazura, kuratora CSW Zamek Ujazdowski – „Decydujący moment” jest pierwszym szerokim ujęciem polskiej, fotograficznej politei. Charakterystyką najważniejszych zjawisk w XXI w. Fotografować może już każdy, lecz o sukcesie decydują szczęście, przychylność krytyków lub talent.
Album zawiera sylwetki 92 współczesnych polskich fotografików (poczynając od starych mistrzów – Tadeusza Rolke i Wojciecha Prażmowskiego) i ponad 500 barwnych zdjęć. Użyję wytartego sloganu – pozycja obowiązkowa dla każdego, kto interesuje się sztuką.
Adam Mazur w sposób syntetyczny wskazuje na kilka najważniejszych zjawisk, które charakteryzują pierwszą dekadę naszego wieku w fotografii. To gwałtowny wzrost sprzedaży aparatów cyfrowych, a pod koniec tego okresu powszechność wystaw i publikacji tworzonych telefonem komórkowym. Ogromna rola fotografii prasowej (później również publikowanej w Internecie), która zostaje doceniona po World Press Photo dla Tomasza Gudzowatego (1999). Powstanie inicjatyw niezależnych, które zastępują tradycyjne instytucje. Najbardziej znaną jest Galeria „Bezdomna” (w 2006 r. wystawa w Kielcach – Baza Zbożowa).
Patrząc na okładkę albumu, widzimy zdjęcie Michała Grochowiaka – dmuchany, kiczowaty, niebieski delfinek we wnętrzu zwyczajnej kuchni. Fotografia charakterystyczna dla naszych czasów. Przeważa portret – wystylizowany, często w kostiumie – jak nowoczesne panoptikum Toda Browninga. Jeśli reporterski to w czerni i bieli. Rzadziej krajobraz – miejski, z dominantą zdegradowanego lub wypaczonego absurdalną działalnością człowieka. Wreszcie wnętrza – dziwacznie urządzone, zaśmiecone. Minimalna obecność martwej natury, brak klasycznego krajobrazu i zdjęć przyrodniczych.
Sięgając do terminologii z dziejów sztuki – oto współczesny „Zapis socjologiczny” trzydziestoletnich, późnych wnuków Zofii Rydet. Oto „Decydujący moment”. Oto najpełniejszy, książkowy obraz najnowszej polskiej fotografii.

Paweł Chmielewski

(recenzja - "Projektor" 6/2014)

Adam Mazur, „Decydujący moment. Nowe zjawiska w fotografii polskiej po 2000 roku”, s. 383, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2012.

Aleje szczurów i kolczastego drutu (Jacques Tardi, „To była wojna okopów”)

W jednej ze scen „ Krzyża żelaznego” Sama Peckinpaha niemiecki generał odwiedza szpital. Wygłasza frazesy o honorze, bohaterstwie, ojczyźnie. Wychodząc chce pożegnać jednego z rannych. Ten wyciąga ku niemu dwa kikuty amputowanych rąk. Groteskowa i makabryczna scena mogłaby znaleźć się w komiksie Jacquesa Tardiego „To była wojna okopów”.

