niedziela, 9 lipca 2017

Kameleon, złota krew (Bob Dylan "Duszny kraj")

Paweł Chmielewski
("Projektor" 3/2017)
Jeden został zbawiony, ale drugi za to potępiony mówi Vladimir do Estragona w „Czekając na Godota” Samuela Becketta. Ta krótka aluzja do przypowieści o Jezusie i łotrze z Ewangelii Jana, rozwija się w jednej z najważniejszych pieśni Boba Dylana „All Along the Watchtower”, wykonywanej przez Hendrixa, Erica Claptona, U2, Grateful Dead i pewnie kilkuset innych muzyków.

Becketta przywołałem nie tylko za przyczyną błazna (u Dylana) i łotra, ale tłumacza tomu „Duszny kraj” Filipa Łobodzińskiego. Jego przypisy, komentujące każdy z publikowanych tekstów autora „Like a Rolling Stone” kojarzą się z tomem „Dzieł dramatycznych” Irlandczyka, w którym objaśnienia Antoniego Libery w podobny sposób budowały kontekst i symbolikę, pozwalając czytelnikowi wniknąć w tkankę utworu.

Większość interpretacji „W oknach całej strażnicy” koncentruje się na trawestacji błazna mającego być figurą Chrystusa i odwołaniach do „Księgi Izajasza” w ostatniej strofie. Istotnych o tyle, że dzieło Dylana jest przefiltrowanym, biograficznym przeżyciem muzyka – tekst powstał niedługo po ciężkim wypadku motocyklowym i religijnym nawróceniu poety. Wskazałbym jednak bardziej na ironiczno-gorzki wydźwięk tych wersów, jakby szekspirowski, przeniesiony z „Makbeta”: pośród nas niejeden czuje/ że życie kpiną jest i grą/ lecz ty i ja już znamy je. Łobodziński (przyznając, że Dylan nie jest w pełni przetłumaczalny, bo tekst wciąż pozostaje integralnym światem z muzyką – być może „Duszny kraj” czytać trzeba równocześnie słuchając piosenek?), ułożył sto trzydzieści przekładów, nie chronologicznie, lecz stworzył dylanowską mozaikę tematów. To – jak każda próba definicji genialnego artysty – jest tylko próbą, intrygującą wędrówką poprzez literackie i kulturowe klisze, archetypy, którymi Dylan bez trudu żongluje.

Jest w Internecie fragment nagrania (niecała minuta z sekundami), gdy twórca „Forever Young” wraz z Joan Baez występuję przed wielotysięcznym tłumem obok Białego Domu. To Dylan buntownik, jedna z wersji. Tę zmienność, kameleonowatość usiłował oddać Todd Haynes w filmie „Bob Dylan. I’m Not There”, a w rolę barda wcielali się Christian Bale, Cate Blanchett, Heath Ledger, Richard Gere (jako Dylan paralelny z obrazem „Pat Garrett i Billy Kid” Sama Peckinpaha, do którego pieśniarz nie tylko stworzył ścieżkę dźwiękową, ale w roli Aliasa dorównał Jamesowi Coburnowi), Ben Whishaw i Carl Franklin. Gdy już jesteśmy przy westernie Peckinpaha i mistycznym okresie twórczości ostatniego noblisty, przypomnijmy balladę „Knockin’ on Heaven’s Door”, ilustrującą śmierci starego szeryfa (Slim Pickering). W kinowym obrazie towarzyszy mu zapłakana żona/ kochanka zwana „Mamą”. Dopiero kondensacja filmu, głosu Dylana i przekładu pozwala pojąć przekaz, przejmujący tren, z pobrzmiewającym echem Appolinaire’a: Mamo, otrzyj mi z twarzy krew/ dość mam wojny, łez i kul/ ciężko mówić, wszędzie czerń. 

Pozostając przy filmowo-poetyckich kontekstach tej twórczości i jej wpływie na amerykańską (przede wszystkim) kulturę, popatrzmy na film średni „Młodzi gniewni”, typowy dydaktyk (gdyby nie rola Michelle Pfeiffer i jej przesmaczne flirto-dialogi z George Dzundzą) – biała nauczycielka zatrudniona w szkole w Harlemie (nietolerancja, podskórna rasowa nienawiść, to również dylanowskie, przeklęte tematy) pokonuje wrogość uczniów, interpretując – wręcz rozkładając na czynniki pierwsze – „Mr Tambourine Man”, hymn zmęczonego o wschodzie słońca, który wznosi modły do anonimowego dilera narkotyków. Te filiacje wciąż pączkują, każdy z tekstów zawartych w książce wymagałby analizy osobnej.
 
Czy w tym roku ukaże się ważniejszy poetycki zbiór przekładów niż „Duszny kraj” Boba Dylana. Wątpię. Wydarzenie jak kiedyś, w ubiegłym wieku kompletne „Kwiaty zła” Charlesa Baudelaire’a czy pierwszy (wyrwany z gardła cenzury) tom poezji Osipa Mandelsztama lub „Pieśń o sobie” Whitmana – w dwujęzycznych edycjach Wydawnictwa Literackiego. Tom pokazujący dlaczego artysta mówiący o sobie: Jedyne co potrafię, to być sobą. A mam wiele twarzy. – jest najważniejszym laureatem literackiego Nobla ostatnich lat.

sobota, 8 lipca 2017

Dzień narodzin Shire (J.R.R. Tolkien „Opowieść o Kullervo”)

Paweł Chmielewski
("Projektor" 3/2017)
Frey syn Njörda siadł pewnego dnia na tronie Hlidskjalfie i rozglądał się po wszystkich światach. Zajrzał do Jötunheimu i zobaczył tam piękną dziewczynę, jak szła z świetlicy ojca swego do śpichlerza. Gdy patrzył na nią ogarnął go wielki smutek. Skirnir zwał się pachołek Freya. – czytamy w staroislandzkiej „Wyprawie Skirnira”. A ona, jak jeden z trzech korzeni drzewa świata – Yggdrasil – gigantycznego jesionu, tworzy współczesną literaturę.

