czwartek, 22 lutego 2018

Barbarzyńcy z Wysokiego Zamku (Aleksandra Polewczyk „Na początku był „brulion”)

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 5/2017)
Parafraza z najbardziej zagadkowego z ewangelistów, będąca tytułem książki Aleksandry Polewczyk, dobrze oddaje sens istnienia najważniejszego czasopisma kulturalnego w Polsce przełomu lat 80. i 90. ubiegłego wieku. „Na początku był „brulion” pokazuje (ale już w formie fantazji czytelniczej) czym byłby, lub nie był rynek prasy kulturalnej, gdyby nie pojawił się ten „barbarzyński” periodyk.

Publikacja jest poprawioną wersją pracy doktorskiej, stąd cały, niezbędny aparat naukowo-porównawczy i rozbudowane przypisy oraz odsyłacze. Zanim postaram się w kilku zdaniach zsyntetyzować benedyktyńską (bo taka jest każdego humanisty) pracę autorki, zwrócę uwagę na jeden fakt. Tematem rozprawy jest „brulion”, ale uważny czytelnik znajdzie we wstępie do każdego z rozdziałów kontekst filozoficzny, kulturowy działalności undergroundowych środowisk i prasy lat 60. 70. w krajach anglosaskich, opis „strefy klimatycznej”, w której dwie dekady później zaczynał „brulion”. Kontestacyjne działania Pomarańczowej Alternatywy we Wrocławiu, Totartu w Gdańsku i „brulionu” (w dłuższej perspektywie, moim zdaniem, najważniejsze) – nie tylko tworzyły alternatywę systemową, były w kontrze do kultury „oficjalnej”, ale również „opozycyjnej”. „Brulionowcy” (sami siebie żartobliwie nazywający „barbarzyńcami” od tytułu wiersza Roberta Tekieli) zanegowali – z futurystycznym rozmachem – model literacki „Tygodnika Powszechnego”, ale również podziemnych „Zeszytów Literackich” (szerzej, cokolwiek strupieszały wymiar emigracyjnej kultury). Model klasycyzujący, herbertowski. Wprowadzili czytelnika w świat nowojorskich o’harystów i beatników, lecz wbrew obiegowej opinii – powtarzanej w wielu artykułach – nie odeszli od kultywowanej w wielu „bezdebitowych” czasopismach literatury francuskiej i przede wszystkim rosyjskiej. Polewczyk śledząc bardzo dokładnie, ze skrupulatnością kronikarza, numer po numerze, wszystkie wydania – udowadnia jak fałszywy jest, w gruncie rzeczy, ten stereotyp. Rosjanie, Francuzi, Czesi – tak! – ale jak zwykle w „brulionie”: inaczej niż inni.

Śledztwo dokumentalne autorki pozwala dostrzec tematyczną rozległość i przemiany ideowe (jak zwykle w przypadku tego wydawnictwa wszystko jest ze znakiem zapytania) wewnątrz „brulionu”. Nowatorstwo, to m.in. street art, gender, New Age. Zagadką pozostają rozbudowane artykuły (pisane z całą powagą) o sekcie Niebo, wywiady z gwiazdami porno, felietony nawiedzonych polityków. Autorka wyjaśnia to pragnieniem tworzenia atmosfery (może karnawałowej) fermentu. Fermentu, z którego wyłania się nowy model kultury, wolności, dyskusji. Taki jak dekada lat 90. Nie do podrobienia.


Przekaz ideowy, prowokacja, esej, filozoficzna dygresja, żartobliwa konfabulacja w konstrukcji tematu – tworzyły „brulion”, lecz fundamentem (który przetrwał próbę czasu i uformował w kilku obszarach polską literaturę XXI w.) jest poezja „brulionowych barbarzyńców”. Autorka przeprowadza rzetelną wiwisekcję kilkunastu autorów (celowo podaję miejsce pochodzenia twórców, by pokazać geopoetyckość „brulionu”, nie zamkniętego w getcie lokalnej – nawet wybitnej – społeczności): Jacek Podsiadło (Szewna, k. Ostrowca Świętokrzyskiego, ur. 1964, por. „Projektor” – 6/2014, 4/2015); Marcin Baran (Kraków, 1963); Marcin Świetlicki (Lublin, 1961); Grzegorz Wróblewski (Gdańsk, 1962, „Projektor” – 2/2015); Cezary Domarus (Gdynia, 1966); Robert Tekieli (Wieluń, 1961); Krzysztof Jaworski (Kielce, 1966, „Projektor” 3/2013, 1/2014, 6/2014); Miłosz Biedrzycki (Koper w Słowenii, 1967); Marcin Sendecki (Gdańsk, 1967, „Projektor” – 1/2015, 2/2016); Krzysztof Koehler (Częstochowa, 1963). Anna Polewczyk rysując przede wszystkim trzy (w tych szczegółowych analizach jest ich znacznie więcej) sposoby podejścia do paradygmatu poezji – podmiotowego „ja” lirycznego, przestrzeni (nawet jeśli jest nicością/ pustką) i języka (będącego najczęściej elementem żartobliwej, popkulturowej niewiary w znaczenie słów) – tworzy krajobraz liryczny „brulionowców”, którzy (za wyjątkiem kilku zdeklarowanych – od kilku lat – polityków) wciąż decydują o kształcie polskiej poezji.



Na ostateczne pytanie czym/ kim (bo w moim przekonaniu magazyn zyskał prawie ludzką podmiotowość niczym androidy ze świata SF) był „brulion”, trudno odpowiedzieć. Posłużę się tu metaforą z kręgu, który pewnie spodobałby się twórcom pisma. W ulicznej modzie (nie do końca wiadomo czym ten lifestylowy potworek jest J ) pojawiły się cytrynowe, naleśnikowate czapeczki z guziczkiem na środku, przypominające dawne berety „z antenką” – „brulion” jest takim beretem, a zarazem nim nie jest. Kontynuacją, ale i zaprzeczeniem. Zaprzeczeniem kontrkultury i równocześnie jej polskim wzorcem z Sèvres. Na tym polega fenomen czasopisma. Publikacja „Universitasu” pozwala lepiej ogarnąć takie miejsce, w którym, gdyby zabrakło „barbarzyńców” z „brulionu”, prasa literacka ostatnich 30 lat mogłaby nabrać zgoła odmiennych kształtów i – jak mawiał kabalista z powieści Potockiego – w zgoła odmiennych okolicznościach. Byłoby to możliwe, lecz tylko tam, gdzie lokator z Wysokiego Zamku patrzyłby na świat podbity przez uprzejmych nazistów.