Nie rozumiemy lub nie akceptujemy konferencji monachijskiej, postawy Chamberlaina i Deladiera, „dziwnej wojny” 1939/40 na froncie zachodnim. U źródeł leży odmienna optyka i myślenie historyczne. I wojna światowa nie była w Polsce traumatycznym doświadczeniem pokoleniowym. Miasta i autostrady okopów z lat 1914-18 to element francuskiej, brytyjskiej i niemieckiej pamięci. Jak zbiorową świadomość Żydów buduje Holocaust, Rosjan – Wielka Wojna Ojczyźniana, Polaków – Powstanie Warszawskie, tak Francuzów – okopy na Marną. O tym jest komiks Tardiego.
W epilogu autor podaje obszerną listę książek (od „Ognia” Henri Barbusse’a do „Bardzo długich zaręczyn” Sebastiena Japrisota), filmów (przez „Oskarżam” Abla Gance’a do „Życie i nic więcej” Bertranda Taverniera), które wykorzystał jako inspirację, wplatając odniesienia, fragmenty w tkankę fabularną. Zabrakło na tej liście – bo być nie mogło – „Cienkiej czerwonej linii” Terrence’a Malicka. By przybliżyć zabieg formalny Tardiego muszę odwołać się do tego – znacznie lepiej znanego odbiorcom – obrazu. Narratorami jest kilkunastu żołnierzy (u Malicka ośmiu), każdy z nich snuje krótką opowieść, w którą wplecione są elementy retrospekcji. Podobny jest absurd teatru wojny i przeciwnik, którego nie widzimy, strzelający gdzieś z oddali. Ta mozaikowa struktura ukazuje bohatera zbiorowego. To podobieństwo artystyczne komiksu Tardiego do filmu Malicka, jednak bez mistycznej aury twórcy „Badlands”.
Francuz jest przede wszystkim ekspresjonistą. Wpisuje się w długą tradycję ukazywania okropności wojny. Od Francisca de Goi do George’a Grosza i Otto Dixa. Czarno-białe turpistyczne rysunki operują makabrą – w jednej historii bardzo dokładnie, z każdej strony, ukazane jest studium końskiego szkieletu na uschniętym drzewie. Na jednym z dużych kadrów kościotrup w okopie czyta książkę spasionym, uradowanym szczurom. W miarę trwania historii Tardi ustala kompozycję strony – poziomy tryptyk. Szerokie kadry sprawiają wrażenie uczestnictwa w szerokoekranowej projekcji. Opartej na bardzo dobrze i długo analizowanej dokumentacji fotograficznej.
Artystycznym chwytem są powracające motywy – element budowania zbiorowej świadomości – krzyczący, wręcz wyjący z bólu kolega, który kona niedaleko okopu na drutach kolczastych. Scena sądu nad rzekomymi tchórzami i egzekucja – przeniesiona ze „Ścieżek chwały” Humpreya Cobba, powtarza się czterokrotnie. Kadry szpitalne przywołują echa „Johnny poszedł na wojnę” Daltona Trumbo.
Jaki może mieć finał pacyfistyczna opowieść narracyjna? Tardi kończy podobnie jak Remarque „Na Zachodzie bez zmian”. Bezsensowną śmiercią w chwili ogłoszenia rozejmu. 
Paweł Chmielewski

(recenzja - "Projektor" 5/2014)

Jacques Tardi, „To była wojna okopów”, s. 130, Wyd. Centrala – Mądre komiksy, Poznań 2014.

Klisze (Krzysztof Jaworski "byłem")

