środa, 7 lutego 2018

Bogini-Storczyk czyta Platona (Maurice Maeterlinck "Inteligencja kwiatów")

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 3/2017)
Maurice Maeterlinck, belgijski symbolista, laureat Nagrody Nobla (1911), należy do tych jej zdobywców, którzy kiedyś bardzo popularni, kształtując nowe nurty, dziś są – jak Christian Mommsen, Carl Spitteler, Rudolf Eucken – punktami na literackiej mapie historii. Tymczasem za czasów świetności trudno było sobie wyobrazić teatr repertuarowy w dużym mieście bez „Ślepców” lub „Wnętrza” na afiszu.

Z dramaturgicznej świetności Belga pozostał chyba tylko „Błękitny ptak” – trzy polskie premiery w tym stuleciu (Teatr w Kaliszu, Olsztyński Teatr Lalek i Teatr Lalki i Aktora „Kubuś” w Kielcach). „Ślepcy” tylko raz, w 2010 r. na deskach Teatru Nowego w Łodzi. Nie wygrał z czasem jako dramaturg, poeta – pozostający pod wyraźnym wpływem Mallarmego – też już nie wzbudza zachwytu. Pozostał natomiast błyskotliwy obserwator natury i eseista. Jego rozprawy o fenomenie owadów społecznych – „Życie termitów”, „Życie pszczół” i „Życie mrówek” stały się klasykami literatury, zaskakując nie tylko świeżością obserwacji i sądów, ale dużą wiedzą przyrodniczą. Do tego samego nurtu należy, wznowiona po wielu latach „Inteligencja kwiatów” – filozoficzny esej o botanice. Albo jak się przekonamy – trochę o botanice, ale też o czymś więcej.

Zacznę od ilustracji. To pierwsza zaleta wydania – nie stara się na siłę być nowoczesne, w epoce – jak to można przeczytać na forach dla specjalistów – fotek z HDRa z popiąćną ogniskową, jasnym szkłem, w czterdziestomilionowej matrycy – wyścig z albumami, które są zbiorem pięknych, lecz bezpłciowych fotografii, nie miałby sensu. Wydawca postawił na XIX-wieczne i z początku ubiegłego stulecia rysunki. Od razu widzimy ten niepowtarzalny efekt starych albumów przyrodniczych, gdzie już nie trwa ten szaleńczy karnawał zdjęć, do których dodatkiem są trzyzdaniowe notki z Wikipedii. Dzięki temu „Inteligencja kwiatów” to książka pięknie wydana.
Obserwacja roślin – wraz z antropomorfizacją (zwłaszcza urody storczyków) ich zachowań – prowadzi Maeterlincka ku Platonowi i jego metaforze jaskini, w której tkwi ludzkość, a cienie na jej ścianach postrzega jako rzeczywistość, gdy są one ledwie marnymi odbiciami idei. Ten platoński idealizm autor „Ślepców” uwspółcześnia, przynosząc wprawdzie do groty światło, poszerzając jej granice, ale nadal twierdząc, że człowiek w swym zapamiętaniu nie pojmuje, że jest tylko naśladowcą. W architekturze, mechanice, nawet społecznych zachowaniach, strategii przetrwania wciąż powtarzamy mechanizmy wypracowane przez naturę tysiące lat temu. Czy człowiek wynalazł sprężynę? To patent, opracowany przez niezliczoną ilość roślin na drodze ewolucji. Uważny naukowiec tylko podpatruje kwiaty.


Pod warstwą bezpośrednią eseju Maeterlincka ukryta zostaje warstwa symboliczna. Antropomorficzne metafory – opisujące nie tylko inteligencję, ale przede wszystkim strategie przetrwania, spryt, zaloty, wabienie partnerów (wśród różnopłciowych roślin) i owadów, nieustanną zmienność, metamorfozy kształtów, kolorów i zapachów – nadają jego traktatowi wymiar peanu na cześć ziemi, natury, przyrody – pierwiastka żeńskiego. Kulturowo – jak nie trzeba tego tłumaczyć – kwiat przypisany jest do kobiety. Kolorystyczny, symboliczny kod – żółcienie, fiolety, czerwienie, biele, określone gatunki kwiatów – lilie, róże, fiołki – zawsze występowały w sytuacji bardzo konkretnej, archetypicznie określając stan emocjonalny bohaterki, lub relację, która łączy go z mężczyzną. Te szekspirowskie splątania emocji i umysłu odnajdujemy w książce autora „Błękitnego ptaka”, która w wymiarze symbolizmu literackiego, wciąż przecież durch die Blume sagen – mówi językiem kwiatów, aluzją, zachwytem nad urodą świata, nad tą, która jest raz kwiatem polnym by stać się lilią.