Na dwóch filarach – tracącej dziś swe znaczenie, biblijnej judeo-chrześcijańskiej symbolice i mitologii antycznego świata – zbudował Dante europejską literaturę. Kilka wieków później odkrywa Europa ślady dawnych, mitycznych wierzeń, zaklęte w eposach północnego średniowiecza, wierzeń, których ginące odpryski – jeszcze obecne w jego czasach – zapisał Szekspir. Skandynawskie sagi, staroangielski „Beowulf”, legendy arturiańskie, „Pieśń o Nibelungach”, „Parzival” Wolframa von Eschenbacha, epika Chrétiena de Troyes – wykreowały nie tylko literaturę romantyzmu, ale jeden z najistotniejszych nurtów XX-wiecznej kultury – fantasy. Ten brak epiki fantastycznej, cudowności, w polskim piśmiennictwie, sprawia, że w kraju Marii Skłodowskiej-Curie, odkrywców tlenu i witamin, pojawić się mógł – w sposób absolutnie naturalny – tylko geniusz naukowej fantastyki – Stanisław Lem. Na drugim biegunie, dzięki celtyckiej, teutońskiej i islandzkiej epice – tworzy ojciec (i matka) fantastyki baśniowej – J.R.R. Tolkien.

Tolkiena stawiam na równi z wielkimi rewolucjonistami literatury – Homerem, który nauczył ludzi opowiadać, Dantem tworzącym nowożytne piśmiennictwo i przywracającym mu jego śródziemnomorskie korzenie, Szekspirem – budującym kanon ludzkich pragnień, Dostojewskim – najokrutniejszym z badaczy naszych emocji, Conradem – prorokiem ery totalizmów. Tolkien w „wiekach ciemnych”, czasach po Kafce i apokalipsie światowych wojen – Tolkien tworzy baśniową metaforę okrucieństw XX stulecia. Nie tworzy jej jednak w próżni, jak fantasmagorii. Każdy z odcinków twórczości – „Hobbit”, trylogia „Władcy Pierścieni”, niedokończony cykl „Silmarillion”, poprzedza rozbudowane studium naukowe, analiza źródeł, translacja dawnych tekstów. Ten warsztat, pokazujący, że „Hobbit nie spadł z nieba” ukazany został już w wydanym rok temu „Beowulfie” (por. „Projektor” 2/2016), zaś kontynuację tolkienowskich badań otrzymujemy wraz z tomem „Opowieść o Kullervo” (w opracowaniu Verlyn Flieger).

Punktem wyjścia są notatki do wykładów, tłumaczenie i przypisy, które wykonał autor „Dwóch wież” pracując nad „Kalevalą” – zabytkiem języka fińskiego. Gdy celtyckie, bretońskie, germańskie eposy istniały w powszechnej świadomości, „Kalevalę” (w 1835 r.) odkrywał lekarz amator. W 1911 r. czyta ją nastoletni Tolkien i na niej zbuduje później swe pierwsze dzieło literackie – historię o dzieciach Húrina („Opowieść o Kullervo” – najtragiczniejszej, według przyszłego klasyka fantasy, postaci fińskiego eposu.). Nadludzko silny bohater żyje jak niewolnik, wychowywany przez wuja – mordercę swego ojca – potężnego czarnoksiężnika Untamo, który trzykrotnie usiłuje pozbawić go życia. Po latach spędzonych w lesie najeżdża ziemie prześladowcy, morduje wszystkich (w tym matkę i rodzeństwo), by zginąć z własnej ręki. Jest w tym i „Hamlet”, i samurajskie opowieści. Lecz najciekawsze są wykłady z przypisami samego Tolkiena.

Nie uznaje „Krainy Bohaterów” („Kalevali”) za epos, lecz zbiór ballad, powstałych na obrzeżach (obok) Europy, w krainie mitycznej. I snuje dalej historię opowieści. Gdy wkracza swym (zachowanym w dwóch wersjach) wykładem w świat biesiad, śpiewów, metrum, języka – to podświadomie widzimy ten błysk w oku – widzimy późniejszą o kilkadziesiąt lat przestrzeń Shire. Od tajemniczej, magicznej krainy Suomi, gdzie do ludowych podań, dwudziestoletni Tolkien (prawdopodobnie wtedy zaczął przerabiać „Kalevalę” i uczyć się – ze średnim skutkiem – fińskiego) dodaje wątek kazirodztwa, potężnego psa-pomocnika, wzmacnia napięcie emocjonalne między Kullervo i Panią Lasu, tam zaczyna się jego kilkudziesięcioletnia przygoda naukowca, który został pisarzem, by na nowo spisywać dawne, epickie historie wieków średnich. I tworzyć własne uniwersum, mapę Śródziemia z przemierzającym ją Bilbem, Frodo, Gandalfem i Aragornem.

sobota, 22 kwietnia 2017

Wszystkie złudzenia poety (Władysław Broniewski "Publicystyka")


Paweł Chmielewski
("Projektor" 6/2016)
Marek Hłasko w „Pięknych dwudziestoletnich” przedstawił go jako megalomana i dziwacznego konformistę. W obsypywanym nagrodami, nudnawym i niemiłosiernie rozwleczonym spektaklu Teatru Wybrzeże miał być symbolem tragicznego, polskiego losu. Mariusz Urbanek napisał jego biografię, której długo nikt nie chciał wydać. Ze szkolnych programów został wyrzucony. Władysław Broniewski – postać niejednoznaczna.

Poeta, komunista, alkoholik – postać utkana ze sloganów. Ktoś może jeszcze pamięta „Elegię o śmierci Ludwika Waryńskiego”. Kilku – „Bagnet na broń”. Krytyka Polityczna nie reanimuje Broniewskiego poety, ale odkrywa przed czytelnikami Broniewskiego – publicystę. Autor „Anki” publikował w wielu czasopismach, często pod pseudonimami lub nie podpisywał się wcale. Publicystykę cenił znacznie niżej od poezji. Odnalezienie i skatalogowanie – od juweniliów pisanych przez gimnazjalistę ponad sto lat temu, do ideowych prelekcji schorowanego człowieka ze schyłkowego okresu – nie było tylko zadaniem historyczno-literackim, choć tego aspektu pracy wydawców nie wolno ignorować. Jak każda z ważnych postaci literatury, Broniewski zasługuje na pełne opracowanie, nawet mniej istotnej części dzieła. Traktowanie jednakże jego publicystyki tylko jako elementu monografii poety, byłoby dość dużym uproszczeniem. Świadectwo historii? Oczywiście. Istotny przyczynek do biografii? Jasne. Co przede wszystkim? Katalog wielu złudzeń i dokument straconej szansy.