Nowy tom Krzysztofa Jaworskiego „byłem”. Tom układający się w rolkę filmową. Stworzony z pojedynczych klisz.
Pierwsza: Ja widzę:/ ulicę Planty 7 (miejsce pogromu w 1946),/ szyld restauracji „Czerwona Rzeka” (kuchnia chińska,/ tanio i smacznie), reklamę firmy Technics/ (z niewymuszonym dostojeństwem/ szybującą nad dwupiętrowym budynkiem NOT-u).// („Widok z okna”). Obstawiam – dolary przeciw orzechom jak mawiają Amerykanie w kiepskich filmach – że to górne piętro kamienicy przy ul. Paderewskiego (dawniej Buczka, dawniej, dawniej Focha) albo wieżowiec przy Panoramicznej, obok kina Romantica, gdzie miała być masarnia, teraz jest lumpeks, punkt kredytowy, salon Kolportera. To lokalizacja bardzo w stylu autora „Drażniących przyjemności”. Chociaż sam mieszka w odległej sypialni Ślichowice. Mówimy jednak o poetyckiej kreacji widzenia.
To oko cyklonu, „ziemia prywatna” Jaworskiego. Budynek NOT-u w centrum Kielc, gdzie kiedyś sprzedawano pierwsze w mieście frytki, a obok były placki z pieczarkami zwane dumnie pizzą (czasem z kiełbasą bez kartek). Stare-nowe miejsca w rodzinnym mieście poety, gdzie pozostaje prawie nieznanym. Tu Krzysztof Jaworski jest prywatny, niemedialny.
Klisza druga. „Jesień stulecia”: Błogosławieni, którym Fredric/ Jameson, myli się z Jenną/ Jameson, w Auschwitz/ przerabiali ludzi na/ masło, a Herbert Grudziński/ przemierzył szlak bojowy/ z Armią Andersena.//
Klisza trzecia. Jaworski pisze sutry. Prywatne. O „słodkich latach 90.”: Nic nie było wyjebane w kosmos./ Nic nie było zapisane na pendrivach./ Wszystko było zapisane w gwiazdach.//
Klisza czwarta i piąta. Pan Cogito, Trawestacje. Parodie. Ironia. Scott McKenzie. Nie załamuj się./ Zawsze myśl pozytywnie.// Ta gałąź wytrzyma/ Tabletki zadziałają./ Gaz się nie ulotni.// („Myślenie pozytywne”). Czy jeśli pojadę do San Francisco/ będę miał we włosach kwiat,/ skoro już prawie/ nie mam włosów?// („Przeczucia”).
Małe obrazy. Znane czytelnikowi „Dusz monet”. Klisze ze starego dokumentu. Klisze pamięci, przefiltrowane przez popkulturę, ironiczna obserwacja, świat odchodzący w niepamięć. Mieszanie z plątaniem – bohaterowie jakby z „Warzywniaka” (tom prozy Jaworskiego z 2009 r.). Coś wiedzą, wszystko mylą.
Z tomem „byłem” można podróżować po kieleckiej „terra incognita”, gdzie nieśmiertelny „Bar Planty” oferuje najlepsze nad Silnicą (lokalna rzeczka) „pershingi”, obok ekskluzywnych apartamentowców. Można, wraz z podmiotem lirycznym, odtwarzać klisze pamięci. To jednak ledwie preludium. „byłem” – w części drugiej – staje się poematem, poematem formy rozpoznawalnej, charakterystycznej dla autora „Do szpiku kości”.
„44 lata 33 miesiące”. Kilkaset wersów, strumień świadomości, mozaiki – nie zapominajmy, że Jaworski jest wykładowcą akademickim i znawcą poezji futurystów. Cytaty, zasłyszane dialogi, strawestowana metoda Białoszewskiego. I komunikaty – zbliżeniowo, zbliżeniowa nie działa. To klisza ostatnia. Fabuła.
Od ironiczno-nostalgicznych obrazów po montażową mozaikę teledysku. Przypomina się „Tlen” Iwana Wyrypajewa. I widok z okna na NOT. A może nie?
Paweł Chmielewski
(recenzja - "Projektor" 5/2014)
Krzysztof Jaworski, „byłem”, Biuro Literackie, Wrocław 2014.

niedziela, 14 lutego 2016

Pearl Harbor – reaktywacja (Piotr Siuda, Anna Koralewska, „Japonizacja. Anime i jego polscy fani”)

