czwartek, 10 sierpnia 2017

Ku źródłom (Orkiestra św. Mikołaja, Stara muzyka. Nowa muzyka)

Paweł Chmielewski
("Teraz", nr 50)
Dla większości Polaków, przynajmniej od dwóch pokoleń, muzyka ludowa kojarzyła się z zespołami „pieśni i tańca”, zaśpiewem „oj dana, dana”, który muzykolodzy i etnografowie klasyfikowali jednym słowem: „Cepelia”. Z autentycznym folklorem lub próbą jego artystycznej interpretacji miało to niewiele wspólnego.

W latach 70. maleńką szparkę w tym cepeliowskim murze zrobiła grupa „Osjan”, pod koniec lat 80. i na początku 90. wysypało zespołami folkowymi. Najpierw do masowej wyobraźni zaczęły docierać bardzo komercyjne Brathanki, potem Bregovic z przystawkami, który zawojował połowę polskiego repertuaru weselnego. Stopniowo propozycje bardziej ambitne – Kapela ze Wsi Warszawa i bohater najnowszego wydawnictwa kieleckiego Fermentu – Orkiestra św. Mikołaja.

Orkiestra powstała w 1988 r. jako luźna grupa ludzi, którzy lubią pograć, poeksperymentować i fascynują się tradycją łemkowską, huculską, słowiańską. Przez zespół przewinęło się kilkadziesiąt osób, stopniowo Orkiestra zdobyła status instytucji badającej folklor – działa przy lubelskim UMCS, wydaje czasopismo „Gadki z Chatki”, organizuje warsztaty, festiwale i badania. A poza tym wydaje płyty, od 1991 r. dziewięć.

Dwupłytowa edycja „Fermentu” zawiera wybór utworów z lat 1994-2004 dokonany przez czytelników pisma („Stara muzyka”) oraz nowy materiał nagrany w czerwcu ubiegłego roku w Studiu Gram Polskiego Radia Kielce („Nowa muzyka”). Ten drugi krążek jest odejściem od charakterystycznych dla zespołu brzmień huculskich, cygańskich, bałkańskich na rzecz folkloru Lubelszczyzny, okolic Suwałk, teksty oparto na zabytkach ludowej poezji. Nie ma tej wschodniej ferii szalonych dźwięków, jest trochę chropawo i przez to chyba bardziej autentycznie. Jak kiedyś w „Piejo kury piejo” Ciechowskiego. Album nagrany został przez siódemkę muzyków z obecnego składu z wykorzystaniem tak nietypowych instrumentów jak sopiłki (ukraiński flet), klarnet pasterski czy bombarda (średniowieczna tuba sygnałowa).
Orkiestra św. Mikołaja, Stara muzyka. Nowa muzyka, Ferment

„Cepelini” z Końskich (Red Bridge, Nobodys’real)

Paweł Chmielewski
("Teraz", nr 51)
Z zespołami rockowymi jest tak, że jedne wypadają rewelacyjnie na koncertach, inne należą do kategorii studyjnych. Równie wspaniali w obydwu sytuacjach są tylko i wyłącznie muzyczni giganci.

Przywołuję ten podział w związku z debiutancką płytą grupy Red Bridge „Nobody’s real”. Zespół powstał w Końskich w styczniu 2006 r. Od początku tworzą go: Konrad Kamizela (vocal i teksty), Rafał Romańczuk (gitara), Maciej Boguta (gitara), Marcin Padusiński (gitara basowa), Mateusz Salata (perkusja). Red Bridge, to skład ewidentnie „koncertowy”. Recenzje ich występów przywołują obrazy czegoś na kształt „heavy metalowego teatru”. W zasadzie, co koncert na jakimś festiwalu to nagroda, a i sam wokalista wsławił się zwycięstwem w jednej z edycji „Szansy na sukces”. Na świetnie przygotowanej od strony graficznej debiutanckiej płycie tak różowo już to nie wygląda.

Żeby było jasne, muzycznie członkowie koneckiego składu są naprawdę dobrzy. Sięgają do tradycji starego dobrego hard rocka z lat 70. i bardzo przytomnie wykorzystują chwyty znane chociażby z płyt TSA. Już w pierwszym utworze mamy skojarzenia – trochę Pearl Jam, a potem Deep Purple i przede wszystkim Led Zeppelin. „Dwójeczka” zaczyna się prawie jak „Kashmir” Cepelinów. Obok ostrych riffów znajdujemy utwory melodyjnie łagodne. Do tego silny wokal, próbujący naśladować Piekarskiego z TSA, ale... w niektórych momentach jakby nie do końca zharmonizowany z muzyką.

Najlepiej wypada zespół w trzech kawałkach po polsku, choć w warstwie tekstowej przydałby się maleńki szlif. Można mieć wrażenie, że zespół o ogromnym potencjale zbyt krótko przebywał w studiu i nie osiągnął na płycie efektu, jakim czaruje publiczność na koncertach.

Red Bridge, Nobodys’real, nakładem zespołu.

W nurcie „środka” (Kristof Projekt 2000, Pamiętnik o datach wybranych)


Paweł Chmielewski
("Teraz", nr 52)
Co jakiś czas, gdzieś w małym prywatnym studio nagraniowym spotyka się grupa przyjaciół, żeby nagrać płytę. Nie tworzą zespołu, nie liczą na miejsca na liście przebojów. Ich spotkanie jest jednorazowe i służy realizacji pojedynczego projektu. Tak powstały „Ciche dni” Towarów Zastępczych, składanka „Żywe kultury muzyczne”, krążek grupy Chłopcy, melorecytacje Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego. 

Wszystkie te płyty łączy prymat tekstu nad muzyką, wstawki z recytacjami, melodyka bliska klimatowi klubu czy festiwalu niszowego, wreszcie mały nakład i adresowanie produktu do niewielkiej grupy odbiorców. Za powstaniem tych krążków nie stoją potężne koncerny, ale drobni sponsorzy, jakieś centrum kultury lub po prostu portfel samych artystów.