Broniewski zaczynał od gimnazjalnego periodyku „Młodzi Idą!” w Płocku, potem publikował w „Nowej Kulturze”, przez dziewięć lat w „Wiadomościach Literackich”. Z okresu przedwojennego największą rangę przykładałbym do rozbudowanych artykułów o twórczości Majakowskiego i Jesienina, których był tłumaczem. Dwaj „bogowie porewolucyjnej poezji” potraktowani zostają odmiennie. Autor „Obłoku w spodniach” – bardziej ideowo. Jesienin – emocjonalnie. Oto Broniewski-publicysta pokazuje nam dwa oblicza. Gdy jest chłodny i analityczny staje się dziennikarzem lepszym, gdy górę biorą uczucia – ciekawszym. Tylko porównajmy: Majakowski to poeta nowego świata, świata tworzonego i rządzonego przez człowieka. I każdy, kto chce być i jest budowniczym owego świata, odczuje, zrozumie i uzna za własną ideologię poety. Zaś o Jesieninie: Jak Keats, jak Rimbaud, nie mógł długo pisać ten urodzony liryk. Krzywym płomieniem świec zapalanych na wietrze spalają się serca poetów. I żywe zostają tylko słowa, mogące uzdrawiać i zabijać, radować i boleć. 

Broniewski przedwojenny, to ostry, drażniący, inteligentny krytyk. Może nie tak miażdżąco krwisty jak Antoni Słonimski, ale…: jest to przekrój mózgu spółczesnego endeka; wrodzona tępota, okraszona antysemityzmem, uwielbieniem policji, galówek narodowych i kawalerii (o „Domu w śródmieściu” Piotra Choynowskiego); Pan Glinka, długo pracując nad piórem, nie nauczył się niczego, prócz dobierania kiepskich rymów dla banalnej treści (Xawery Glinka „Zielona furtka”); trzeba przez 367 stronic zapoznawać się z jakimiś nieżywymi, drewnianymi ludźmi i ich nudnymi sprawami (…) Pusto, głupio i mdło, panie dobrodzieju, po przeczytaniu tych szlagońskich wypocin – pisze o „Samosękach” Adama Grzymały-Siedleckiego. Chwali literaturę rosyjską lat 20. i 30., lecz trzeba przyznać, że recenzuje i dobiera przykłady najwyższej próby – prozę Pilniaka i poezję Borysa Pasternaka. Ta przenikliwość sądów i literacki zmysł opuszczają Broniewskiego po wojnie. Być może to efekt pobytu w sowieckim więzieniu po 39 roku?

Był też Broniewski naiwny i mam nadzieję, że naiwnością Bernarda Shawa i innych pisarzy Zachodu odwiedzających ZSRR. „W drodze do Dnieprogesu” z 1934 r. czytamy: Dwa lata temu na Ukrainie podobno miejscami panował głód. (…) Kułacy, pod natchnieniem czynników wrogich Sowietom, postanowili – krótko mówiąc – zagłodzić miasta. „50 dni w ZSRR” – przygnębiająca lektura, lecz z tomu publicystyki Broniewskiego najbardziej aktualna, pokazująca jak łatwo może człowiek inteligentny ulegać złudzeniom.

piątek, 7 kwietnia 2017

O tragedii literatury węgierskiej


Paweł Chmielewski
Przypominam sobie dialog z „Zazdrosnych” Sándora Máraia między Peterem a Tamasem o jego pobycie w Peru. Lecz Tamas był tylko raz, zupełnie niedługo w Kalifornii. 

Peru zna z opowieści, choć bez trudu wskazuje je na mapie. Wszystkiemu, całej tej konfabulacji, niespotykanym opowieściom o podróży za ocean winien jest Albert. Zaś Tamas w peruwiańskie góry nigdy nie pojedzie – chociażby z powodu prozaicznego – bo tam, podobno, jedzą pieczone jeże.

Wielkim admiratorem twórczości Sándora Máraia jest Jan Nowicki, z którym – całkiem niedawno – miałem przyjemność rozmawiać o węgierskiej literaturze. Najwyżej ceni „Dzienniki” Máraiowskie – te zapiski upływającego czasu, powolnej zgody, akceptacji kosmicznego porządku, ładu, który zaczynamy pojmować dopiero na końcu drogi. To jeszcze nie ten moment bym zaczął rozumieć, przyjmować wiedzę i filozofię „Dzienników”. Ale jest coś jeszcze – tu wielki aktor – opowiadał o węgierskiej poezji, genialnej – wysmakowanej i eskapistycznej jako jednym z najlepszych przykładów liryki w dziejach światowej literatury. Recytował te strofy. I to jest ta wyspa nieznana. Te nazwiska nic mi (jeszcze) nie mówią.

Z węgierską prozą zetknąłem się dość późno. Wcześniej był dramat György Spiró „Szalbierz”, jeszcze tylko „Błogosławione piekłowędrowanie…” Gyurkó, trochę mówiące o tej dziwacznej historii lat 40. i 50. I nic. Cisza *. Dziesięć lat temu zmusił mnie wywiad z tłumaczką literatury bałkańskiej, Danutą Straszyńską-Cirlic, do sięgnięcia po Danilo Kisza (niby Serb, lecz Węgier, bez wątpliwości żadnych). Ten inny, drugi, lecz równie genialny Bruno Schulz, z labiryntu wspomnień i popiołów skierował do Imre Kertésza, potem Petera Esterhazy'ego.