Pod koniec lat 70. w Stanach Zjednoczonych (w Polsce z niejakim opóźnieniem) wchodzi na mały ekran serial „Kagaku ninja tai Gatchaman” czyli „Załoga G”. To początek popularności anime – filmów i seriali animowanych z Japonii.
Piotr Siuda i Anna Koralewska, autorzy książki „Japonizacja”, opisując zjawisko odwołują się do żartobliwego przykładu. W jedenastym odcinku, trzeciej serii „South Parku”, dzieci wariują na punkcie japońskiej kreskówki. Przerażeni i bezradni dorośli nazywają to „drugim Pearl Harbor”.
Publikacja – podejrzewam, że pierwsza tak obszerna na polskim rynku – podzielona została na trzy części: prezentującą i wyjaśniającą fenomen popularności japońskiej animacji, traktującą o środowisku fanowskim i trzecią skupiającą się na entuzjastach anime w Polsce. To odsłona najbardziej socjologiczna, oparta na szczegółowych ankietach. Zacznę od niej właśnie – zaskakującej dla człowieka z zewnątrz. Mimo istnienia w świecie wirtualnym, polskie grupy fanów anime przypominają feudalne księstwa, ze skomplikowaną hierarchią i surowym kodeksem honorowym.
W dość efektownym, choć fabularnie schematycznym filmie „Hakerzy”, czarny charakter wypowiada kwestię „Jesteśmy współczesnymi samurajami cyberprzestrzeni”. Coś z tej etyki samurajskiej pozostało wśród fanów anime. Od innych środowisk odróżnia je, przede wszystkim, skrajne uwielbienie dla przedmiotu kultu. Fani japońskich animacji odpowiadają – w znacznym stopniu – za promocję najnowszych filmów. Spory między producentami, a widzami (np. o naruszanie praw autorskich) nie istnieją.
Kim jest polski fan anime? Przede wszystkim fansuberem czyli twórcą napisów do animacji, które jeszcze nie weszły na nasz rynek. Istnieje kilka żelaznych punktów środowiskowego dekalogu: produkcja napisów zostaje przerwana, gdy znajdzie się polski dystrybutor danego tytułu, tłumaczenie tekstów odbywa się prawie zawsze w sposób kolektywny (translator, korektor, koder), praca ma służyć doskonaleniu własnych umiejętności, plagiat oznacza śmierć cywilną. Walor poznawczy tej części wzmacniają fragmenty autentycznych wypowiedzi (fragmenty rozmów) z fansuberami. O słowniku terminów nie wspomnę. To już „oczywista oczywistość” w takich wydawnictwach.
Zakonne reguły i pasja fanów nie tłumaczą jednak fenomenu popularności anime. Są tylko jego pochodną. Zaś powody? Odmienność rysunku, obca europejskiej tradycji (z dominującym brakiem głębi), życiodajne źródło inspiracji (teledyski Gorillaz, filmy braci Wachowskich, „Avatar” Camerona), „zwyczajność” bohaterów, którzy walczą nie z powodu kosmicznej proweniencji, wpływu promieniowania, lecz wykorzystując również inteligencję, brak ingerencji producenta, który w procesie powstawania anime ma mniej do powiedzenia niż reżyser.
Japonia już nie jest dominującą w Azji potęgą technologiczną i przemysłową. Przegrywa z Chinami, Tajwanem, Koreą Południową. Stała się kulturalnym imperium. Już nie tylko Kurosawa, Kitano, Mizoguchi są jej znakiem. Nadszedł czas horrorów i anime.

Paweł Chmielewski

(recenzja - magazyn "Projektor" 1/2015)

Piotr Siuda, Anna Koralewska, „Japonizacja. Anime i jego polscy fani”, s. 347, Wydawnictwo Naukowe Katedra, Gdańsk 2014.

czwartek, 11 lutego 2016

W sieci pająka (Teatr Ecce Homo "Łagodna" według Fiodora Dostojewskiego, reż. Stanisław Miedziewski, scen. Jan Nowicki)a