Tak to jest w Polsce. A, że kielczanie nie gęsi... to mamy „Kristof Projekt 2000”, czyli autorski pomysł prawnika Krzysztofa Jermaka zatytułowany „Pamiętnik o datach wybranych”. Obok głównego bohatera, który napisał muzykę i prawie wszystkie teksty, w realizacji uczestniczyło kilku, całkiem niezłych muzyków – Michał Pastuszka (gitara), Krzysztof Szmidt (git. basowa, klawisze), Jan Prościński (perkusja) – to z grupy Ankh, ponadto Michał Jelonek (skrzypce) współpracujący m.in. z Closterkeller i De Press oraz Tomasz Cieślik (gitary), Mariusz Moćko (flet), Wiktor Jedynak (gitara).

Płyta mieści się w szeroko pojętym obszarze „muzyki środka”, gdzieś słychać jakieś reminiscencje Wilków, jakiś Chojnacki solowy pobrzmiewa. Mnie skojarzyło się z ostatnio słuchanym Happysadem. W ucho wpada i nie katuje. Sformułowania charakterystyczne dla tego nurtu, że zacytuję: Powiedz mi, czy świat naprawdę płacze? Przy „Polskiej piosence” ma się wrażenie, że autor całkiem świeżutko posłuchał Gintrowskiego. Trochę w tekstach Stachury, w nielicznych, tych o zacięciu politycznym echa z Kaczmarskiego („Ostateczny apel o zachowanie jedności narodowej”). Najlepiej wybrzmiał liryk Wojaczka, nie tylko tekstowo, ale i muzycznie. Tak jakby dobrze skonstruowana fraza ciągnęła za sobą nuty.
Kristof Projekt 2000, Pamiętnik o datach wybranych

Ogólnie, to beznadziejnie jest (Brudne Południe, Wyrwać się stąd)

Paweł Chmielewski
("Teraz", nr 53)
“Dirty South” (“Brudne Południe”) to od kilku lat jeden z najważniejszych nurtów w amerykańskim hip-hopie. Przepełniony tekstami o trudnym życiu gangstera w wielkim mieście, o tym jak ciężko nosić na szyi gruby łańcuch, jak piękne są szybkie samochody i jak nie lubimy kobiet, chociaż je kochamy. Czyli ogólnie beznadziejnie i gdybyśmy tylko mogli, natychmiast ucieklibyśmy od takiego życia. 

Młodzi kieleccy raperzy, znani z mniej lub bardziej udanych koncertów, m.in. w ośrodku Baza Zbożowa postanowili paręnaście miesięcy temu połączyć siły i nagrać wspólnie płytę. Tak powstał krążek sygnowany przez kolektyw “Brudne Południe” (zarazem nazwa wytwórni), a zatytułowany “Wyrwać się stąd”. Swoje kompozycje i teksty zaproponowali słuchaczom: Pryzmat, Mrówa, eRbit i Radoska wspomagani przez pochodzącego z Armenii, a mieszkającego w Krakowie Juree’ego alias Juranda. Odniesienie do amerykańskiego nurtu raczej nieprzypadkowe. Jednak nie w sferze scenografii, bo gangsterów i ich problemów egzystencjalnych tutaj nie odnajdziemy, ale w przesłaniu – jest źle, chciałbym zmienić swoje życie, ale nie mam na to szans – dowodzi narrator w każdej z piosenek.

Nad warstwą muzyczną nie będę się rozwodził, bo po prawdzie nie ma nad czym. Wysamplowane dźwięki nie odbiegają od średniej polskiego rapu. Ważniejszy jest przekaz zawarty w tekstach. Kto będzie na tyle cierpliwy, że rozróżni słowa – płyta jest kiepsko nagrana – ten będzie mógł wyrobić sobie zdanie na temat poglądów muzyków z “Brudnego Południa”. Mają dość, a tu nie ma hajsu (forsy), wszędzie jest brud, tłum maszerujący ulicami nie potrafi ich zrozumieć (“Indywidualność”), a przecież są tacy genialni. Trzeba stąd uciekać, ale ucieczki nie ma, bo... To skąd jestem ma dla mnie bezterminową ważność (“Na zawsze tu”), itd., itp. Prawie w każdym utworze odmieniany jest przez przypadki przymiotnik “brudny”. Mam głębokie przekonanie, że gdy się chce pokazać swój bunt – nieważne, czy jest się hip-hopowcem, jazzmanem czy anarchistą – to nie warto odwoływać się do schematów znanych publiczności od kilku ładnych lat.
Brudne Południe, Wyrwać się stąd, wytwórnia “Brudne Południe”

Ironia z podziemnego nurtuP (PerpetumHomo, Porkimobile)

Paweł Chmielewski
("Teraz", nr 54)
Rynkiem muzycznym w Polsce rządzą przede wszystkim stacje radiowe i gusta słuchaczy wychowanych na programach telewizyjnych. A oni, trochę jak inżynier Mamoń z „Rejsu”, lubią słuchać i kupować tylko to, co jest im już dobrze znane. Młodemu, debiutującemu zespołowi trudno jest przebić się ze swoim materiałem do większej wytwórni. Pozostaje więc wydanie płyty własnym sumptem, w małym nakładzie, w „podziemiu”. I zdarza się, że dzięki temu światło dzienne ujrzy produkt wartościowy i przemyślany, jak w przypadku pierwszego krążka PerpetumHomo „Porkimobile”.

Grupa powstała w 2006 r. jako „kolektyw trzech samonakręcających się ludzi” z Połańca, Krakowa i Pacanowa: Paweł Wojtyś (perkusja, mandolina), Michał Ziółkowski (gitara, wokal) oraz Pawęł Lelakowski (bas), którego na płycie zastąpił Rafał Boś. Gatunkowo muzyka PerpetumHomo to melanż rocka, jazzu, bluesa, a członkowie zespołu dość swobodnie poruszają się w obrębie różnych nurtów, często ironicznie trawestując znane kompozycje. 

Na „Porkimobile” odnajdujemy piętnaście utworów, które w wielu fragmentach odwołują się np. do „Obcego astronoma” Republiki („Podróż”), charakterystycznego „zaśpiewu” grupy Raz Dwa Trzy („Key_no”), folku irlandzkiego i bluesa z wykorzystaniem tamburynu („Mandolina Drum Solo”). Najlepiej jednak wypadają w „surowych” brzmieniach przypominających muzykę grunge („Alone”). A i sam wokalista, który nie ma potężnego głosu doskonale sprawdza się w tym klimacie. 