I tak, czekając na „Pamięć” Pétera Nádasa, która ma się ukazać za kilka dni. Czekając, myślę o rozmowie sprzed kilku dni, którą tym razem zapisuję. I myślę o tragedii węgierskich pisarzy. Tak nieprzetłumaczalnych, zawiłych, tworzących w języku, którego prawie nikt nie pojmuje. O węgierskiej tragedii, ale i o szczęściu prozaików z Francji, Niemiec, Hiszpanii, bo gdyby te wielkie, kongenialne powieści znad Dunaju dało się tak łatwo przetłumaczyć, gdyby czytać je zaczęły legiony krytyków, to literacka drabinka Nagrody Nobla, mogłaby wyglądać odrobinę inaczej. 

* Bo "Chłopców z placu Broni" i historię małego Nemeczka znałem już trochę wcześniej, o ile dobrze pamiętam - bez zbytniego przymusu.

 


środa, 15 marca 2017

Jak z Cabaret Voltaire (Jedyna Maść, Historia Rokędrola)

Paweł Chmielewski
("Teraz" - nr 59)
Maść wyrodziła się w krzakach. W pierwszej dekadzie lat 90-tych Maść przechowywano w Lodófce. Przyszedł wiek XXI. Napompowana wiarą w restaurację Rokędrola Maść opuściła Lodófkę, pożegnała się z Nędzą, Śmielej patrząc w przyszłość zostawiła hen UR... (zachowano zapis oryginalny).

Oto w skrócie historia jednej z kieleckich grup. W 1993 powstała Lodófka, potem Nędza, UR, Śmielej, wreszcie w 2005 Jedyna Maść. Zmieniał się skład, muzycy przychodzili i odchodzili – m.in. perkusista Kajetan Strzelczyk, klawiszowiec Radosław Kupis, powstawały dema, kolejne płyty. Najnowsza produkcja to „Historia Rokędrola”. Zespół obecnie tworzą: Marek Wrona (wokal, gitara basowa), Oskar Wilman (gitara, wokal), Grzegorz Sobczak (perkusja, wokal) i... rysunki (przede wszystkim na okładce).
Artyści Jedynej Maści nie potrafią za bardzo śpiewać, grają czasem gorzej niż średnio, teksty porażają rymami jakby z rejonów muzy weselnej, winietka płyty jest krzykliwie kiczowata. A „Historia Rokędrola” jest świetna. Bo „Historia Rokędrola” to muzyczna parafraza wysokiej próby.

Wszystko na tej płycie ujęte jest w nawias. Począwszy od zapowiedzi, że oto nadchodzi najlepszy zespół w Polsce, przez całkowicie absurdalne tytuły: „Ballada o dziewczynie co chciała być ptakiem, ale z powodu problemów z pokręconą nicią DNA nie wychodzi to jej najlepiej” do samej muzyki. Jak sama nazwa wskazuje krążek opowiada historię. Każdy kolejny utwór to parafraza innego stylu w muzyce: „Dlaczego świat” to blues, „Padł Zając” góralskie realizacje Pawła Kukiza, gdzieś punk spod znaku Dezertera. Wszystko śpiewane celowo źle. Z dystansem do siły własnego wokalu.

I wspomnę jeszcze o tekstach, upstrzonych częstochowszczyzną, sprawiających wrażenie jakbyśmy, prawie uczestniczyli w mękach twórczych pozbawionego talentu autora – Dobrze to wychowana dziewczyna/ pochodzi ze Świdnika/ i dojeżdża też/ PKS. („Miasto Lublin”). I z utworu, na utwór narasta ta piramidalna parodia. Gdybym szukał skojarzeń, to powiedziałbym – blisko do dadaistów z Cabaret Voltaire.
Jedyna Maść, Historia Rokędrola, nakładem zespołu

Leksykon młodego rapera (Larkin & Zachar, Zachar, Larkin)

Paweł Chmielewski
("Teraz" - nr 61)
Młodzi muzycy są pokrzywdzeni, bo są młodzi i nie mogą wydać płyty. Schodzą więc „do podziemia”. Szczególną kategorię cierpiących stanowią raperzy. Krzywdzą ich nie tylko właściciele koncernów płytowych, ale w zasadzie chyba cała reszta społeczeństwa. Przynajmniej taki obraz wyłania się z najnowszej płyty kieleckiego duetu Larkin & Zachar.

Zgodnie z raperskim (plemiennym) kodeksem nie ujawniają swojej tożsamości, tylko pseudonimy. O ich wcześniejszych dokonaniach wiadomo, że występowali na płytach Kieleckiej Rewolucji (Larkin) i SNR (Zachar), a na scenie są obecni od początku XXI w.
Ich pierwszy wspólny projekt od strony muzycznej jest nieciekawy. Teksty kieleckich twórców jako podkład mają kompozycje Shadowille Productions (strona internetowa, z której raperzy mogą ściągać i wykorzystywać gotowe bity) – wtedy jest całkiem dobrze lub własne – znacznie gorzej.

Ciekawiej jest wsłuchać się w płytę i dzięki temu poznać język oraz kodeks postępowania środowiska raperów. A zatem po pierwsze jesteś ziomal (znajomy, krewny), ziom (osoba szanowana) albo jesteś resztą, która dzieli się na sąsiadów (z natury wrogich) czy innych (obojętni). Wśród nie-ziomali wyróżnia się kategoria wyjątkowo wredna – policjanci zwani mendami. U Larkina i Zachara pełno jest nostalgicznych opowieści o ziomach co to trafili na komendę lub za jeden przypał (wpadka, ujawnienie przestępstwa) sprawę mieli („Bloki”).

