czwartek, 8 lutego 2018

Biedny krytyk patrzy na „lajki” („Media jako przestrzenie muzyki”)

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 4/2017)
Zanim zanurzymy się w świecie Spotify, streamingu internetowego i plików mp3, pozwolę sobie na wątek osobisty. Od 2007 do połowy 2013 roku miałem w zakresie obowiązków – poza artykułami o koncertach, festiwalach i przeglądach – od jazzu, przez punk do zaangażowanej elektroniki, napisać raz w miesiącu recenzję płyty zespołu (lub solisty) regionalnego.

To – czasami jak pamiętam, cokolwiek trudne, rozłożone na dwa tysiące trzysta znaków – zadanie przywołuję w kontekście zbioru esejów popularnonaukowych „Media jako przestrzenie muzyki” (red. Magdalena Parus i Artur Trudzik). Z muzykami nie było łatwo (choć o lata świetlne lepiej niż z plastykami) – wystarczyło kogoś, kto klasyfikował się jako reprezentant „neometal rocka postindustrialnego” zaliczyć do „postmetalu”, żeby wywołać e-mailowe tsunami w skrzynce redakcyjnej. Na szczęście nerwowe reakcje były (i są) odwrotnie proporcjonalne do talentu twórców.
Wspominając te sześćdziesiąt kilka recenzji płytowych i innych tekstów, publikację Wydawnictwa Naukowego Katedra, zacząłem czytać od części drugiej, zatytułowanej „Dylematy dziennikarstwa muzycznego”. Tutaj prologiem jest artykuł Rafała Ciesielskiego „Odpowiednie dać muzyce słowo”, stawiający kilka tez – możemy je nazwać socjologicznymi lub antropologicznymi – które porządkują świat medialnej krytyki zajmującej się sferą dźwięku.

Muzyka jest najpowszechniejszą formą sztuki, otaczającą i interesującą współczesnego człowieka, jako jej recenzję i komentarz traktować należy nie tylko artykuł prasowy, audycję radiową, ale wypowiedzi na forach i w mediach społecznościowych, a nawet „ćwierkanie” na Twitterze. Równocześnie muzyka jako zjawisko artystyczne – podlegające kompetentnej krytyce – zostaje w mediach nazwana niszową, a niszowość, będąca synonimem „słabej sprzedawalności”, eliminuje recenzje muzyczne z mediów tradycyjnych. Ta kwadratura koła zostaje pokonana wraz z upowszechnieniem Internetu. Tu każdy jest krytykiem, zanika hierarchiczność i mimo miałkości wielu sądów, sieć stała się tak powszechnym – nazwałbym ją „metakrytykiem” – że upowszechniła kulturę muzyczną.

Następnym, interesującym punktem stycznym dziennikarstwa i muzyki, jest rola tej ostatniej w reportażu radiowym (esej Moniki Białek). Jako komentarza (zabawny przykład reporterskiej relacji o losach młodego chłopca z prowincji zilustrowany „Taką gminą” Jeremiego Przybory), jako narracja, jako elementu budowania napięcia, czasem (tak to rozumiem) wręcz środka poetyckiego wyrazu. Czyli muzyka – równoprawny partner przekazu dziennikarskiego. Domknięciem tego rozdziału są rozważania oparte o konkretny, regionalny przykład Radia Koszalin (autorstwa Tadeusza Sznajderskiego), które – po porównaniu z innymi niewielkimi rozgłośniami – ukazują nam bardzo typowy model lokalnego radia w Polsce.

W części kontekstualnej, to znowu paradoks naszych czasów, znalazła się niespodziewanie, aktualna „bomba z zapłonem” czyli pozornie statystyczny wybór Magdaleny Parus z relacji prasowych o festiwalu opolskim w czasach PRL-u. Odklejając się jednakże od doraźności, mamy tutaj prezentację muzyki jako głównej bohaterki medialnego (bo przecież telewizyjnego) spektaklu. Zaś w innych rozprawach odnajdziemy renesans i fenomen muzyki folkowej, która – mam takie wrażenie – w wersji pogłębionej i artystycznej, jako jedyna, stara się godzić wyznawców klasyki i awangardy.


Zataczając koło, powrócę do części pierwszej książki, w której Artur Trudzik, Dariusz Baran i Szymon Nożyński pokazują chwilowe wzloty i spektakularne upadki muzycznych gazet, rozgłośni, stacji telewizyjnych po 1989 r. Lecz proces ten nie jest niczym nadzwyczajnym – poza nielicznymi wyjątkami – dotknął każdą z dziedzin sztuki. Nie ten mechanizm jest jednak najistotniejszy. Pada pytanie najważniejsze – czy przy terabajtowych dyskach internautów i popularności utworów, których jedyną wartością są tysiące „lajków” na FB – potrzebny jest jeszcze krytyk piszący o Johnie Cage’u, piątej płycie Dioramy czy najnowszym longplayu Crystal Fairy? Czy potrzebny jest nam wciąż dziennikarz muzyczny?