A teksty? Sarkastyczne. Jakby celowo wbrew linii melodycznej i celowo źle zaśpiewane. Wyśmiewają stereotypy panujące w muzyce popularnej: Każda liryczno-romantyczna dziewczyna/ słucha smutnych piosenek/ bo widzi w nich siebie/ i widzi w nich jego/ i smutek,/ który ich połączył („Liryczno-romantyczna”). Potrafią opowiadać o straszliwej traumie widza, który skuszony plakatem z wybuchającym helikopterem idzie na film i… Co to za kino, gdzie ludzie nie giną?/ Po pół godzinie/ jeden trup („Key_no”). Warto ich zapamiętać.

PerpetumHomo, Porkimobile, nakładem zespołu

Tylko okładki żal (Symphony, Mind reflections)

Paweł Chmielewski
("Teraz", nr 55)
Dobre opakowanie produktu to połowa sukcesu. Jak nietrafiona okładka książki może odstręczyć potencjalnego czytelnika, tak płyty – słuchacza. Oto najnowszy krążek grupy Symphony – „Mind reflections”. Z obrazka łypie na nas i wrzeszczy jakaś postać, której fizjonomia kojarzy się raczej z komiksowymi lub filmowymi wizerunkami Morloków według „Wehikułu czasu” Wellsa niż dobrą muzyką.

A płyty posłuchać warto. Historia zespołu Symphony z Ostrowca Świętokrzyskiego sięga roku 1995, gdy jako Dark Doom grał w ODK „Malwa” kawałki bardzo ciężkie i jak przyznają po latach muzycy – dość jednostajne. Członkowie grupy odchodzili, przychodzili, zmieniła się nazwa. Pojedyncze kompozycje znalazły się na składankach, a dwa lata temu zespół nagrał obszerne demo zatytułowane „Promo”, zawierające kilkanaście minut muzyki.

Wreszcie dwa miesiące temu, po trzynastu latach istnienia, ukazało się debiutanckie CD. Czterdzieści kilka minut materiału. Osiem utworów nagranych w składzie: Tomasz Ośka (wokal), Łukasz Książek (gitara basowa), Michał Sokół (gitary), Kamil Ruszkowski (perkusja), Mariusz Żurawski (instrumenty klawiszowe). Klasyfikacja gatunkowa ich muzyki nie jest łatwa – to połączenie rocka progresywnego z kompozycjami typowymi dla heavy metalu.

Anglojęzyczny krążek (za wyjątkiem ostatniego utworu) „stoi” tak naprawdę na dwóch muzykach. Oczywiście ostre gitarowe riffy i popisy perkusisty są bardzo ważne, dobrze zagrane i zarzutów do nich mieć nie można, ale bez Ośki i Żurawskiego ta płyta byłaby po prostu jak wiele innych metalowych produkcji – dużo wrzasku, mało wyrazu. Wokalista o chropawej barwie głosu doskonale buduje klimat rozstania („Last message”), żalu („Whisper”), tęsknoty („W zadymionym pokoju”). Klawiszowe wstawki Żurawskiego sprawiają, że kompozycje nabierają liryzmu, a te, w których ma najwięcej do zagrania są po prostu najlepsze („Let me out”).

Symphony, Mind reflections, Insanity Records

Wariacje z bitami (Borixon, Mówimy prawdę; Trzeci Wymiar, Czarne chmury nad miastem)

Paweł Chmielewski 

("Teraz", nr 57)

Pod koniec lat 80. na Zachodzie, a po kilku latach w Polsce wybuchła dyskusja na temat remiksowania przez muzyków własnych utworów, tworzenia wciąż nowych wersji... Pisano o „odcinaniu kuponów”, „oszukiwaniu słuchaczy”, „wypaleniu”, „twórcach jednego kawałka” itd. Dyskusja przygasła tak naprawdę wraz z inwazją kultury hip-hopowej, w której nagrywanie jednej i tej samej piosenki z różnymi podkładami, tekstów i linii melodycznej pomieszanie, dość bezczelne „pożyczki” są na porządku dziennym.

Hip-hopowcy tłumaczą – nie bez pewnej racji – że wariacje muzyczne nie były obce i klasykom i jazzmanom. Nie będziemy się jednak dziś zajmować samplerami, którzy kawałkują i wykorzystują cudze utwory, ale muzykami remiksującymi własne dzieła, aby potem wydać dość nietypową płytkę – tylko dwa utwory, lecz każdy w trzech wersjach – czyli produkt Borixona i Trzeciego Wymiaru.

Borixona nie trzeba bliżej przedstawiać miłośnikom rapu, a dla pozostałych info skrótowe: Borixon vel. Borygo vel. Rekin urodził się w Kielcach, współpracował z Liroyem był członkiem zespołu Wzgórze Ya-Pa 3, po rozstaniu z nimi nagrał jeszcze pięć płyt solowych, zajmuje się produkcją płyt i odzieży dla hip-hopowców.

Trzeci Wymiar to istniejący od 1998 r. wałbrzyski zespół. Współpracują z wieloma raperami. Na koncie mają dotychczas dwie płyty. 

Prezentowany krążek to przede wszystkim gratka dla miłośników hip-hopu. Innych wielbicieli muzyki chyba raczej nie zainteresuje albo wręcz odstraszy. Obydwa zespoły wykorzystują obrazowanie słowem charakterystyczne dla kultury rapu: depresyjne – bo w świecie kłamstwa poradzi sobie tylko garstka („ Czarne chmury nad miastem” Trzeci Wymiar) lub, jak piszą krytycy, ironiczne – Mam pecha, chciałbym stąd wyjechać/ I wycisnąć pomarańcz prosto na twoją skórę („Mówimy prawdę” Borixon). Po prostu trzeba czuć i lubić ten język oraz odróżniające się tylko szybkością podawanych bitów aranżacje. Inaczej ta płyta bardzo nas zmęczy, a ironii – jeśli taka w utworach jest zawarta ­– i tak nie zrozumiemy.
Borixon, Mówimy prawdę; Trzeci Wymiar, Czarne chmury nad miastem, Camey Records.