Nadto raper robi rap i uderza (wybiera się) w miasto (obszar poza blokowiskiem), bardzo uważa, co lub kogo skitrać (schować, ukryć). Rapera denerwują studenci, którzy posprowadzali się na osiedle i organizują melanże (popijawki). Raper kocha tylko swoją matkę („Czwarte przykazanie”), pogardza hajsem (pieniędzmi), nie zdradza swoich braci (bliskich, przyjaciół) i wciąż cierpi, bo ktoś go zdradził np. idąc do zwyczajnej pracy.
I wreszcie nigdy nie podąża za modą („Jest jak jest”). Ciekawe tylko skąd ten wysyp postaci w kapturkach, na widok których przechodnie skwapliwie uciekają na drugą stronę ulicy?
Larkin & Zachar, Zachar, Larkin, Upał Records

Już nie jest wstyd (Sparks, Idziemy na całość)

Paweł Chmielewski
("Teraz" - nr 62)
Przepis na sukces sceniczny jest dość prosty: weź od trzech do pięciu dziewcząt, ewentualnie chłopców, zaprowadź do krawca, fryzjera, stylisty, naucz podskakiwać na scenie, skomponuj prostą muzykę w nurcie techno lub disco polo, załatw częste występy w rozgłośni radiowej i jakiejś telewizji. I już masz girlsband albo boysband o ogólnopolskiej sławie. Dużo z tego przepisu wykorzystano tworząc kielecką formację młodzieżową Sparks.

Dwie dziewczyny i jeden chłopak (Joanna Orkisz, Olga Lichacz i Krzysztof Orkisz) z kieleckich gimnazjów zaczęli występować w 2006 r. W 2007 r. nagrali płytę „Koncert na dwa serca”, pod koniec ubiegłego „Idziemy na całość”. Pierwszy krążek uzyskał już status złotej płyty. Najnowszy to dwanaście kompozycji, przede wszystkim Wojciecha Stachurskiego i Jerzego Lichacza ze słowami obu panów.

Po tekstach nie należało spodziewać się nic wybitnego. Bądź mi uśmiechem na chwilę smutną („Bądź moim uśmiechem”), Nie chcę gadżetów z zagranicznych folderów/ tylko serca troszeczkę („Tylko o to was proszę”). I żal przy tym wszystkim przepięknego, w „kabarecikowym” stylu wiersza Agnieszki Osieckiej „Kotku mój”. On ginie wśród tych „serc”, „smutków” i „uśmiechów” przytłoczony elektroniczną muzyką. Na płycie znalazła się jeszcze polskojęzyczna przeróbka hitu Bananaramy i utwór „Ona”, po którego wysłuchaniu można mieć poważne wątpliwości czy to wykalkulowana parodia, czy też mimowolna realizacja hasła, że „śpiewać każdy może”.

Skąd więc ta złota płyta? Odpowiedź jest bardzo prosta: jeszcze dziesięć lat temu wstydem było przyznać się do słuchania muzyki disco polo, chodnikowej, boysbandów, miałkiego popu... Dziś to ona króluje przede wszystkim w telewizji. Jej odbiorca nie musi się już wstydzić. Zaś popularność kieleckiego zespołu pokazuje nam ponadto zmiany jakie zaszły w ostatnich dwudziestu latach w muzyce adresowanej do nastolatków młodszych. Kiedyś Majka Jeżowska i aktorzy w „Akademii pana Kleksa” pod elektronikę śpiewali o deszczu, „panach z teczkami”, muchomorkach i przyjaźni. Sparks już tylko o zawiedzionej miłości.
Sparks, Idziemy na całość, GMC & Wosiek Studio

Między Lipskiem a Seattle (Michał Jelonek, Jelonek)


Paweł Chmielewski
("Teraz" - nr 63)
Od lat 70. klasyczna muzyka oraz instrumentarium zaczęły być często wykorzystywane przez twórców rockowych. Wystarczy wspomnieć nurt symphony rock z ELO, King Crimson. Kilkanaście lat temu Polaków zauroczył brytyjski skrzypek Nigel Kennedy grający kompozycje Hendrixa i The Doors. Potem była Vanessa Mae i prawie popowe utwory na skrzypce.

Do tego nurtu łączącego klasyczne dźwięki z rockowym brzmieniem można zaliczyć kielczanina Michała Jelonka. Po dyplomie w klasie skrzypiec i koncertach z Filharmonią Świętokrzyską nawiązał współpracę m.in. z grupami Ankh, De Press, Closterkeller. W międzyczasie zdobył główną nagrodę na festiwalu w Jarocinie (1993) i jako muzyk sesyjny uczestniczył w nagraniach kilkudziesięciu płyt mieszczących się w najróżniejszych nurtach – od metalu, przez pop do folku. Wreszcie przyszedł czas na produkcję solową, zatytułowaną „Jelonek”.

Autorem wszystkich kompozycji jest kielecki instrumentalista. Obok niego wystąpili, m.in. basista Andrzej Karp (trzykrotnie nominowany do nagrody Fryderyka), Paweł Grzegorczyk – gitary, Justyna Osiecka – wiolonczela, Karol Ludew i Artur Lipiński – perkusja.

Płyta to melanż klasyki z muzyką metalową. Wybrzmiewają na niej i „Koncerty brandenburskie” Bacha („BaRock”) i kompozycje Nirvany („Elephant’s Ballet”). Można powiedzieć, że jest rozciągnięta w przestrzeni między Lipskiem, gdzie kantorem był Jan Sebastian, a stolicą nurtu grunge Seattle – miejsce urodzin Cobaina (Nirvana). Słyszymy tutaj i Metallice, i reminiscencje z psalmów Henryka Mikołaja Góreckiego („Misere mei deus”).

A Jelonek bawi się skojarzeniami. Utwór „Vendome 1212” jest nie tylko dalekim echem chopinowskim, ale odsyła nas pod adres Paryż, plac Vendome 12, gdzie zmarł wielki kompozytor. W „Akce” usłyszymy nie tylko motywy orientalne, ale coś ze średniowiecza (kiedyś stolica państwa krzyżowców). Eksperymentuje również ze sposobem grania, chociażby szarpiąc jedną strunę w „Pizzicato – Asceticism”. „Jelonek” to płyta przemyślana, doskonale zaaranżowana. Kompletna.

