niedziela, 24 stycznia 2016

Kilka powodów by zostać fizykiem (Kip Thorne, „Interstellar i nauka”)


Podobno żyjemy w czasach efektu cieplarnianego. Jest 22 czerwca, parę stopni powyżej zera, deszcz, przeraźliwy ziąb, świńska grypa w Malezji, ebola w Ghanie, zakaz sprzedaży margaryny w USA, wymieranie pszczół i epidemia alzheimera wśród czterdziestolatków. Gdyby jednak prawdziwy, światowy kataklizm?
Katastrofa przebiegać może wedle dwojakiego scenariusza. Postapokaliptycznego, z absolutnym rozpadem struktur społecznych, kręconego w malowniczych krajobrazach zrujnowanej cywilizacji. Podwarianty: maszyny przeciw ludziom (seria „Terminator”, „Matrix”), ludzie przeciw ludziom (cykl „Mad Max” lub brawurowa „Droga”). Scenariusz drugi to apokalipsa niespełniona. Planeta ocalała dzięki grupie śmiałków. Wariant (często) niezamierzenie humorystyczny, vide ratowanie Ziemi przed ogromną asteroidą w „Armageddonie” Michaela Baya. Jest również scenariusz trzeci, niekonsekwentnie trzymający się schematów – „Interstellar” Christophera Nolana. Film tak przesiąknięty teoriami fizyki teoretycznej, że rodzący pytania o naukową prawdę.
Kip Thorne, profesor z Politechniki Kalifornijskiej, przyznaje, że na kinie znał się słabo. W 2006 r. – poproszony o konsultację – szedł na spotkanie ze Stevenem Spielbergiem, znając tylko „E.T.”. Dopiero po dziewięciu latach (tyle trwały przygotowania i realizacja) mógł ocenić efekt. Nawet najbardziej zafiksowanym naukowcom polecam przeczytanie rozdziału wstępnego, historii powstania filmu, zmian scenarzystów, fanaberii prezesów wytwórni, uporu Nolana.
„Interstellar” zrzucił klątwę wielkich, nieudanych superprodukcji SF ostatnich lat. „Prometeusz” raził naiwnością i nachalną metafizyką, przede wszystkim w relacji do wcześniejszych filmów Ridleya Scotta („Łowca androidów”, „Obcy, ósmy pasażer Nostromo”), na „Avatarze” można było usnąć z nudów. Obraz Nolana łączy apokaliptyczną wizję umierającej Ziemi (epidemia zarazy niszcząca rośliny jadalne) z podróżami kosmicznymi w poszukiwaniu nowego domu. Stawia też pytanie o sens tych podróży – przede wszystkim dla samych wędrowców.
Wyprawa tunelem czasoprzestrzennym na planety Miller, Manna i Endurance, w pobliżu czarnej dziury Gargantui zostaje bardzo precyzyjnie i – jak na fizyka teoretycznego – przystępnie wyjaśniona przez Thorne’a. Od tego, co możliwe i w filmie prawdziwe do ujawnienia hipotez i idei nieprawdopodobnych dla współczesnego człowieka. Łącznie z rozważaniem na temat wyglądu i sposobów komunikacji zaawansowanej cywilizacji pozaziemskiej.
Podróż Coopera (dla niego chwila, dla bliskich prawie wieczność) nie ma tak skrajnie pesymistycznego wydźwięku jak „Powrót z gwiazd” Lema. Hollywood nawet w apokalipsie odnajduje nadzieję. Metafizyka – chociażby kadry nawiązujące do renesansowego malarstwa – w przypadku Nolana nie razi. Fascynujące są rozmowy – zapisane w książce – grupy naukowców ustalających powód zagłady naszej planety, od patogenu do idealistycznych prób cofnięcia globalnego ocieplenia.
Kip Thorne kroczek po kroczku pokazał symbiozę nauki i sztuki w kinie SF. To jeden z powodów (reszta w druku) dlaczego czasem warto być fizykiem.

Paweł Chmielewski

(recenzja - magazyn "Projektor" 4/2015)

Kip Thorne, „Interstellar i nauka”, s. 366, Prószyński i S-ka, Warszawa 2015.