Wiele dobrej muzyki (Letko, Many Things)


Paweł Chmielewski
("Teraz", nr 58)
Lokalne media ostatnio bardzo wiele miejsca poświęcają problemowi jak promować Kielce? Co o nas wiedzą i jak nas widzą w Polsce? Ciekawym przyczynkiem do dyskusji jest opinia (autorstwa Michała Perzyny), z portalu downtempo: Z jakimi muzykami kojarzą nam się Kielce? Zdecydowanej większości wyłącznie z raperem Liroyem. Bardziej zaznajomieni z tematem wymieniliby jeszcze może piosenkarza Krzysztofa Kasowskiego i pseudo-wokalistkę Edytę Herbuś. Autor pewnie mógłby jeszcze wymienić Ankh, może muzyków nurtu elektronicznego, ale zostawmy szczegóły… W dalszej części pojawia się stwierdzenie, że w tym muzycznym, mizernym krajobrazie pojawiła się nowa, debiutancka płyta „Many Things” formacji Letko.

Kieleckie trio w składzie: Mikołaj Macek (bas, klawisze), Grzegorz Degejda (perkusja, sequencer), Monika Bożyk (vocal) istnieje i koncertuje już od kilkunastu lat. I prawie od samego początku padały w ich kierunku pytania: kiedy płyta? Muzycy ironicznie odpowiadali, że trochę na złość będą jedynym zespołem, który płyty nie wyda. W sierpniu ukazał się jednak krążek, który bardzo często pojawia się w audycjach Piotra Kaczkowskiego w radiowej „trójce”. Chyba wystarczy za rekomendację.

Słuchając na koncertach (chociażby Firmamencie 2006), a potem na płycie łagodnych, elektronicznych brzmień Letko i wokalu Moniki Bożyk, który przypomina głos pochodzącej z Islandii Björk, kojarzyłem ich z wrocławską formacją Oszibarack. Ale nie jest tak, że ktoś od kogoś coś ściągnął. Letko sytuuje się i czerpie inspiracje z dwóch nurtów – trip hopu i avant popu.

Oba kierunki narodziły się na początku lat 90. ubiegłego wieku. Trip hop to nastrojowe, mroczne brzmienia (w przypadku kielczan w wersji złagodzonej), oparte na powtarzalnych, jednolitych sekwencjach wygenerowanych przez komputer lub zagranych przez perkusistę. Avant pop to z kolei ruch artystyczny – zapoczątkowany płytą jazzmana Lestera Bowie – mający ambicje przetwarzać motywy z muzyki (kultury) masowej w zjawiska elitarne. Jedenaście, anglojęzycznych utworów Letko to doskonały sposób na promocję muzyki alternatywnej znad Silnicy.
Letko, Many Things, Click clack music

środa, 26 lipca 2017

London calling (Piotr Szarota, "Londyn 1967")

Paweł Chmielewski
("Projektor" 1/2017)
Celowo zaczynam od tytułu najważniejszej, trzeciej w dorobku, płyty The Clash (1979). To było apogeum – prawie dwudziestoletniej – dominacji kulturowej Londynu. Potem zaczyna się już powolne wygaszanie, od śmierci Iana Curtisa i założenia przez jego kolegów New Order i największego sukcesu „Blue Monday” (1983). Muzyczne, literackie, teatralne, glamourowe centrum – głównie za sprawą disco i hip-hopu przenosi się za ocean.

Na razie jesteśmy w roku 1967 – od ponad dekady panują w kinie i teatrze „młodzi gniewni”. Ich papież John Osborne jest już prawie klasykiem, laureatem Oscara za scenariusz. Beatlesi i Stonesi wywołują histeryczne szaleństwo tłumów. Roman Polański jest uwielbianym przez tabloidy celebrytą, wszyscy o nim mówią, chociaż „Wstręt” (którego seans stał się początkiem głośnego romansu Marianne Faithfull i Micka Jaggera) i „Matnię” mało kto widział, a jeszcze mniej osób zrozumiało. Ale jest rok 1967 – rozkwit kultury – do Londynu przyjeżdża „Paganini gitary” – Jimi Hendrix. Jeszcze nie jest sławny. I w tym punkcie czasoprzestrzeni zaczyna się książka Piotra Szaroty „Londyn 1967”. Autor, profesor w Instytucie Psychologii PAN, nominowany do Literackiej Nagrody Nike w 2014 r. za „Wiedeń 1913”, kreśli mozaikowy portret stolicy Wielkiej Brytanii, podzielony na dwanaście rozdziałów-miesięcy, które powoli przekonują czytelnika, że nawet, jeśli wiedział dość dużo o rewolcie lat 60., to parę istotnych szczegółów mu umknęło.

Dość zaskakująca jest konstatacja, rozdźwięk między potocznym pojmowaniem złotych sześćdziesiątych lat wolności, a opresyjnym, prawie autorytarnym działaniem brytyjskiego systemu prawnego. „Gośćmi” osławionego więzienia Brixton, często pod absolutnie błahym pretekstem, za to przy nieustannym jazgocie konserwatywnych mediów, pokazowych aresztowaniach z kamerami telewizji i dziesiątkami fotoreporterów, byli prawie wszyscy bohaterowie książki, włącznie z sędziwym Bertrandem Russellem. Szarota kreśli obraz ludzi, którzy nie pozwolili się przykroić do sztywnych norm, z popkultury uczynili narzędzie walki ze skostniałą formą społeczną. 1967, to symboliczny rok brytyjskiej wolności.

Ta książka pisana jest po angielsku, z trudną do zdefiniowania, ale natychmiast rozpoznawalną dla anglosaskiego dziennikarstwa i eseistyki swobodą. Pełną dygresji, które – pozornie szybując się w różnych kierunkach – powracają do przeszłości bohaterów, ujawniają ich późniejsze losy, kreślą bogate tło, lecz wciąż trzymają się tematu głównego opowieści, którym jest rozszerzający się – w geometrycznym postępie – obszar wolności. Szarota buduje każdy z rozdziałów wokół zjawiska – narkotyków, fascynacji szaleństwem, seksualnego wyzwolenia, alternatywnych religii, mody, celebry, cenzury i undergroundowej prasy. 

Londyn staje się Mekką emigrantów, wywracających brytyjską awangardę jak Yoko Ono i Themersonowie, areną ekscentrycznych podróży Andy’ego Warhola, o którego pobycie warto przeczytać, chociażby po to by ujrzeć pajęczynę łączącą austro-węgierskiego arystokratę z sadomasochizmem, Lou Reedem i marzeniami pewnego reżysera. To świat, w którym – jak nigdy dotychczas – zaczyna liczyć się wizerunek. Gwiazdami stają się modelki, prążkowane spodnie Julie Christie, fotografowie mody to niemal bogowie – wspaniale uchwyceni przez Antonioniego w „Powiększeniu”. 

