sobota, 19 grudnia 2015

Kaskader numer 1 (Rafał Wojaczek, „Wiersze i proza 1964-1971”)

Bazgrał. Jak kura pazurem. Pisał w brulionie w grubą linię. Cienka linia była zarezerwowana dla pierwszoklasistów stawiających pierwsze, koślawe litery. W szkolnym brulionie w zielonej – częściowo oskrobanej – okładce. Pisał piórem. Rafał Wojaczek (1945-1971).
To jest faksymile zeszytu poety z 1964 roku, dołączone do najpełniejszego zbioru jego utworów, zawierającego wydane za życia „Sezon” (1969) oraz „Inną bajkę” (1970), pośmiertne tomy „Nie skończona krucjata” (1972), „Którego nie było” (1972), „Reszta krwi” (1999), liryki zatrzymane przez cenzurę i prozy z „Sanatorium” (1969).
Nie pasuje mi do Wojaczka termin „poeta przeklęty”. „Przeklętą” możemy nazwać Papuszę, późnego Kazimierza Przerwę-Tetmajera, gdy umiera z głodu, a nikt już nie chce czytać jego wierszy, Norwida – odkrytego dwadzieścia lat po śmierci. Wojaczek „wyklęty” lub „przeklęty” nie był. Debiutanckie wiersze przyjęto bardzo dobrze, pierwszy tom zachwycił krytyków. Może był raczej – posługując się cytatem z książki Jana Marxa – „legendarny i tragiczny”. Z legend ocalała ta o kwiatach składanych w toalecie wrocławskiego dworca, gdzie miał się powiesić.
Był raczej „kaskaderem”. W książkowym zestawieniu – obok Hłaski, Stachury, Milczewskiego-Bruno – wyraźnie zaczyna wyrastać ponad nich. Czas dokonał selekcji. Wojaczek, debiutujący równolegle z poetami Nowej Fali, jest coraz lepszy i lepszy. Gdy jego współcześni maleją (może docenieni ponad miarę), on zaczyna być klasykiem.
Tom Biura Literackiego oddaje klimaty epok. Z Wojaczkiem (w sensie metaforycznym) zetknąłem się dwukrotnie. Najpierw, gdzieś trzydzieści lat temu, gdy byłem małym berbeciem, a świętokrzyscy poeci pożyczali od rodziców jego pierwsze wydanie „Utworów zebranych”. Potem pili wódkę, żarli bigos, zasypiali na klatce, a jeszcze później przestawali przychodzić, bo wódki już nie ma, bo ojciec chory, bo im masowe naśladowanie Wojaczka nie wyszło. Wtedy poeta z Mikołowa był na fali. Prawie wszyscy w Kielcach próbowali „pisać Wojaczkiem”.
Drugie spotkanie, to już początek naszego wieku. I film Lecha Majewskiego z Krzysztofem Siwczykiem w roli tytułowej. Zaczynam pracować, a licealiści przynoszą wiersze i pasjonują się dekadencją filmowego obrazu. Pociąga ich u autora „Martwego sezonu” miłość i język odważny, i ta dwoistość. Wojaczek patrzy na Wojaczka. Ironia. I nieuchronność ich pociąga: W trawie śniegu zielone oczy śnieżnych zwierząt,/ o których tylko tyle/ wiemy, że nas już jedzą („Chichot”). Piszą wiersze pod Wojaczka. Wtedy zrozumiałem, czemu poeta klasycznieje.
Można ten gruby tom przeczytać jak metafizyczny traktat. W części utworów rozproszonych i zatrzymanych przez cenzurę są obrazy przeczące (potocznemu, szkolnemu) wyobrażeniu autora „Innej bajki” jako liryka „mięsa, przekleństwa i krwi”, przejść skrócony kurs tworzenia poetyckiego obrazu: Teraz/ wisimy obaj/ na jednej belce/ pod zaciągniętym niebem// strażnik może zaświadczyć/ między nami jest nic („Wiem kto to jest”). Na tym polega uniwersalizm tej twórczości. To Jezus i łotr. Sam Wojaczek i Ośniałowski, poprzez tożsamość losu. To dwa kurczaki w rzeźni.

Paweł Chmielewski

(recenzja - magazyn "Projektor" 4/2014)

Rafał Wojaczek, „Wiersze i proza 1964-1971”, s. 554, Biuro Literackie, Wrocław 2014.