poniedziałek, 19 października 2015

Piękna historia pewnego upadku (Łukasz Kowalczuk, „TM-Semic. Największe komiksowe wydawnictwo lat dziewięćdziesiątych w Polsce”)

Superbohaterowie to nigdy nie była moja bajka. Albo inaczej – była w sposób bardzo ograniczony. Do większości „facetów w trykotach” mam stosunek letni. Na szczęście książka Łukasza Kowalczuka o wydawnictwie TM-Semic nie tylko o nich traktuje. Najważniejszym tematem publikacji jest zupełnie co innego.
Doskonale rozumiem fascynację dziewięcioletniego autora pierwszymi zeszytami o Punisherze, Hulku i X-Menach. Parę lat wcześniej sam kupowałem „Relax”. Historie superbohaterów traktuję dziś jako ciekawy materiał narracyjny dla produkcji filmowej. Doskonałej, jak w przypadku „Batmana” Tima Burtona, dobrej – serii o Spider-Manie (z wyraźnym wskazaniem na czwartą część) czy niestrawnych ekranizacji Supermana. Dlatego przeszedłem obok zeszytów wydawanych przez TM-Semic w latach 90. z obojętnością.
Kowalczuk najpierw kreśli tło społeczne i polityczne powstania pierwszych opowieści o superherosach, charakteryzuje najważniejsze wydawnictwa, okoliczności publikacji w warunkach obowiązującego Kodeksu Komiksowego (jeden z wariantów bardziej znanego Kodeksu Filmowego Haysa, który wskazywał co wolno, a czego nie wolno twórcom danej dziedziny sztuki), przekraczania i obchodzenia jego moralnych zakazów. Słowem, zaczynamy od krótkiej prezentacji świata DC-Comics i Marvela.
To ciekawy rozdział książki, ale bynajmniej nie najważniejszy. Najistotniejsze w pracy Łukasza Kowalczuka są pytania i próby odpowiedzi na nie. Dlaczego komiks w Polsce się sprzedawał? Dlaczego teraz się słabo sprzedaje? Dlaczego upadło tak potężne wydawnictwo? Dzieje sukcesu i klęski TM-Semic to nie jest tylko opowiastka dla wielbicieli „historyjek obrazkowych”. To studium przypadku. Fragment większej narracji o początkach kapitalizmu w Polsce.
Zaczęło się w 1990 r. Firma, o której jest ta opowieść zostaje założona przez kapitał skandynawski. Komiksy, jakością druku, nie odbiegają od wydawanych np. w Finlandii. Zostaje zachowany format amerykański (16,8x26 cm). Czytelnicy wykupują zeszyty, ale krytycy... Maciej Parowski (po latach wycofał się z tego stwierdzenia) pisze, że TM-Semic proponuje papkę zamiast ambitnego, europejskiego komiksu. Brak tłumaczy znających nie tylko uniwersum świata superbohaterów, ale nawet amerykańskiej popkultury. Współpraca i dystrybucja poprzez RUCH jest groteskowa. Nie tylko z nim. Przytoczę jedno ze wspomnień: Zamówione w Stanach diapozytywy otrzymywaliśmy nie bezpośrednio, lecz z Irlandii (...) Zadzwonił do mnie Janusz (...) „Marcin, nie ma filmów”. Pytam się” „Z jakich przyczyn?” „Zatrzymali je na cle, bo nie ma kur... jakiejś gumowej pieczątki”. (...) zapierdzielam z Żoliborza na Okęcie o drugiej w nocy (...) Tzw. Pani na cle, nawet, jeśli była młoda wiekiem, nie ma bladego pojęcia, jak zaklasyfikować przesyłkę, bo co to w ogóle są te całe komiksy. Nie mieszczą się w posiadanej przez nią tabeli. To już nie praca naukowa, ale bardzo ciekawy reportaż literacki. Dlatego opowieść Kowalczuka tak dobrze się czyta. Wróćmy jednak do sedna.
Jest dobrze. Jest nawet bardzo dobrze. Nakłady niektórych zeszytów sięgają 100 tys. Około 1993 r. pojawiają się pierwsze krytyczne głosy. Za dużo tych zeszytów, trzeba bardziej dbać o jakość – pojawiają się głosy. W 1996 r. bankrutuje Marvel. Historie zaczęły być tak niedorzeczne, że amerykański czytelnik przestał je kupować. Mnogość bohaterów prowokowała chaos. Wydawnictwa wywindowały honoraria rysowników do niebotycznego pułapu. Rynek pada. Odpryskami dostaje TM-Semic. To początek końca. Polski gigant i monopolista przestaje zwracać uwagę – to trochę paradoks – na wymagania klienta. Kiepskie, czwartorzędne, absurdalne albumy nie sprzedają się. Polski czytelnik staje się wybredny.
Kilka lat to niby mało, ale i bardzo dużo. Na Zachodzie wchodzi lepszy druk cyfrowy, ładniejszy papier. TM-Semic nie inwestuje w jakość. Gdy pojawia się konkurencja – Egmont, potem „Świat Komiksu”, nasz bohater już ledwo dyszy. W 2000 r. upada.
Nie pojawia się w wydawnictwie argument – według mnie istotny – że kolekcjonowanie komiksów w Polsce to pasja równie kosztowna jak zakup albumów malarstwa. To kolekcjonerstwo prawie ekskluzywne. Książka Łukasza Kowalczuka przynosi czytelną konstatację. Powrotu do czasów TM-Semic (dla starszych – „Relaxu”) nie będzie.
N koniec nie mogę sobie odmówić kilku cytatów z forum prowadzonego przez wydawnictwo:
Kim jest facet z reklamy na stronie 14 Supermana 7/91?
Drogi Supermanie! Piszę do Ciebie, bo lubię Twoje komiksy. W tych komiksach podobają mi się obrazki i lubię Twoje przygody.
Czy istnieją miasta Gotham i Metropolis? Jeśli tak, to czemu nie znalazłem ich w atlasach?
Paweł Chmielewski
(recenzja - magazyn "Projektor" 2/2014)
Łukasz Kowalczuk, „TM-Semic. Największe komiksowe wydawnictwo lat dziewięćdziesiątych w Polsce”, s. 192, Wydawnictwo Centrala, Poznań 2013.