Dziwny rok rozpoczęty kosmicznym koncertem Hendrixa, a zakończony ekranizacją „Odysei kosmicznej” przez Kubricka. „Londyn 1967” – podobnie jak monografię Reynoldsa o postpunku („Projektor” 3/2015) – trzeba czytać ze słuchawkami na uszach i zestawem płyt, od „bananowego” The Velvet Underground do „białego albumu” liverpoolskiej czwórki.

niedziela, 9 lipca 2017

Kameleon, złota krew (Bob Dylan "Duszny kraj")

Paweł Chmielewski
("Projektor" 3/2017)
Jeden został zbawiony, ale drugi za to potępiony mówi Vladimir do Estragona w „Czekając na Godota” Samuela Becketta. Ta krótka aluzja do przypowieści o Jezusie i łotrze z Ewangelii Jana, rozwija się w jednej z najważniejszych pieśni Boba Dylana „All Along the Watchtower”, wykonywanej przez Hendrixa, Erica Claptona, U2, Grateful Dead i pewnie kilkuset innych muzyków.

Becketta przywołałem nie tylko za przyczyną błazna (u Dylana) i łotra, ale tłumacza tomu „Duszny kraj” Filipa Łobodzińskiego. Jego przypisy, komentujące każdy z publikowanych tekstów autora „Like a Rolling Stone” kojarzą się z tomem „Dzieł dramatycznych” Irlandczyka, w którym objaśnienia Antoniego Libery w podobny sposób budowały kontekst i symbolikę, pozwalając czytelnikowi wniknąć w tkankę utworu.

Większość interpretacji „W oknach całej strażnicy” koncentruje się na trawestacji błazna mającego być figurą Chrystusa i odwołaniach do „Księgi Izajasza” w ostatniej strofie. Istotnych o tyle, że dzieło Dylana jest przefiltrowanym, biograficznym przeżyciem muzyka – tekst powstał niedługo po ciężkim wypadku motocyklowym i religijnym nawróceniu poety. Wskazałbym jednak bardziej na ironiczno-gorzki wydźwięk tych wersów, jakby szekspirowski, przeniesiony z „Makbeta”: pośród nas niejeden czuje/ że życie kpiną jest i grą/ lecz ty i ja już znamy je. Łobodziński (przyznając, że Dylan nie jest w pełni przetłumaczalny, bo tekst wciąż pozostaje integralnym światem z muzyką – być może „Duszny kraj” czytać trzeba równocześnie słuchając piosenek?), ułożył sto trzydzieści przekładów, nie chronologicznie, lecz stworzył dylanowską mozaikę tematów. To – jak każda próba definicji genialnego artysty – jest tylko próbą, intrygującą wędrówką poprzez literackie i kulturowe klisze, archetypy, którymi Dylan bez trudu żongluje.

Jest w Internecie fragment nagrania (niecała minuta z sekundami), gdy twórca „Forever Young” wraz z Joan Baez występuję przed wielotysięcznym tłumem obok Białego Domu. To Dylan buntownik, jedna z wersji. Tę zmienność, kameleonowatość usiłował oddać Todd Haynes w filmie „Bob Dylan. I’m Not There”, a w rolę barda wcielali się Christian Bale, Cate Blanchett, Heath Ledger, Richard Gere (jako Dylan paralelny z obrazem „Pat Garrett i Billy Kid” Sama Peckinpaha, do którego pieśniarz nie tylko stworzył ścieżkę dźwiękową, ale w roli Aliasa dorównał Jamesowi Coburnowi), Ben Whishaw i Carl Franklin. Gdy już jesteśmy przy westernie Peckinpaha i mistycznym okresie twórczości ostatniego noblisty, przypomnijmy balladę „Knockin’ on Heaven’s Door”, ilustrującą śmierci starego szeryfa (Slim Pickering). W kinowym obrazie towarzyszy mu zapłakana żona/ kochanka zwana „Mamą”. Dopiero kondensacja filmu, głosu Dylana i przekładu pozwala pojąć przekaz, przejmujący tren, z pobrzmiewającym echem Appolinaire’a: Mamo, otrzyj mi z twarzy krew/ dość mam wojny, łez i kul/ ciężko mówić, wszędzie czerń. 

Pozostając przy filmowo-poetyckich kontekstach tej twórczości i jej wpływie na amerykańską (przede wszystkim) kulturę, popatrzmy na film średni „Młodzi gniewni”, typowy dydaktyk (gdyby nie rola Michelle Pfeiffer i jej przesmaczne flirto-dialogi z George Dzundzą) – biała nauczycielka zatrudniona w szkole w Harlemie (nietolerancja, podskórna rasowa nienawiść, to również dylanowskie, przeklęte tematy) pokonuje wrogość uczniów, interpretując – wręcz rozkładając na czynniki pierwsze – „Mr Tambourine Man”, hymn zmęczonego o wschodzie słońca, który wznosi modły do anonimowego dilera narkotyków. Te filiacje wciąż pączkują, każdy z tekstów zawartych w książce wymagałby analizy osobnej.
 
Czy w tym roku ukaże się ważniejszy poetycki zbiór przekładów niż „Duszny kraj” Boba Dylana. Wątpię. Wydarzenie jak kiedyś, w ubiegłym wieku kompletne „Kwiaty zła” Charlesa Baudelaire’a czy pierwszy (wyrwany z gardła cenzury) tom poezji Osipa Mandelsztama lub „Pieśń o sobie” Whitmana – w dwujęzycznych edycjach Wydawnictwa Literackiego. Tom pokazujący dlaczego artysta mówiący o sobie: Jedyne co potrafię, to być sobą. A mam wiele twarzy. – jest najważniejszym laureatem literackiego Nobla ostatnich lat.

sobota, 8 lipca 2017

Dzień narodzin Shire (J.R.R. Tolkien „Opowieść o Kullervo”)

Paweł Chmielewski
("Projektor" 3/2017)
Frey syn Njörda siadł pewnego dnia na tronie Hlidskjalfie i rozglądał się po wszystkich światach. Zajrzał do Jötunheimu i zobaczył tam piękną dziewczynę, jak szła z świetlicy ojca swego do śpichlerza. Gdy patrzył na nią ogarnął go wielki smutek. Skirnir zwał się pachołek Freya. – czytamy w staroislandzkiej „Wyprawie Skirnira”. A ona, jak jeden z trzech korzeni drzewa świata – Yggdrasil – gigantycznego jesionu, tworzy współczesną literaturę.