Fot. Paweł Chmielewski
„Łagodna” – późne opowiadanie Fiodora Dostojewskiego. Wyprzedza tylko najdoskonalszy utwór pisarza – „Braci Karamazow”. „Łagodna” powstała z marzeń Dostojewskiego o gazecie wypełnionej tylko własnymi utworami. Dwa razy próbował redagować magazyn, dwa razy skończyło się bankructwem i długami. Dopiero dzięki Ani (Snitkina – trzecia żona), wyznawczyni talentu, opiekunce, agentowi i najlepszej księgowej, w styczniu 1876 r. zaczyna druk „Dziennika pisarza”. Zeszyt listopadowy to w całości właśnie „Łagodna”. Najlepsze, obok „Sioła Stiepanczykowo”, opowiadanie pisarza.
„Łagodna” to odpowiedź na pytanie: dlaczego Dostojewski jest jednym z największych prozaików w dziejach literatury i dlaczego jest współczesny. Dostojewskiego można czytać, rozumieć i odczuwać. Współczesnych mu Turgieniewa, Flauberta już z trudem. Dostojewski tak jak największy z jego i Szekspira uczniów – Kurosawa, jest artystą skrzywdzonych i poniżonych. W najlepszej (nie licząc „Gracza”) realizacji dla Teatru Ecce Homo, reżyser Stanisław Miedziewski pokazał to oblicze „Łagodnej”.
Fot. Paweł Chmielewski
Spektakl – oparty na scenariuszu Jana Nowickiego – rozpoczyna scena w foyer, zaimprowizowanej restauracji hotelowej (tą samą klamrą domknięta zostaje historia), gdzie przy kartach i szampanie oficerowie wspominają niehonorowy czyn kapitana. Gdy widzimy go w lombardzie, pozbawionego rangi już wiemy, jaka to diabelska machina kieruje jego losem. Ten żółty płaz ohydny jak napisałby – o zazdrości – Szekspir. Dostojewski nazywa to inaczej. Potężny wstyd i poczucie odrzucenia, które są sprężyną działania wszystkich jego bohaterów.
Fot. Paweł Chmielewski
Michał Pustuła (kapitan) mamle obiad, garbi się i powłóczy nogą jak wielki pająk. Skrzywiona, odpychająca gospodyni Łukieria (w tej roli Agata Orłowska) podaje talerze z niechęcią, obrzydzeniem. Oboje zagrali wbrew swemu fizycznemu i scenicznemu wizerunkowi, do którego przyzwyczaili we wcześniejszych spektaklach. Tytułowa „łagodna” (Joanna Rasała) ma tylko posłużyć jako ekwiwalent. Gra między skrzywdzonym (i pragnącym zemsty, władzy) kapitanem i poniżoną (lecz nie do końca uległą) młodą żoną, to psychologiczny majstersztyk Dostojewskiego.
Spektakl Miedziewskiego to także ukłon w stronę teatralnej tradycji. Okno, którym wyskakuje tytułowa bohaterka jest jak z adaptacji „Idioty” Andrzeja Wajdy, tiulowa kurtyna oddzielająca widownię od sceny zawisła u Krystiana Lupy.
Świat Ecce Homo jest odstręczający i dlatego wiarygodny. Widz wychodzi zniesmaczony, bo tak być powinno. Pięknie ma być u Disneya, w polskich telenowelach i fantasmagoriach polityków. Świat – w większości – jest z Dostojewskiego.
Paweł Chmielewski
(recenzja - "Projektor" 1/2014)

sobota, 6 lutego 2016

Łupiny budynku (Andrzej Basista, Andrzej Nowakowski, „Jak czytać architekturę”)


Gotyk, barok, klasycyzm. Brunelleschi, Bramante, Gaudi, Le Corbusier. Kolumna dorycka, portal, sklepienie krzyżowo-żebrowe, stiuk. Sfinks, Partenon, Notre Dame. W ten sposób poznajemy architekturę. Style, wielcy twórcy, słynne budowle. Czasem kilka terminów specjalistycznych, które szybko zapominamy.
Andrzej Basista i Andrzej Nowakowski proponują nam inne spojrzenie. Każdy budynek obserwujemy z oddali, w najbliższym otoczeniu, z zewnątrz, w środku. Analizujemy krajobraz, sąsiedztwo, detale fasady, wnętrza. Obdzieramy kolejne łupiny. Gmach jest cebulą, której warstwy mogą nas fascynować lub odstręczać. Porównałem to do metody czterech kroków. I postanowiłem poeksperymentować na żywej materii. Czyli na sobie samym. Znam parę terminów, widziałem kilka zabytków, ale nie jestem historykiem architektury. Do metody czterech kroków, obierania cebuli, wybrałem nowy budynek Biblioteki Uniwersyteckiej w Kielcach (2010). 