Michał Jelonek, Jelonek, Mystic

Z teki inżyniera Mamonia (Remission Blame, Immortality)

Paweł Chmielewski
("Teraz" - nr 64)
Na początku lat 80. ubiegłego wieku pojawiła się odmiana muzyki heavy metalowej nazwana „thrash”, która zapożyczyła od twórców punku prosty, prawie ascetyczny sposób grania, dodając mocne rytmy perkusyjne, głośne i agresywne sola na gitarze. Dla bardzo wielu słuchaczy thrash to po prostu jeden wielki agresywny łomot. A wynika to z podejścia zespołów, które akurat ten styl interpretują jako „im głośniej i szybciej, tym lepiej”.

Z nurtem thrash metal identyfikuje się sandomierski zespół Remission Blame założony w marcu 2006 r. Skład grupy tworzą: Mateusz Gręba (gitara), Tomasz Tomaszewski (wokal), Krzysztof Bona (gitara), Zbigniew Ryba (perkusja). Nagrywają dwa promocyjne dema, a kilka miesięcy temu debiutancki krążek „Immortality” złożony z dziesięciu utworów.

Po przesłuchaniu płyty mam dwa skojarzenia i to bynajmniej nie muzyczne, a filmowe. Pierwsze to ponadczasowa wypowiedź inżyniera Mamonia z „Rejsu”: Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. (...) No jakże może podobać mi się piosenka, którą pierwszy raz słyszę. I członkowie Remission Blame bardzo się tym stwierdzeniem przejęli. Początki każdego utworu, to prawie kropka w kropkę albo nuta w nutę cytat z utworu jakiegoś znanego zespołu – słyszymy Metallicę (w trzeciej kompozycji nadchodzi słynny „piaskowy dziadek”), Slayer, Scorpions.

Drugie skojarzenie, to stwierdzenie Zygmunta Kałużyńskiego. W „Diabelskim zwierciadle” pisał, że poszedł na polski film i znowu słyszał tylko połowę dialogów. Słuchając „Immortality” miałem podobne wrażenie. Wokalista ma słabą dykcję i niewyraźnie coś wyśpiewuje. Dopiero w drugiej minucie orientujemy się, że utwór jest po polsku, a nie angielsku. Słabiutki głos ginie gdzieś w odmętach głośnej perkusji i gitarowych riffów. Teksty są na poziomie charakterystycznym dla metalowych kapel i operuje bardzo typowym dla środowiska obrazowaniem: Czterdzieści mężnych ramion rozsiewa wokół śmierć („Cień Walkirii”). I jeszcze – muzycy są biegli w swoim rzemiośle, ale ich „szybka” gra sprawia czasem wrażenie zaledwie fascynacji własną sprawnością.
Remission Blame, Immortality, nakładem zespołu

Gdy wiosło było marzeniem (ATP, Demo Promo)

Paweł Chmielewski
("Teraz" - nr 66)
Pretekstem do napisania tej recenzji są nostalgiczne wspomnienia dwóch wchodzących w „smugę cienia” artystów o heroicznych latach 80. Heroicznych, bo nic nie było na rynku, a przyzwoite „wiosło” (gitara) było niedościgłym marzeniem. Tym, czasem niezbornym i bardzo emocjonalnym wypominkom przysłuchiwało się kilku młodych muzyków.

Słuchali z niedowierzaniem, ale i zazdrością. W czasach, gdy podstawowe instrumentarium można skompletować za mniej niż średnią krajową, a heroiczne wyjazdy do Jarocina należą do kategorii opowieści kombatanckich, do romantycznych lat 80. nawiązują młode zespoły poprzez muzykę, teksty, a nawet stylistykę i typografię płytowych okładek. Dobrym przykładem jest koneckie trio ATP.

W 2005 r. Piotr Cieślak (perkusja) i Jakub Młodawski (gitara, wokal), którzy wcześniej występowali w grupach hip-hopowych, metalowych, reggae postanowili założyć zespół. Dołączył do nich basista Jakub Niewęgłowski. I tak powstało ATP – nazwa jest skrótem od adenozynotrifosforanu, związku przyśpieszającego metabolizm – trio nawiązujące do tradycji polskiego punk rocka sprzed ćwierć wieku. Pierwszy, mały sukces to drugie miejsce w konkursie „Scena dla Ciebie 2006”. Dwa lata później, nakładem zespołu ukazało się promocyjne demo zawierające pięć kawałków.

Muzycznie zespół jest bardzo sprawny, słychać, że terminowanie w różnych formacjach przysłużyło się zwłaszcza gitarzystom. Wokal nie jest histeryczny i natrętny, ale w stylistyce punku – trochę chropawy, czasem jest to melorecytacja, zamiast śpiewu. Ten styl doskonale sprawdza się w przypadku wokalistów nie obdarzonych wybitnym głosem, jak chociażby Muniek Staszczyk, przywoływany tu nie bez powodu, bo w utworach ATP jest coś z ducha T.Love. Najwięcej w niej jednak nawiązań do kultowego, punkowego Dezertera. Muzycznie, ale i tekstowo („Zachować twarz”) młoda grupa stara się wpasować w tamten klimat wczesnego Jarocina. Nawet okładka ma coś z pierwszych anarchistycznych vlepek. To całkiem niezła płyta dla ludzi chcących powspominać czasy, gdy „wiosło na każdym rogu nie stało za czterysta zet.”

ATP, Demo Promo, nakładem zespołu

Koktajl słabo wytrawny (Scyzorykomania 2009)

Paweł Chmielewski
("Teraz" - nr 67)
Każdy wybór opowiadań czy wierszy obrazujących pewną epokę, retrospektywna wystawa malarstwa danego kierunku czy składanka płytowa mówi nam dużo o jakimś zjawisku lub prądzie, ale chyba jeszcze więcej o preferencjach i gustach kuratora bądź wydawcy. Nadto takie wydawnictwa (wystawy) charakteryzują lepiej albo gorzej całość, lecz niezbyt wiele nam mówią o poszczególnych twórcach. Nie inaczej jest w przypadku płyty „Scyzorykomania 2009. Hity świętokrzyskie”.