Na dwóch filarach – tracącej dziś swe znaczenie, biblijnej judeo-chrześcijańskiej symbolice i mitologii antycznego świata – zbudował Dante europejską literaturę. Kilka wieków później odkrywa Europa ślady dawnych, mitycznych wierzeń, zaklęte w eposach północnego średniowiecza, wierzeń, których ginące odpryski – jeszcze obecne w jego czasach – zapisał Szekspir. Skandynawskie sagi, staroangielski „Beowulf”, legendy arturiańskie, „Pieśń o Nibelungach”, „Parzival” Wolframa von Eschenbacha, epika Chrétiena de Troyes – wykreowały nie tylko literaturę romantyzmu, ale jeden z najistotniejszych nurtów XX-wiecznej kultury – fantasy. Ten brak epiki fantastycznej, cudowności, w polskim piśmiennictwie, sprawia, że w kraju Marii Skłodowskiej-Curie, odkrywców tlenu i witamin, pojawić się mógł – w sposób absolutnie naturalny – tylko geniusz naukowej fantastyki – Stanisław Lem. Na drugim biegunie, dzięki celtyckiej, teutońskiej i islandzkiej epice – tworzy ojciec (i matka) fantastyki baśniowej – J.R.R. Tolkien.

Tolkiena stawiam na równi z wielkimi rewolucjonistami literatury – Homerem, który nauczył ludzi opowiadać, Dantem tworzącym nowożytne piśmiennictwo i przywracającym mu jego śródziemnomorskie korzenie, Szekspirem – budującym kanon ludzkich pragnień, Dostojewskim – najokrutniejszym z badaczy naszych emocji, Conradem – prorokiem ery totalizmów. Tolkien w „wiekach ciemnych”, czasach po Kafce i apokalipsie światowych wojen – Tolkien tworzy baśniową metaforę okrucieństw XX stulecia. Nie tworzy jej jednak w próżni, jak fantasmagorii. Każdy z odcinków twórczości – „Hobbit”, trylogia „Władcy Pierścieni”, niedokończony cykl „Silmarillion”, poprzedza rozbudowane studium naukowe, analiza źródeł, translacja dawnych tekstów. Ten warsztat, pokazujący, że „Hobbit nie spadł z nieba” ukazany został już w wydanym rok temu „Beowulfie” (por. „Projektor” 2/2016), zaś kontynuację tolkienowskich badań otrzymujemy wraz z tomem „Opowieść o Kullervo” (w opracowaniu Verlyn Flieger).

Punktem wyjścia są notatki do wykładów, tłumaczenie i przypisy, które wykonał autor „Dwóch wież” pracując nad „Kalevalą” – zabytkiem języka fińskiego. Gdy celtyckie, bretońskie, germańskie eposy istniały w powszechnej świadomości, „Kalevalę” (w 1835 r.) odkrywał lekarz amator. W 1911 r. czyta ją nastoletni Tolkien i na niej zbuduje później swe pierwsze dzieło literackie – historię o dzieciach Húrina („Opowieść o Kullervo” – najtragiczniejszej, według przyszłego klasyka fantasy, postaci fińskiego eposu.). Nadludzko silny bohater żyje jak niewolnik, wychowywany przez wuja – mordercę swego ojca – potężnego czarnoksiężnika Untamo, który trzykrotnie usiłuje pozbawić go życia. Po latach spędzonych w lesie najeżdża ziemie prześladowcy, morduje wszystkich (w tym matkę i rodzeństwo), by zginąć z własnej ręki. Jest w tym i „Hamlet”, i samurajskie opowieści. Lecz najciekawsze są wykłady z przypisami samego Tolkiena.

Nie uznaje „Krainy Bohaterów” („Kalevali”) za epos, lecz zbiór ballad, powstałych na obrzeżach (obok) Europy, w krainie mitycznej. I snuje dalej historię opowieści. Gdy wkracza swym (zachowanym w dwóch wersjach) wykładem w świat biesiad, śpiewów, metrum, języka – to podświadomie widzimy ten błysk w oku – widzimy późniejszą o kilkadziesiąt lat przestrzeń Shire. Od tajemniczej, magicznej krainy Suomi, gdzie do ludowych podań, dwudziestoletni Tolkien (prawdopodobnie wtedy zaczął przerabiać „Kalevalę” i uczyć się – ze średnim skutkiem – fińskiego) dodaje wątek kazirodztwa, potężnego psa-pomocnika, wzmacnia napięcie emocjonalne między Kullervo i Panią Lasu, tam zaczyna się jego kilkudziesięcioletnia przygoda naukowca, który został pisarzem, by na nowo spisywać dawne, epickie historie wieków średnich. I tworzyć własne uniwersum, mapę Śródziemia z przemierzającym ją Bilbem, Frodo, Gandalfem i Aragornem.

sobota, 22 kwietnia 2017

Wszystkie złudzenia poety (Władysław Broniewski "Publicystyka")


Paweł Chmielewski
("Projektor" 6/2016)
Marek Hłasko w „Pięknych dwudziestoletnich” przedstawił go jako megalomana i dziwacznego konformistę. W obsypywanym nagrodami, nudnawym i niemiłosiernie rozwleczonym spektaklu Teatru Wybrzeże miał być symbolem tragicznego, polskiego losu. Mariusz Urbanek napisał jego biografię, której długo nikt nie chciał wydać. Ze szkolnych programów został wyrzucony. Władysław Broniewski – postać niejednoznaczna.