Krok 1a. „Z oddali”. W tym ujęciu, samotny budynek, zatopiony w ascetycznym, pustynno-łąkowym krajobrazie, może aspirować do przestrzeni sakralnej, świątyni nauki i medytacji. Fot. Paweł Chmielewski
Do eksperymentu (efekty na zdjęciach) zachęca szata graficzna książki Basisty i Nowakowskiego („Jak czytać architekturę”). Nie tworzy struktury nudnego, naukowego traktatu, nie jest również albumem, gdzie olbrzymie fotografie komentuje zdawkowy tekst. Gdybym miał odnaleźć jej miejsce w bibliotecznym katalogu, wskazałbym na półkę pośrednią – między przewodnikiem a podręcznikiem. Być może opatrzoną dopiskiem „Architektura nie tylko dla orłów”. Z przewodnikiem łączy książkę przejrzystość, bogaty materiał ilustracyjny i rozbudowane przypisy, zaś z podręcznikiem, właśnie owe przypisy, tłumaczące kontekst, kształt i znaczenie. Część aparatu naukowego uzupełniają słowniki terminów i stylów architektonicznych oraz indeksy osób i miejsc.
Krok 2. „W otoczeniu”. Czterokondygnacyjna bryła z amfiteatralnym placem przed wejściem, melanż nowoczesnej architektury z elementami klasycznymi. Rozwiązanie z placem (wyłożonym głazami o charakterystycznej dla regionu rdzawej i szarawej barwie), wymuszone ukształtowaniem wznoszącego się terenu. Enklawa w obrębie kampusu uniwersyteckiego, który – dzięki położeniu – stanowi enklawę w mieście. Fot. Paweł Chmielewski
Krok 3. "Z zewnątrz". Trzy ściany – elewacja tynkowana, a w nią wtopione kolorowe płyty HPL, mające symbolizować grzbiety książek, koresponduje z nimi wydłużony kształt okien. Zachodnia elewacja – wykusze z jaśniejszymi literami alfabetu. Kolejny znak architektoniczny wskazujący na przeznaczenie budynku. Barwy: szarość ściany, kwadraty piaskowca, biel liter. Fot. Paweł Chmielewski
Zaczynamy patrzeć z oddali. Dostrzegamy kształt wpisany w pejzaż. Widzimy przestrzeń: często „uświęconą” (wokół menhirów, piramid, przydrożnych kapliczek), mieszkalną (megalopolis z wieżami drapaczy chmur, osiedle domków), miasto warowne z charakterystyczną opaską murów, wybudowane najczęściej w późnym średniowieczu. Wreszcie „przestrzeń interesów” (giełda, hale targowe) i przemieszanie tych porządków. Zbliżamy się. To często samotny budynek w krajobrazie – klasztor, amfiteatr, ale również budkę dróżnika czy pasterski szałas. Otoczeniem może być osada, miasto i najprzyjemniejsze – park, ogród oraz to oficjalne, pełniące publiczne funkcje – rządowe gmachy i kościoły wśród placów. Enklawy kultury – muzea.
Krok 4. „Wnętrze”. Dwupoziomowa czytelnia główna. Przestrzeń funkcjonalna. Pozostała część budynku, wyposażona w ciemnej barwy meble, posiłkuje się sztucznym światłem. Doświetlona naturalnie. Nowoczesny świetlik z drewna i stali – dzięki swej funkcji – wyraźnie oddziela to pomieszczenie od sąsiednich. Elementy architektoniczne zostały podporządkowane roli jaką pełni biblioteka. Fot. Paweł Chmielewski
Zrywamy następne łupiny. Kształt świadczy o przeznaczeniu. Najczęściej. Fasada – może intrygująca, wymuszająca interpretację. Jej faktura, kolor, elementy dekoracyjne – świadczą o roli budynku, dostępności materiałów, ekonomicznej kondycji właściciela, geograficznej szerokości, idei religijnej bądź politycznej, którą przekazać chcieli fundatorzy. Wchodzimy do wnętrza – posadzki, sztukaterie, freski, meble, światło, jego kontrasty. I na koniec widok z okna na zewnątrz.
Cebula została obrana. Patrzymy na szczegóły. Dostrzegamy szczegóły. Patrzymy inaczej. Ciekawość jest przyjemna.

Paweł Chmielewski

(recenzja - magazyn "Projektor" 2/2015) 

Andrzej Basista, Andrzej Nowakowski, „Jak czytać architekturę”, s. 379, Wydawnictwo Universitas, Kraków 2012.