Krążek towarzyszył plebiscytowi „Świętokrzyskie scyzoryki muzyczne” organizowanemu przez „Echo Dnia” i miał być prezentacją najciekawszych wykonawców z regionu. Powstał z tego niezły koktajl elektroniki (Automatik), metalu (Red Bridge), rapu (Wujec), reggae (Menomini) i jeszcze paru gatunków. W sumie dwudziestu czterech wykonawców. A jaki ten koktajl? Średni.

Przy takiej płycie zawsze rodzi się pytanie o sposób selekcji. W internetowym komunikacie czytamy, że materiał został wybrany przez muzyków Blue Cafe i innych artystów spoza regionu. Jeśli Blue Cafe, to pewnie dlatego tak dużo muzyki „lekkiej, łatwej i przyjemnej” z nurtu dyskotekowo-tanecznego. Zabrakło, jeśli miała być to płyta reprezentatywna, chociażby Makaruka, Jelonka i zespołu Bruno Schulz. A może lepszym sposobem byłby wybór wykonawców, którzy naprawdę reprezentują wysoki poziom artystyczny (np. Letko, Kiniorski, Jedyna Maść, Automatik) i danie im szansy na prezentację kilku utworów? 

Bardzo ważne, że płyta się ukazała jako darmowy dodatek. Mogą po nią sięgnąć ci, którzy o całym zjawisku mają mgliste pojęcie. „Scyzorykomania...” obala też mit, że rap to muzyka buntu. Na płycie reprezentanci tego nurtu, to ludzie zadowoleni i ufni we własną siłę. Pokazuje wreszcie ten krążek, że najsłabszą stroną świętokrzyskiej muzyki są teksty. Te wszystkie Każdy dzień bez Ciebie traci sens czy Tak chciałbym wszystko zacząć od nowa, prowokuje do propozycji: albo czytajcie antologie dobrej poezji, albo szukajcie tekściarzy w Polsce.
Scyzorykomania 2009. Hity świętokrzyskie, nakładem „Echa Dnia”

Fajna pożyczka (Happysad, Nieprzygoda)

Paweł Chmielewski
("Teraz" - nr 72)
Wśród świętokrzyskich zespołów jest w zasadzie regułą, że po wydaniu debiutanckiej płyty następuje kilkuletnie milczenie albo w ogóle na jednym krążku wszystko się kończy. Happysad, grupa ze Skarżyska Kamiennej, to w tym kontekście ewenement. Co roku nowa płyta. Zaczęło się w 2004 od „Wszystko jedno”, potem „Podróże z i pod prąd”, singiel „Nostress/ Łydka”, a na przełomie września i października ubiegłego roku „Nieprzygoda”.

Zespół powstał w 2001 r. w składzie Jakub „Quka” Kawalec (śpiew, gitara, teksty), Łukasz „Pan Latawiec” Cegliński (gitara, śpiew), Artur „Artour” Telka (gitara basowa) i Paweł Półtorak (perkusja). Z pierwotnego składu pozostało trzech pierwszych, perkusiści zmieniali się średnio co dwa lata. Na najnowszej płycie na bębnach gra Jarosław „Dubin” Dubiński.

Muzyka zawarta na „Nieprzygodzie” jest określana przez samych autorów jako „rock regresywny”, czyli odejście od alternatywy i punk rocka, który charakteryzował pierwsze płyty. Więc produkcja bardziej „do słuchania” i dla szerszej publiczności. Pewnie temu służą nawiązania do stylu Myslowitz – po pierwszym kawałku można się pomylić. Potem już melanż kompletny. W „Jałowcu” słyszymy najpierw stary dobry Maanam, za chwilę reggae w stylu Daabu. W innych pobrzmiewa T. Love. Całkiem przyjemna mieszanka. Te muzyczne pożyczki wpadają dość łatwo w ucho. Płyta pewnie będzie grała „w tle” wielu imprez. Niezbyt głośno, niezbyt prowokacyjnie, nie zmuszając do opuszczenia lokalu.

Na koniec zgrzyt mały. Teksty. Zdarza się autorom popadać w banał (Słońce świeci wysoko/ Kwiaty zapomniały już smak kwaśnego deszczu (…) Dla nas coś zawsze wisi w powietrzu). Zabrakło surrealistycznej poetyki jak choćby we wcześniejszym „Z pamiętnika młodej zielarki”.

Happysad, Nieprzygoda, SP Records

Po kruchym lodzie (Jedyna Maść, Guwno)

Paweł Chmielewski
("Teraz" - nr 73)
Niektóre płyty i kapele zwykło się określać mianem kultowych. Fani słuchają ich do znudzenia. Kultowe kapele nie występują w telewizji, radio. Sprzedają nawet pość dużo płyt, ale raczej nie istnieją w rankingach.

Dla kilku moich znajomych świętokrzyskim kultowym zespołem jest Jedyna Maść i ich przedostatnia produkcja „Historia Rokędrola”. Wsłuchując się w niesamowicie humorystyczne teksty, podziwiając zdolność muzycznej parodii przyznawałem im rację. To był bardzo inteligentny produkt.

Po przesłuchaniu najnowszej płyty zespołu zatytułowanej „Guwno” mam uczucia cokolwiek mieszane. Ale po kolei. W 1993 r. zawiązuje się grupa Lodófka i nagrywa płytę „100 kilo gwoździ”, zmienia nazwę na Nędza, UR – krążek „Pohybel” (1999), Śmielej i wreszcie Jedyną Maść, która debiutuje albumem live „Na żywiou” (2005), wydaje wspomnianą „Historię Rokędrola”. Po wielu zmianach personalnych skład tworzą: Marek Wrona (wokal, gitara basowa), Oskar Wilman (wokal, gitara), Grzegorz Sobczak (wokal, perkusja) i graficzne opracowanie płyty.

Najnowszy krążek ma swoje plusy i minusy. Chwała zespołowi, że udostępnia go całkowicie za darmo w sieci. Zespół nie zmienia swej naczelnej zasady: parodiować, trawestować, bawić się formą. „Historia Rokędrola” to był taki krótki przewodnik po muzycznych stylach. „Guwno” jest jego kontynuacją. Najlepszy jest w moim przekonaniu kawałek „Wszawa Warsiawa” parodiujący idealnie językowe i muzyczne gusty hip-hopowców. Odnajdziemy na płycie i parafrazę piosenki pijackiej i żurawiejki, pod młotek poszedł Lady Pank („Zdzichu artylerzysta”), Kapitan Nemo, o ile się nie mylę („Tren dziecioroba”), dostało się głośnym wypowiedziom Tomasza Jacykowa, sparodiowana została nawet poczciwa „Lokomotywa” Tuwima.