Poeta, komunista, alkoholik – postać utkana ze sloganów. Ktoś może jeszcze pamięta „Elegię o śmierci Ludwika Waryńskiego”. Kilku – „Bagnet na broń”. Krytyka Polityczna nie reanimuje Broniewskiego poety, ale odkrywa przed czytelnikami Broniewskiego – publicystę. Autor „Anki” publikował w wielu czasopismach, często pod pseudonimami lub nie podpisywał się wcale. Publicystykę cenił znacznie niżej od poezji. Odnalezienie i skatalogowanie – od juweniliów pisanych przez gimnazjalistę ponad sto lat temu, do ideowych prelekcji schorowanego człowieka ze schyłkowego okresu – nie było tylko zadaniem historyczno-literackim, choć tego aspektu pracy wydawców nie wolno ignorować. Jak każda z ważnych postaci literatury, Broniewski zasługuje na pełne opracowanie, nawet mniej istotnej części dzieła. Traktowanie jednakże jego publicystyki tylko jako elementu monografii poety, byłoby dość dużym uproszczeniem. Świadectwo historii? Oczywiście. Istotny przyczynek do biografii? Jasne. Co przede wszystkim? Katalog wielu złudzeń i dokument straconej szansy.

Broniewski zaczynał od gimnazjalnego periodyku „Młodzi Idą!” w Płocku, potem publikował w „Nowej Kulturze”, przez dziewięć lat w „Wiadomościach Literackich”. Z okresu przedwojennego największą rangę przykładałbym do rozbudowanych artykułów o twórczości Majakowskiego i Jesienina, których był tłumaczem. Dwaj „bogowie porewolucyjnej poezji” potraktowani zostają odmiennie. Autor „Obłoku w spodniach” – bardziej ideowo. Jesienin – emocjonalnie. Oto Broniewski-publicysta pokazuje nam dwa oblicza. Gdy jest chłodny i analityczny staje się dziennikarzem lepszym, gdy górę biorą uczucia – ciekawszym. Tylko porównajmy: Majakowski to poeta nowego świata, świata tworzonego i rządzonego przez człowieka. I każdy, kto chce być i jest budowniczym owego świata, odczuje, zrozumie i uzna za własną ideologię poety. Zaś o Jesieninie: Jak Keats, jak Rimbaud, nie mógł długo pisać ten urodzony liryk. Krzywym płomieniem świec zapalanych na wietrze spalają się serca poetów. I żywe zostają tylko słowa, mogące uzdrawiać i zabijać, radować i boleć. 

Broniewski przedwojenny, to ostry, drażniący, inteligentny krytyk. Może nie tak miażdżąco krwisty jak Antoni Słonimski, ale…: jest to przekrój mózgu spółczesnego endeka; wrodzona tępota, okraszona antysemityzmem, uwielbieniem policji, galówek narodowych i kawalerii (o „Domu w śródmieściu” Piotra Choynowskiego); Pan Glinka, długo pracując nad piórem, nie nauczył się niczego, prócz dobierania kiepskich rymów dla banalnej treści (Xawery Glinka „Zielona furtka”); trzeba przez 367 stronic zapoznawać się z jakimiś nieżywymi, drewnianymi ludźmi i ich nudnymi sprawami (…) Pusto, głupio i mdło, panie dobrodzieju, po przeczytaniu tych szlagońskich wypocin – pisze o „Samosękach” Adama Grzymały-Siedleckiego. Chwali literaturę rosyjską lat 20. i 30., lecz trzeba przyznać, że recenzuje i dobiera przykłady najwyższej próby – prozę Pilniaka i poezję Borysa Pasternaka. Ta przenikliwość sądów i literacki zmysł opuszczają Broniewskiego po wojnie. Być może to efekt pobytu w sowieckim więzieniu po 39 roku?

Był też Broniewski naiwny i mam nadzieję, że naiwnością Bernarda Shawa i innych pisarzy Zachodu odwiedzających ZSRR. „W drodze do Dnieprogesu” z 1934 r. czytamy: Dwa lata temu na Ukrainie podobno miejscami panował głód. (…) Kułacy, pod natchnieniem czynników wrogich Sowietom, postanowili – krótko mówiąc – zagłodzić miasta. „50 dni w ZSRR” – przygnębiająca lektura, lecz z tomu publicystyki Broniewskiego najbardziej aktualna, pokazująca jak łatwo może człowiek inteligentny ulegać złudzeniom.

piątek, 7 kwietnia 2017

O tragedii literatury węgierskiej


Paweł Chmielewski
Przypominam sobie dialog z „Zazdrosnych” Sándora Máraia między Peterem a Tamasem o jego pobycie w Peru. Lecz Tamas był tylko raz, zupełnie niedługo w Kalifornii. 

Peru zna z opowieści, choć bez trudu wskazuje je na mapie. Wszystkiemu, całej tej konfabulacji, niespotykanym opowieściom o podróży za ocean winien jest Albert. Zaś Tamas w peruwiańskie góry nigdy nie pojedzie – chociażby z powodu prozaicznego – bo tam, podobno, jedzą pieczone jeże.

Wielkim admiratorem twórczości Sándora Máraia jest Jan Nowicki, z którym – całkiem niedawno – miałem przyjemność rozmawiać o węgierskiej literaturze. Najwyżej ceni „Dzienniki” Máraiowskie – te zapiski upływającego czasu, powolnej zgody, akceptacji kosmicznego porządku, ładu, który zaczynamy pojmować dopiero na końcu drogi. To jeszcze nie ten moment bym zaczął rozumieć, przyjmować wiedzę i filozofię „Dzienników”. Ale jest coś jeszcze – tu wielki aktor – opowiadał o węgierskiej poezji, genialnej – wysmakowanej i eskapistycznej jako jednym z najlepszych przykładów liryki w dziejach światowej literatury. Recytował te strofy. I to jest ta wyspa nieznana. Te nazwiska nic mi (jeszcze) nie mówią.

Z węgierską prozą zetknąłem się dość późno. Wcześniej był dramat György Spiró „Szalbierz”, jeszcze tylko „Błogosławione piekłowędrowanie…” Gyurkó, trochę mówiące o tej dziwacznej historii lat 40. i 50. I nic. Cisza *. Dziesięć lat temu zmusił mnie wywiad z tłumaczką literatury bałkańskiej, Danutą Straszyńską-Cirlic, do sięgnięcia po Danilo Kisza (niby Serb, lecz Węgier, bez wątpliwości żadnych). Ten inny, drugi, lecz równie genialny Bruno Schulz, z labiryntu wspomnień i popiołów skierował do Imre Kertésza, potem Petera Esterhazy'ego.