Dobry, zły i modernizm (Leon Krier, „Architektura wspólnoty”)

Wyobraźmy sobie okrągły, piaszczysty plac, przypominający antyczną arenę. Stoją na niej – Clint Eastwood jako tradycja, Lee Van Cleef jako modernizm i Eli Wallach jako ich poplątanie. Pojedynek rozgrywa się w scenerii monumentalnego cmentarza Sad Hill, który symbolizować może upadek współczesnej architektury.
Leon Krier, architekt, teoretyk i urbanista, wykładowca Princetown jest jak westerny Sergio Leone – operujący przesadnym kontrastem, kontrowersyjny, prześmiewczy, operowy. Współczesna urbanistyka to dla niego arena walki, a dzisiejsze miasta i koncepcje architektoniczne, to cmentarze, zaprzeczenie harmonii natury, miejsca, gdzie dobro (tradycyjny, rozważny, piękny klasycyzm, gotyk) zmaga się ze złym (szalony modernizm). Wygrywa na tym – pozornie – brzydki (pokraczna rzeczywistość naszych miast).
Zacznijmy od tytułu. Niby prosty, lecz przewrotny. Rozumiemy, że chodziło autorowi o traktat idei, ukazanie architektury tworzonej dla dobra wspólnego. Z całej „wspólnoty” pozostało tylko wyraźne stwierdzenie, iż architekci zapomnieli, że projektują nie dla własnej przyjemności, lecz – bardzo często – dla ogółu. Krier w szeregu eseistycznych rozdziałów – książka jest czymś w rodzaju cyklu not z rocznego wykładu na uczelni – udowadnia jak urbanistyka przestała być elementem tej wspólnoty. Dziwaczność niektórych projektów i ich wyabstrahowanie doprowadziły do sytuacji, w której obywatele przestali mówić, a nawet myśleć o charakterze budowli. Większość zdań o „współczesnych koszmarkach” opatrywana jest zastrzeżeniem „ale ja nie znam się, nie jestem przecież architektem”.
Czy Krier jest konserwatystą? Przypominanie o tradycji, funkcjonalno-klasycznej budowie miast, rozsądnym planowaniu ulic i placów zdają się to potwierdzać. Niechęć do modernizmu, który wprowadził powszechną tyranię szkła – również. Sarkastyczny ton w wypowiedziach o współczesnych metropoliach, prześcigających się we wznoszeniu drapaczy chmur, prowokują autora do pytań o komfort mieszkania kilkaset metrów nad ziemią. Tak rozpatrując książkę Kriera moglibyśmy stwierdzić – tak to konserwatysta. Lecz teoretyk (i zarazem praktyk) pokazuje nam mechanizm. W opisach dzieciństwa w Luksemburgu nie używa wprawdzie terminu „ukąszenie heglowskie”, ale do tego zmierza. Gdy jako mały chłopiec, żyjący wśród poukładanej, niskiej, mieszczańskiej zabudowy marzył o miastach Miesa Van der Rohe i Le Corbusiera. I potem, gdy na jego oczach Luksemburg zaczął być masakrowany przez szkło, beton, biurowce, modernizm. To wyznanie uleczonego.
Książka Kriera, opatrzona żartobliwymi i bardzo przejrzystymi rysunkami Dhiru Thadani, jest przede wszystkim wezwaniem do zachowania racjonalnego ładu. I rozumnej odpowiedzialności: Niezależnie od tego, czy chodzi o miejsce kultu, budkę telefoniczną czy mur ogrodowy, dzieło architektoniczne jest wyrazem podstawowych wartości wyznawanych przez budowniczych i projektantów. Jest symbolem stanu naszych umysłów i szacunku dla samych siebie. Nie tylko coś wyraża, ale i oddziałuje. Sądy radykalne: plan urbanistyczny zawsze powinien być tylko narzędziem w służbie interesu publicznego, nie istnieje żadne usprawiedliwienie – poza spekulacją lub dętym prestiżem – dla budowy wieżowców użytkowych. Winda powinna pozostawać domeną inwalidów, a nad miastami mają górować tylko utylitarne kopuły, dzwonnice, łuki triumfalne.
To piękna utopia. Choć przypomnijmy, że ostatecznie to Blondas (dobry) zastrzelił Anielskookiego (zły) i przechytrzył Tuco (brzydkiego). Powrócił ład. To nawet normalne i bardzo ludzkie, że wolimy zwiedzić katedrę w Chartres niż bazylikę w kształcie łodzi podwodnej.

Paweł Chmielewski

(recenzja - magazyn "Projektor" 2/2015)

Leon Krier, „Architektura wspólnoty”, s. 459, Wydawnictwo słowo/ obraz/ terytoria, Gdańsk 2011.