Nie wzbudza mojego entuzjazmu nadreprezentacja wyrazów powszechnie uważanych (chyba jeszcze) za wulgarne. Rozumiem zamysł. Choć niekoniecznie podziwiam konsekwencję. Przy którymś z kolei utworze zaczyna to po prostu nudzić. Nie wiem czy nie zaczęli stąpać muzycy po zbyt kruchym lodzie. „Różowa pantera” była arcyśmieszna, ale jej kontynuacje...
Jedyna Maść, Guwno, nakładem zespołu

Ilustracja doskonała (Włodek Pawlik, „Muzyka do filmu Rewers”, Polskie Radio)

Paweł Chmielewski
("Teraz" - nr 75)
Film „Rewers” w reżyserii Borysa Lankosza oparty na scenariuszu Andrzeja Barta zachwycił krytyków, spodobał się publiczności, został polskim kandydatem do Oscara (odrzuconym przez akademików) i otrzymał siedem nagród regulaminowych na 34 Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. W tym za muzykę dla Włodka Pawlika.

Dla urodzonego w 1958 r. w Kielcach absolwenta Akademii Muzycznej w Warszawie i wydziału jazzowego Hochschule für Musik w Hamburg to nie pierwsze spotkanie z filmem. Stworzył już ścieżki dźwiękowe m.in. do „Wron” i „Pora umierać” Doroty Kędzierzawskiej oraz „Straży nocnej” Petera Greenewaya. Pawlik w swojej karierze wydał dwadzieścia krążków z muzyką jazzową, z których warto wymienić „Tykocin” (2008) nagrany z trębaczem Randy Breckerem uznany przez „Gazetę Wyborczą” i „Rzeczpospolitą” za „jazzową płytę roku”.

W wypowiedziach dotyczących filmu jego reżyser podkreślał, że chodziło mu o stworzenie dzieła wielogatunkowego, które w finale zbuduje koherentną całość. Taka jest też muzyka autora „Grande Piano” – jazzowa, ale odwołująca się do różnych stylistyk, idealnie spleciona z tkanką filmową. Nie górująca nad obrazem, tak jak to zdarza się w wielu produkcjach amerykańskich, ale też nie spełniająca roli „wypełniacza”, bo przecież coś w filmie brzęczeć musi.

„Rewers” jest komedią obyczajową, za chwilę melodramatem, kryminałem, dramatem psychologicznym. Dwadzieścia dwie kompozycje musiały nadążyć za tym wciąż zmieniającym się klimatem. Na początek mamy jazzowe utwory typowe dla lat 50., o których w ogromnej części opowiada film. W scenie spotkania Sabiny i Bronisława w kawiarni na MDM-ie wybrzmiewa trawestacja głównego motywu z obrazu „Casablanca”. Z każdą z postaci związany jest inny instrument, gdy jako kandydat do ręki głównej bohaterki pojawia się poeta słyszymy skrzypce Pauliny Mastyło, w scenie z babcią wybrzmiewają organy Pawlika. Zmienia się nastrój wraz z opowiadaną historią, gdy dziewczynę ścigają bandyci mamy niepokojący fortepian jak z „Różowej pantery” i wibrującą trąbkę, w kompozycji „Sabina” wspaniale oddane zostaje zauroczenie. Płyta doskonale ilustracyjna. Taka powinna być muzyka filmowa.
Włodek Pawlik, „Muzyka do filmu Rewers”, Polskie Radio.

„Cepelini” z Końskich (Red Bridge, Nobodys’real)

Paweł Chmielewski
("Teraz" - nr 77)
Z zespołami rockowymi jest tak, że jedne wypadają rewelacyjnie na koncertach, inne należą do kategorii studyjnych. Równie wspaniali w obydwu sytuacjach są tylko i wyłącznie muzyczni giganci.

Przywołuję ten podział w związku z debiutancką płytą grupy Red Bridge „Nobody’s real”. Zespół powstał w Końskich w styczniu 2006 r. Od początku tworzą go: Konrad Kamizela (vocal i teksty), Rafał Romańczuk (gitara), Maciej Boguta (gitara), Marcin Padusiński (gitara basowa), Mateusz Salata (perkusja). Red Bridge, to skład ewidentnie „koncertowy”. Recenzje ich występów przywołują obrazy czegoś na kształt „heavy metalowego teatru”. W zasadzie, co koncert na jakimś festiwalu to nagroda, a i sam wokalista wsławił się zwycięstwem w jednej z edycji „Szansy na sukces”. Na świetnie przygotowanej od strony graficznej debiutanckiej płycie tak różowo już to nie wygląda.

Żeby było jasne, muzycznie członkowie koneckiego składu są naprawdę dobrzy. Sięgają do tradycji starego dobrego hard rocka z lat 70. i bardzo przytomnie wykorzystują chwyty znane chociażby z płyt TSA. Już w pierwszym utworze mamy skojarzenia – trochę Pearl Jam, a potem Deep Purple i przede wszystkim Led Zeppelin. „Dwójeczka” zaczyna się prawie jak „Kashmir” Cepelinów. Obok ostrych riffów znajdujemy utwory melodyjnie łagodne. Do tego silny wokal, próbujący naśladować Piekarskiego z TSA, ale... w niektórych momentach jakby nie do końca zharmonizowany z muzyką.

Najlepiej wypada zespół w trzech kawałkach po polsku, choć w warstwie tekstowej przydałby się maleńki szlif. Można mieć wrażenie, że zespół o ogromnym potencjale zbyt krótko przebywał w studiu i nie osiągnął na płycie efektu, jakim czaruje publiczność na koncertach.

Red Bridge, Nobodys’real, nakładem zespołu.