I tak, czekając na „Pamięć” Pétera Nádasa, która ma się ukazać za kilka dni. Czekając, myślę o rozmowie sprzed kilku dni, którą tym razem zapisuję. I myślę o tragedii węgierskich pisarzy. Tak nieprzetłumaczalnych, zawiłych, tworzących w języku, którego prawie nikt nie pojmuje. O węgierskiej tragedii, ale i o szczęściu prozaików z Francji, Niemiec, Hiszpanii, bo gdyby te wielkie, kongenialne powieści znad Dunaju dało się tak łatwo przetłumaczyć, gdyby czytać je zaczęły legiony krytyków, to literacka drabinka Nagrody Nobla, mogłaby wyglądać odrobinę inaczej. 

* Bo "Chłopców z placu Broni" i historię małego Nemeczka znałem już trochę wcześniej, o ile dobrze pamiętam - bez zbytniego przymusu.

 


środa, 15 marca 2017

Jak z Cabaret Voltaire (Jedyna Maść, Historia Rokędrola)

Paweł Chmielewski
("Teraz" - nr 59)
Maść wyrodziła się w krzakach. W pierwszej dekadzie lat 90-tych Maść przechowywano w Lodófce. Przyszedł wiek XXI. Napompowana wiarą w restaurację Rokędrola Maść opuściła Lodófkę, pożegnała się z Nędzą, Śmielej patrząc w przyszłość zostawiła hen UR... (zachowano zapis oryginalny).

Oto w skrócie historia jednej z kieleckich grup. W 1993 powstała Lodófka, potem Nędza, UR, Śmielej, wreszcie w 2005 Jedyna Maść. Zmieniał się skład, muzycy przychodzili i odchodzili – m.in. perkusista Kajetan Strzelczyk, klawiszowiec Radosław Kupis, powstawały dema, kolejne płyty. Najnowsza produkcja to „Historia Rokędrola”. Zespół obecnie tworzą: Marek Wrona (wokal, gitara basowa), Oskar Wilman (gitara, wokal), Grzegorz Sobczak (perkusja, wokal) i... rysunki (przede wszystkim na okładce).
Artyści Jedynej Maści nie potrafią za bardzo śpiewać, grają czasem gorzej niż średnio, teksty porażają rymami jakby z rejonów muzy weselnej, winietka płyty jest krzykliwie kiczowata. A „Historia Rokędrola” jest świetna. Bo „Historia Rokędrola” to muzyczna parafraza wysokiej próby.

Wszystko na tej płycie ujęte jest w nawias. Począwszy od zapowiedzi, że oto nadchodzi najlepszy zespół w Polsce, przez całkowicie absurdalne tytuły: „Ballada o dziewczynie co chciała być ptakiem, ale z powodu problemów z pokręconą nicią DNA nie wychodzi to jej najlepiej” do samej muzyki. Jak sama nazwa wskazuje krążek opowiada historię. Każdy kolejny utwór to parafraza innego stylu w muzyce: „Dlaczego świat” to blues, „Padł Zając” góralskie realizacje Pawła Kukiza, gdzieś punk spod znaku Dezertera. Wszystko śpiewane celowo źle. Z dystansem do siły własnego wokalu.

I wspomnę jeszcze o tekstach, upstrzonych częstochowszczyzną, sprawiających wrażenie jakbyśmy, prawie uczestniczyli w mękach twórczych pozbawionego talentu autora – Dobrze to wychowana dziewczyna/ pochodzi ze Świdnika/ i dojeżdża też/ PKS. („Miasto Lublin”). I z utworu, na utwór narasta ta piramidalna parodia. Gdybym szukał skojarzeń, to powiedziałbym – blisko do dadaistów z Cabaret Voltaire.
Jedyna Maść, Historia Rokędrola, nakładem zespołu

Leksykon młodego rapera (Larkin & Zachar, Zachar, Larkin)

Paweł Chmielewski
("Teraz" - nr 61)
Młodzi muzycy są pokrzywdzeni, bo są młodzi i nie mogą wydać płyty. Schodzą więc „do podziemia”. Szczególną kategorię cierpiących stanowią raperzy. Krzywdzą ich nie tylko właściciele koncernów płytowych, ale w zasadzie chyba cała reszta społeczeństwa. Przynajmniej taki obraz wyłania się z najnowszej płyty kieleckiego duetu Larkin & Zachar.

Zgodnie z raperskim (plemiennym) kodeksem nie ujawniają swojej tożsamości, tylko pseudonimy. O ich wcześniejszych dokonaniach wiadomo, że występowali na płytach Kieleckiej Rewolucji (Larkin) i SNR (Zachar), a na scenie są obecni od początku XXI w.
Ich pierwszy wspólny projekt od strony muzycznej jest nieciekawy. Teksty kieleckich twórców jako podkład mają kompozycje Shadowille Productions (strona internetowa, z której raperzy mogą ściągać i wykorzystywać gotowe bity) – wtedy jest całkiem dobrze lub własne – znacznie gorzej.

Ciekawiej jest wsłuchać się w płytę i dzięki temu poznać język oraz kodeks postępowania środowiska raperów. A zatem po pierwsze jesteś ziomal (znajomy, krewny), ziom (osoba szanowana) albo jesteś resztą, która dzieli się na sąsiadów (z natury wrogich) czy innych (obojętni). Wśród nie-ziomali wyróżnia się kategoria wyjątkowo wredna – policjanci zwani mendami. U Larkina i Zachara pełno jest nostalgicznych opowieści o ziomach co to trafili na komendę lub za jeden przypał (wpadka, ujawnienie przestępstwa) sprawę mieli („Bloki”).

Nadto raper robi rap i uderza (wybiera się) w miasto (obszar poza blokowiskiem), bardzo uważa, co lub kogo skitrać (schować, ukryć). Rapera denerwują studenci, którzy posprowadzali się na osiedle i organizują melanże (popijawki). Raper kocha tylko swoją matkę („Czwarte przykazanie”), pogardza hajsem (pieniędzmi), nie zdradza swoich braci (bliskich, przyjaciół) i wciąż cierpi, bo ktoś go zdradził np. idąc do zwyczajnej pracy.
I wreszcie nigdy nie podąża za modą („Jest jak jest”). Ciekawe tylko skąd ten wysyp postaci w kapturkach, na widok których przechodnie skwapliwie uciekają na drugą stronę ulicy?
Larkin & Zachar, Zachar, Larkin, Upał Records